Michał Sumiński - Niezapomniany Pan Zwierzyniec

RED
Dwa lata temu przyznał, że tęskni za lasem. - Brakuje mi jego zapachu - mówił
Dwa lata temu przyznał, że tęskni za lasem. - Brakuje mi jego zapachu - mówił artur pawłowski/reporter/east news
Udostępnij:
O losach Michała Sumińskiego - myśliwego, żeglarza i specjalisty od tych, co skaczą i fruwają, pisze Jacek Antczak.

Gdyby określenia "celebryci" używano w czasach PRL-u, z pewnością obok Adama "Zrób to sam" Słodowego, Tomasza "Biegaj z nami" Hopfera czy Ireny "Tele Echo" Dziedzic znalazłby się w czołówce legend telewizyjnych show. Te określenia z współczesnego słownika pop-kultury są uprawnione, gdyż podobnie jak inne ówczesne największe gwiazdy szklanego ekranu dla ludzi, których ulubionymi stronami internetowymi są Nostalgia.pl czyBorn in the PRL (czyli dla dzisiejszych 40- i 50-latków), Michał Sumiński pozostanie ikoną - niczym Kazimierz Deyna dla kibiców piłkarskich.

Gdyby młodszemu pokoleniu próbować uzmysłowić, kim był "Pan Zwierzyniec", można by go określić jako skrzyżowanie Adama Wajraka z Dorotą Sumińską (zbieżność nazwisk ze znaną panią weterynarz i autorką programu "Zwierzowiec" przypadkowa).

Tyle że byłoby to uproszczenie, bo życiorys Michała Su-mińskiego, który zmarł 25 grudnia, to sama w sobie historia niezwykła. Myśliwy, żeglarz, więzień Pawiaka i Auschwitz, zoolog, geograf, dziennikarz, 13 grudnia obchodził 96. urodziny.

"Zwierzyniec", program emitowany w latach 70. i 80 przez 20 lat, to był taki poniedziałkowy "Teleranek", tyle że popołudniowy. Niezwykle popularny program (dziś powiedziano by, że miał "wielomilionową oglądalność"), poświęcony był wyłącznie zwierzętom. Zaczynał się o godzinie 16.30 (albo o 16.40 - tu trwają spory), a anonsowała go piosenka ze skrzydlatymi dziś słowami Marii Terlikowskiej: "I łaciate, i kudłate, pręgowane i skrzydlate, te co skaczą i fruwają, na nasz program zapraszają".

Wielką atrakcją "Zwierzyńca" były pokazywane wówczas w Polsce tylko w trakcie tego programu kreskówki wytwórni Hanna-Barbera o Psie Huckleberrym, Misiu Yogi czy Gorylu Magilla.
"Zwierzyniec" dbał, by dzieci z całej Polski dbały o zimujące w kraju ptaki, meldowały o bocianich gniazdach i ocieplały budy dla psów.

Ale najważniejsze było spotkanie z Michałem Sumińskim i jego gawędami o zwierzętach. Pan Michał, w myśliwskim stroju, z lornetką zamiast broni, charakterystycznym tonem i stylem opowiadał o swoich przygodach na leśnych traktach, zwyczajach borsuków, płochliwych zającach, poszukiwaniach rysia czy tropieniu ptaków. Gospodarz "Zwierzyńca" kochał i rozumiał zwierzęta. Kilka lat temu przyznał w jednym z nielicznych wywiadów, że nawet dosłownie.

- W tym, że rozumiałem mowę zwierząt, jest trochę prawdy. Przyroda jest moją wielką pasją, spędzałem w lesie godziny na obserwacjach, zwłaszcza ulubionych ptaków. - opowiadał "Tygodnikowi Ciechanowskiemu" 90-letni wówczas Sumiński, tłumacząc, o czym zwierzęta gadają: - O jedzeniu, przyjemnościach i niebezpieczeństwach, a także o dziewczynach - tak jak my. A problemów w lesie, szczególnie zimą, nie brakuje. Czasem opowiadają sobie także o nas, ludziach, i to niezbyt pochlebnie. Niejeden by się zawstydził...

Sumiński trafił do telewizji przypadkiem. Pod koniec lat 60. został zaproszony jako gość do programu dla dzieci "Ekran z bratkiem". Opowiedział kilka historyjek o zwierzętach. Przyszły tysiące listów od telewidzów, domagających się, by tego "pana z wąsami" zapraszać regularnie.
Pod koniec lat 80. "Zwierzyniec" zszedł z wizji. Sumiński tłumaczył, że odszedł w tym samym czasie, co wieloletni redaktorzy tego programu, a potem przeszedł na emeryturę, rozleniwił się i nie dawał się już namówić na come back.

Jego "Gawędy o zwierzętach" wydano w formie książkowej w 2001 roku. Ale to już nie było to samo. Kilka lat temu telewizja zrealizowała też biograficzny dokument o Sumińskim zatytułowany "Pan Zwierzyniec".

Michał Sumiński urodził się w 1915 roku w gmachu Uniwersytetu Warszawskiego. W służbowym mieszkaniu ojca, profesora tej uczelni, światowej sławy zoologa, specjalisty od ważek, a prywatnie wielbiciela polowań.

Po śmierci matki chłopiec zamieszkał u babci w rodzinnym majątku Leśniewo koło Ciechanowa. Na 10. urodziny dostał od ojca strzelbę i zgodę na... strzelanie do gawronów, srok i wróbli. Choć, jak zapewniał, jako dziecko był raczej nicponiem i więcej czasu niż nad książkami spędzał w lesie, to jednak przestrzegał wydanego przez tatę zakazu strzelania do ptaków śpiewających. Pierwszym ustrzelonym przez niego zwierzęciem był zając. Sumiński, dla którego myślistwo było wielką pasją (przez dziesięciolecia dzielił ją z żoną Zofią i synem Piotrem), mimo to miał z zającami świetny kontakt.

- Lubię wszystkie zwierzęta, także te domowe. Ale oczywiście miałem kilku ulubieńców. Pamiętam pewnego zająca, z którym łączyły nas wspólne zwyczaje. Lubiłem czasem wyjść w nocy i zapolować. Wtedy, nie wiadomo skąd, on też się pojawiał i całkiem blisko przysiadał na tych swoich skokach. Zawsze było o czym pogadać. On mi opowiadał o leśnych problemach, a ja jemu o dobrych ludziach - wspominał leśnego przyjaciela w rozmowie z portalem "dziennik-nowy.pl".

Jako nastolatek Sumiński wyjechał do Warszawy. Tu pod okiem ojca skończył gimnazjum, prestiżowe liceum im. Reja, w końcu zoologię na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie wykładał jego tato. W młodości, jeszcze jako nastolatek, często gościł w rozgłośni Polskiego Radia. Słuchał tam opowieści swojego ojca, który współpracował z radiem jako ekspert od świata zwierząt albo - jak chcieli młodsi słuchacze - "Pan od przyrody".

Michał Sumiński nie lubił wspominać traumatycznych przeżyć z czasu wojny, nie dzielił swojego życia na czas do wojny i po niej. W dniu, w którym wybuchła, 1 września 1939 roku, przypłynął na swoim jachcie do Gdyni z rejsu do Szwecji. Od dzieciństwa pasjonował się żeglarstwem.
Wrócił do Warszawy. Jego ojca aresztowało gestapo, trafił do Majdanka. Syn działał w ruchu oporu. W 1943 roku wylądował na alei Szucha i na Pawiaku. Gdy jeden z niemieckich żołnierzy, który go wcześniej rozpoznał i przyczynił się do jego aresztowania, zginął od kul partyzantów, Sumiński został więźniem Auschwitz nr 119464.

Przebywał tam, a potem w obozie Mauthausen-Gusen do 5 maja 1945 roku, aż do wyzwolenia go przez amerykańskich żołnierzy. - Gdy opuszczałem to miejsce, zwrócono mi z obozowego magazynu odebrany uprzednio zegarek i sygnet rodowy. Wydano przy tym zaświadczenie, że ważyłem 36 kilo - opowiadał Michał Sumiński rok temu "Super Expressowi".

Po wojnie jako 30-latek trafił na Pomorze. Pracował w Spółce Rybackiej w Bydgoszczy, gdzie pomagał rybakom osiedlającym się na Ziemiach Zachodnich. Wkrótce został Głównym Inspektorem Wychowania Morskiego, inspektorem wyszkolenia morskiego i... kapitanem "Generała Zaruskiego", czyli flagowego jachtu Ligi Morskiej.

W latach pięćdziesiątych... pisał książki. Ukazują się "Rejsy bałtyckie", "Wiedza żeglarska", "Żeglarskie zwycięstwo", "Znad jezior", "Przez siedem jezior". Trafił do polskiego radia i telewizji, gdzie m.in. szefował redakcjom dla Polaków przebywających za granicą i prowadził audycje dla marynarzy. Polował, żeglował...

W 1968 roku zaproszono go do programu dla dzieci, żeby pogawędził o zwierzętach... Robił to 20 lat. Potem, jak to on, spacerował po lesie. Jeszcze dwa lata temu, w jednym z ostatnich wywiadów, przyznał, że bardzo tęskni za lasem.

- Najbardziej brakuje mi jego zapachu. No i odgłosów jego mieszkańców. Bywa, że rodzina zorganizuje mi przejażdżkę, ale ze względu na wiek bywa to dość kłopotliwe - opowiadał dziennikarzowi.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie