Natalia Kukulska. Czy można pogodzić bycie artystką, mamą i...

    Natalia Kukulska. Czy można pogodzić bycie artystką, mamą i żoną? [ROZMOWA]

    Robert Migdał

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Natalia Kukulska. Czy można pogodzić bycie artystką, mamą i żoną? [ROZMOWA]

    ©Sylwia Dąbrowa

    Natalia Kukulska, wokalistka, autorka tekstów i muzyki, opowiada o byciu artystką, żoną, matką...
    Natalia Kukulska. Czy można pogodzić bycie artystką, mamą i żoną? [ROZMOWA]

    ©Sylwia Dąbrowa

    Koncerty akustyczne mają w sobie jakąś magię? Są trudniejsze dla artysty, niż koncerty, które są grane na instrumentach „na prąd”?
    Koncerty akustyczne rzeczywiście są bardziej wymagające, ponieważ bardziej odsłaniają artystów występujących na scenie od strony wykonawczej i nawet emocjonalnej. Obligują do większego kontaktu, są bardziej intymne. Myślę, że przez to dodatkowo są bardziej magiczne. Człowiek nie jest zasłonięty instrumentami, jakąś dużą ilością brzmień.
    Set, który jest ze mną, jest bardzo kameralny i minimalistyczny, bo mam ze sobą trzech muzyków. Czasami jednak mniej znaczy więcej – dzięki temu, że jest mniejsza liczba osób na scenie każdy może bardziej pomuzykować i partie, które gra, są jeszcze ważniejsze i bardziej słyszane. Na pewno jest to koncert, który bardzo mobilizuje, zostawia większą więź między artystą i publicznością niż takie koncerty, gdzie instrumentów i podmiotów wykonawczych jest dużo.

    Właśnie w odsłonie akustycznej będziemy mogli zobaczyć, usłyszeć, panią 13 listopada we Wrocławiu. Co pani szykuje dla wrocławskich fanów? Usłyszymy utwory tylko z ostatniego krążka - „Halo Tu Ziemia”, czy też z innych płyt?
    Repertuar na koncercie we Wrocławiu, na który bardzo się cieszę, będzie przekrojowy. Oczywiście będą nowe piosenki, które są mi najbliższe, bo są to moje teksty i muzycznie jest to coś, co najbardziej  mi w duszy gra. Oczywiście będą przedstawione w zupełnie nowym kontekście, gdyż dochodzi gitara, która jest tutaj trzonem. Nie jest to jednak stricte promocja mojej ostatniej płyty, pojawiają się więc utwory również z poprzednich i to tak jak powiedziałam – przekrojowo, ponieważ dołożyliśmy do repertuaru kilka starszych piosenek z moich poprzednich płyt – płyty „Światło” czy „Puls”. Są one zawsze zaskoczeniem dla publiczności. Przyznam szczerze, że jestem dość przekorna i w muzyce nie lubię stagnacji, dlatego też przez lata odchodziłam od tego, by te starsze piosenki grać na koncertach, a jeżeli już to w jakichś bardzo zmienionych wersjach, a teraz w tej wersji akustycznej poniekąd wróciłam do lat 90., ponieważ muzyka trochę zatoczyła koło i te 90. lata znowu się stały takie świeże na dzień dzisiejszy. Więc będzie trochę niespodzianek.

    Kto towarzyszy pani na scenie w trakcie akustycznego grania? Jacy artyści?
    Koncert nazywa się „akustyczny” głównie ze względu na to, że piosenki oparte są o brzmienie akustycznej gitary, na której gra Artur Boo Boo Twarowski. Niemniej jednak, żeby było ciekawiej, pozostałe instrumenty wyłamują się troszeczkę z tego świata akustycznego – na syntezatorze analogowym rodem z lat 70., czyli Moog’u, gdzie można usłyszeć fantastyczne brzmienia basowe, analogowe, chropowate i bardzo ciekawe, gra Archie Shevsky. On również fantastycznie śpiewa – czasami ze mną w duecie, czasami dośpiewuje drugie głosy. Dużą niespodzianką jest to, że mój mąż – Michał Dąbrówka, prezentuje brzmienia nieoczywiste i niekoniecznie akustyczne – gra na perkusji elektronicznej, która pozwala na to, że możemy operować bardzo różnorodnymi brzmieniami.  W związku z tym cały koncert i każda piosenka nabiera trochę innych brzmień, mimo że jest trzech instrumentalistów. Co jest dla mnie niezwykle ważne, są to bardzo inspirujący muzycy. Czuć muzykowanie, fantastyczną wymianę energii, która udziela się zawsze zarówno publiczności, jak i nam na scenie.





    Występuje pani z Michałem Dąbrówką, mężem. Jak to jest mieszkać razem, pracować razem, nagrywać, koncertować, jeździć w trasy? To służy małżeństwu, miłości? Cementuje? Czy też powoduje spięcia, konflikty? Jak sobie radzicie? Oddzielacie: to jest praca, to jest dom. A jeżeli się kłócicie, to najczęściej o co?

    Dużo trudnych pytań (uśmiech). To jest tak jak w życiu – nie jest to jakiś słodki, sielankowy obrazek. Zdecydowanie pasja była elementem, który nas połączył. To, że ją wspólnie dzielimy, zdecydowanie nam sprzyja, bo rozumiemy swoje światy nawzajem. Praca dla nas bywa niezwykle ciężka i wymagająca poświęceń, choć niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, jak dużo wyrzeczeń i stresu potrafi kosztować. Oczywiście nie jest to tak odpowiedzialny zawód jak ratowanie życia drugiej osobie, niemniej jednak ma swoje obciążenia i dużo jej trzeba poświęcić. To nieustanne weryfikowanie swoich umiejętności, udoskonalenie siebie, karmienie, pracowanie nad swoim warsztatem i formą. Michał mnie bardzo wiele nauczył, ze względu na to, że jest wybitnym instrumentalistą i osobą, która nie stoi w miejscu i wciąż się rozwija, komponuje, produkuje...  Patrzy na muzykę z perspektywy nie tylko bębniarza, ale zdecydowanie bardzo szeroko. Słucha wielu gatunków muzyki. Zrobiliśmy też sporo wspólnych piosenek – to bardzo zbliża, bo to są wspólne chwile radości, ale odpoczynku od pracy jest niewiele.  Nie jest tak jak w zawodzie śmieciarza, że jak wraca do domu, to już nie ma ochoty rozmawiać o śmieciach. My wracamy z naszej roboty i o tych naszych sprawach, niuansach zawodowych rozmawiamy. Często jest tak, że rzeczywiście ten temat mocno przytłacza. Dzieci są trochę biedne, bo wszystko się dzieje i kręci wokół muzyki. Albo się zbuntują przeciwko niej, albo ją tak pokochają jak my. W przypadku naszego syna wiemy, że na pewno jest „zgubiony” w otchłani muzycznej. Ale wracając do tego, czy to też służy miłości… Czasami pracując ze sobą tak bardzo blisko, patrzymy na siebie zupełnie inaczej. Nawet będąc razem w pracy potrafimy się za sobą stęsknić dlatego, że trochę inaczej siebie w tej pracy traktujemy, każdy jest skupiony na własnym zadaniu. To tak jak na wakacjach - jeżeli na wakacjach jest nam ze sobą dobrze, to i w pracy będzie nam ze sobą dobrze, jest uczucie i przyjaźń. Najtrudniejsza w tym wszystkim jest jednak proza życia – ilość innych spraw, które musimy wykonać, już nie związanych z naszą pracą. Staramy się tym dzielić w naturalny sposób – kto w czym jest lepszy, ale czasami nas to mocno przerasta i chce się krzyczeć, że wszystko na nas spada, a my na przykład w tym czasie powinniśmy mieć większy komfort psychiczny. Ale nie narzekamy, broń Boże, tylko cieszymy się tym, co mamy, a nasze studio domowe właśnie rozwijamy.

    Czy w zaciszu domowym też gracie sobie razem, muzykujecie rodzinnie: pani, mąż, dzieci? Dzieci poszły w ślady mamy i taty (babci, dziadka)? Też chcą podążać artystyczną drogą? Radzi im pani, kieruje ich, mówi: to warto, tego nie. Jak mama, jak doświadczona artystka?
    Tak jak powiedziałam -dzieci zawsze były nie tylko biernymi obserwatorami tego, co się u nas dzieje, ale też spędzały czas na próbach. Mój syn często podpytywał muzyków, wchodził w niuanse ich grania, instrumentów i poszedł drogą muzyczną – gra na perkusji, gra na pianinie i myśli o tym, żeby studiować kompozycję. Córka właśnie skończyła pierwszy stopień szkoły muzycznej w klasie fortepianu. Teraz ma chwilową przerwę, ale nie wiadomo, jak będzie dalej. Uczęszczały do Akademii Musicalowej, trochę dla towarzystwa, trochę dla ruchu, bo tam również były zajęcia taneczno-
    -sportowe. Ale odpowiadając na sedno pytania: dzieciom nie narzucamy tego, co mają robić. Cieszymy się, jak w ogóle widzimy w nich jakąś pasję, bo chyba o to jest najtrudniej, żeby dziecko wiedziało czego chce i co je kręci. Wtedy wiemy, jak później pomagać, żeby rozwijać te umiejętności. Największy problem dla rodziców jest, gdy dziecko nie wie, w którą pójść stronę, czym się zajmować, gdy nic naprawdę go do końca nie pociąga. Tutaj mamy trochę ułatwione zadanie, więc staramy się ich wspierać. W żaden sposób nie narzucamy tego, bo do muzyki nie da się kogoś przyciągnąć na siłę. To po prostu musi być od środka. Jeśli wybiorą inną drogę, to nie będziemy się ani buntować, ani nam nie będzie przykro, tylko też będziemy ich wspierać. Oczywiście takie wspólne chwile muzykowania bywają – czasami sobie w samochodzie śpiewamy na głosy albo podczas świąt jeszcze dołączają się teściowie: rodzice Michała, którzy też są bardzo muzykalni, dziadek gra na gitarze.  No i wtedy rzeczywiście trochę jak rodzina z obrazka  wspólnie sobie siedzimy, muzykujemy i to jest fantastyczne i bardzo integrujące.




    Wiele razy się zastanawiałem, jak pani sobie radzi, jak godzi: bycie artystką, kompozytorką, wokalistką, a byciem mamą, żoną? Czy wiele razy musiała pani wybierać – albo muzyka, albo rodzina? A jeżeli stawała pani przed takimi wyborami, to jaka była decyzja – np. dziecko łapie grypę, a pani musi jechać w trasę.
    To są bardzo trudne wybory, ale dla mnie w życiu zawsze ważna była harmonia. Spełniona mama, to szczęśliwa mama, więc jeżeli jestem kobietą, która jest spełniona zawodowo i moje wyobrażenia i pragnienia artystyczne mogę realizować, to będę zdecydowanie bardziej cierpliwą i myślę też, że lepszą mamą. Z drugiej strony, jeżeli oddam się tylko pracy i tylko to mnie będzie pochłaniało, to serce mi pęknie, że to, co dla mnie jednak najważniejsze, czyli rodzina, dzieci są zostawione, zaniedbane, że nie mam na to wpływu, coś tracę, coś mi umyka. Staram się płynnie do tych ról podchodzić, ale musi to być jakiś zdrowy bilans – jeżeli za dużo pracuję, to wiem, że przyjdzie moment, kiedy będę musiała sobie to odbić, bo inaczej po prostu zwariuje. Natomiast kiedy np. panuje u nas choroba, to zagrożenie największe jest dla mnie, bo jeżeli ja się rozłożę „wokalnie”,  to będzie odwołany koncert, a odwołany koncert, to nie jest tylko moja sprawa, ale również całego mojego zespołu, organizatorów, publiczności. Jest więc w tym jakiś rodzaj odpowiedzialności, strachu i ryzyka, ale nie można dać się zwariować. To jest po prostu życie, czasami bywa trudniej. Ja wróciłam do śpiewania pięć tygodni po urodzeniu mojej najmłodszej córki Laurki i pamiętam wielką satysfakcję, jak zeszłam ze sceny, wielkie spełnienie. To było takie uczucie w środku, które dawało mi wiele, wiele radości... Że wróciłam na scenę, mogłam zaśpiewać, publiczność była zadowolona, i było maleństwo, które na mnie czekało. To było wspaniałe. Oczywiście muszę dodać, że mam wokół sobie ekipę fantastycznych ludzi, która mi w wielu sprawach organizacyjnych pomaga, chociaż jestem typem Zosi-
    -Samosi i sama do siebie mogę mieć pretensję, że jestem zmęczona i przepracowana, bo sama lubię wszystkiego dopilnować, ale ten typ tak ma. Zresztą w piosence „Kobieta” śpiewam „…szyja jak pal jest wbita na dno, a sięga do gwiazd panoramiczny wzrok”. To piosenka z mojej ostatniej płyty, gdzie próbowałem pół żartem, pół serio złożyć hołd kobiecemu bohaterstwu.


    czytaj dalej na następnej stronie

    1 »

    Czytaj treści premium w Gazecie Wrocławskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecane

    Wideo