Mirosław Glapa, były prezes DZPS - siedzi w swoim ogrodzi i patrzy na dolnośląską siatkówkę

Jakub Guder
Jakub Guder
Rozmowa z Mirosławem Glapą, byłym prezesem Dolnośląskiego Związku Piłki Siatkowej i wiceprezesem PZPS.

Co Pan dziś porabia?
Jestem sędzią w stanie spoczynku. Mamy z żoną dużą działkę, a na niej dom z ogrodem i tam sobie pracuję. Mieszkam pod Wrocławiem, koło Oławy. Pobudowałem się tu w latach 80-tych. Wyprowadziłem się już dawno. Mam jeszcze jakieś koleżeńskie kontakty, ale minimalne. Dobrze mi tak. A siatkówka zawsze pozostaje mi bliska, bo działałem w niej od 1962 roku. Najpierw jako sędzia, potem prezes, komisarz ligi, wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Wciąż śledzę, co się dzieje w tej dyscyplinie.

Jak trafił Pan do siatkówki?
Moja rodzina do Wrocławia przyjechała z Wielkopolski, spod Kalisza. W czasie studiów grałem w AZS-ie Wrocław i zgłosiłem się do pracy w Dolnośląskim Związku Piłki Siatkowej. Tam zrobiłem kurs sędziowski i tak zostałem w związku. Prezesem byłem od 1972 roku.

No i tym prezesem był Pan 35 lat. Wynik godny uznania. Jak się wtedy zostawało szefem związku?
Normalnie - przeprowadzano wybory, zgodnie ze statutem. Głosowali delegaci. Nie było też tak, że byłem jedynym kandydatem. Zawsze pojawiali się konkurenci. Jeden z nich wciąż miewa się dobrze. To Grzegorz Jacyna, który był też sędzią międzynarodowym.

Prezesowaniem zajmował się Pan w dwóch epokach. Jaki był sport w czasach PRL-u?
Przede wszystkim sport był wówczas wybitnie amatorski. Klubom pomagały duże zakłady pracy, które zatrudniały zawodników. Jarosz, Ciaszkiewicz, Skup, Kłos - którzy grali w Gwardii - mieli etaty. Regionalny związek był dysponentem środków finansowych, które otrzymywał z miasta. Dzielił je potem na kluby. Dziś to jest normalna działalność gospodarcza. Kluby dbają o swoich sponsorów, a potem decydują, kogo zatrudnić. Niestety, zmniejszyła się liczba małych klubów, bo przestały dostawać dotacje ze związku. Przede wszystkim jest mniej drużyn kobiecych, ale też zespołów dzieci i młodzieży. Poza tym w tamtym okresie siatkówka to była działalność społeczna. Teraz nie ma czegoś takiego. W klubach i związkach są menadżerowie, a za wszystkim idą profity i wynagrodzenia. Byłem członkiem zarządu PZPS. Kiedy ja jechałem na posiedzenie do Warszawy, dostawałem 40-50 zł. Dziś są to znaczące kwoty. Oczywiście te zmiany pojawiły się nie tylko w sporcie, ale też w gospodarce i to one dyktują nam życie. Widzę jednak niestety, że koledzy nie garną się do tej pracy. Nie każdemu się chce. Mentalność młodych ludzi jest inna. Chcą się liczyć, mają nadzieję na rozgłos w prasie. To są ich ambicje.

Ponad 30 lat prezesowania... Długo.
Za długo. Tak uważam. Zasiedziałem się. Dziś sądzę, że tacy działacze idą już potem wytartymi torami. W każdej instytucji potrzebne są zmiany. Nowy kolektyw. Dlatego uważam, że wprowadzenie kadencyjności to dobry pomysł.

Jak Pan patrzy, co stało się ze "starą" Gwardii i Krupniczą, to jest Panu żal?
Do ubiegłego roku byłem członkiem klubu i opłacałem składki. Gwardia działała przy Komendzie Wojewódzkiej Policji. Zawodnicy byli tam na etatach. Zresztą będąc prezesem DZPS-u współpracowałem z komendantami wojewódzkimi. Po zmianach ustrojowych MSW przestało interesować się sportem. Świętej pamięci Stefan Fiodorow - były prezes Gwardii - był moim przyjacielem. Jeśli sponsor się wycofuje, to klub musi upaść. Przy tych wszystkich zmianach, uprzedzeniu do dawnej milicji, trudno być na topie. A plany były ambitne, bo przecież pojawił się pomysł, by na Wzgórzu Andersa powstała nowa hala sportowa. Wszystko upadało. Dlatego chwała panu Tobysowi i całej tej ekipie, że uratowała drużynę. Śledzę ich ruchy i bardzo mi się podobają. Dobrze, że została nazwa "Gwardia". Dlaczego kobieca drużyna nie mogła zrobić tak samo? Dziś mamy "Volley"... Cieszmy się i z tego. U dziewczyn też przecież grało kiedyś wiele świetnych siatkarek.

Nie dało się tego wcześniej ratować?
Mówiłem Andrzejowi Matejukowi (były Komendad Wojewódzki policji we Wrocławiu - przyp. JG): zrób coś, żeby to finansować. Musieli jednak radzić sobie sami. Ostatnio rozmawiałem, żeby założyć koło sympatyków Gwardii, w którym znaleźliby się m.in. byli jej zawodnicy, ale nie było było entuzjazmu. Podchodzą do tego ostrożnie. Kiedy w Gwardii był jeszcze prezes Żebrowski, to do klubu przychodzili różni działacze, różni ludzie. Na szczęście teraz to idzie w dobrym kierunku. Mam nadzieję, że do PlusLigi. A jeśli chodzi o Krupniczą - dobrze, że ludzie z nowej Gwardii zabrali te wszystkie pamiątki.

Porozmawiajmy teraz o związku, bo zbliżają się wybory. Jak Pan ocenia siatkarski Dolny Śląska na tle reszty siatkarskiej Polski?
Nie chcę wyjść na zadufanego w sobie, ale kiedy ja byłem prezesem, ranga dolnośląskiego związku była bardzo wysoka. Mieliśmy więcej drużyn na wyższych szczeblach: Polonia Świdnica, Gwardia, Chełmiec Wałbrzych, Ikar Legnica... Z Dolnego Śląska wywodziła się liczna grupa sędziów międzynarodowych. Teraz jest jeden lub dwóch. Wiele ważnych imprez odbywało się u nas. W stanie wojennym udało się nawet zorganizować mecz Polska - USA. Dziś rola wojewódzkich związków jest mniejsza. Uważam jednak, że w DZPS-ie nadszedł czas na zmiany. Potrzebni są nowi ludzie, nieskażeni przeszłością.

Na dziś jedynym oficjalnym kandydatem na fotel prezesa DZPS jest Jacek Grabowski.
Generalnie uważam, że prezes dużego klubu nie powinien być prezesem związku. Pan Grabowski od wielu lat jest w związku. Był chyba nawet wiceprezesem do spraw marketingu i trudno coś powiedzieć o efektach jego pracy. Poza tym - jako prezes związku - będzie cały czas postrzegany, jako człowiek z #VolleyWrocław.

Zwolennicy tej kandydatury powiedzą, że to człowiek, który doskonale zna siatkarskie realia w regionie.
O wszystkim zadecyduje to, kto ile zbierze szabli. Podczas poprzednich wyborów Wojciech Rozdolski (kontrkandydat Wachowiaka - przyp. JG), zdobył tylko o dwa głosy mniej. Jacek Grabowski jest prezesem klubu, działa w PlusLidze, ma dużo zająć. Moim zdaniem za dużo spadłoby na niego obowiązków.

Ma Pan swojego kandydata?
Wspomniałem Wojtka Rozdolskiego i nie kryję, że to jest dobra osoba. Widzę jego zaangażowanie. To musi być ktoś, kto jest niezależny, ma swoją firmę, da pewien nowy bodziec. No i skupi się tylko na pracy w związku. Czas na zmiany.

Zwolennicy ustępującego zarządu powiedzą: przez ostatnie lata zawitało do nas wiele dużych imprez.
To nie zależy od związku, tylko od możliwości finansowych miasta. Miasta się w ten sposób promują, dlatego partycypują w organizacji. W tym roku Pucharu Polski we Wrocławiu już nie będzie. Wszystkie duże, międzynarodowe imprezy nas omijają. Nie mamy takiego obiektu jak w Trójmieście, Krakowie czy Katowicach. To, co mieliśmy, zawdzięczamy przychylności prezesa Jacka Kasprzyka i działaniom sekretarza miasta Włodzimierza Patalasa. Trzeba to przyjąć do wiadomości.

Polacy najaktywniejsi w Europie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie