Michał Koterski: Ciągnie mnie do Wrocławia, bo po części jestem wrocławianinem [WYWIAD]

Robert Migdał
Scena z filmu "Gierek"
Scena z filmu "Gierek" materiały prasowe
Udostępnij:
Aktor Michał Koterski opowiada o wyzwaniu, jakim była dla niego tytułowa rola w filmie "Gierek", ale też o rodzinie, teatralnym debiucie we Wrocławiu, hejcie, wierze w Boga i o tym, dlaczego pomnik Fryderyka Chopina we wrocławskim parku Południowym jest dla niego szalenie ważny. Rozmawia Robert Migdał

Jak przytyć 20 kilogramów, to ja wiem doskonale. Ale jak schudnąć?

(śmiech) A dla mnie trudniej było przytyć, niż schudnąć. Do roli w filmie "Gierek" przytyłem 21 kilogramów i od razu pojawiły się komentarze: "Ooo, pandemia dała mu się we znaki", "Roztył się jak świnia". To była zmasowana krytyka mojego wyglądu i to nie było łatwe do przyjęcia, a na dodatek nie mogłem nikomu powiedzieć, że przybrałem na wadze "do roli". Pierwsze 7 kilogramów "wrzuciłem" łatwo, potem zaczęły się schody. Producent i reżyser dzwonili cały czas: "Musisz przytyć, jeszcze więcej, więcej..." A ja wmuszałem w siebie jedzenie i nic. I w końcu pomogła mi pandemia: mniej ruchu, siedzenie w domu, zero pracy i stresów - organizm się rozleniwił. Na dodatek, tak jak wszyscy, kupiłem masę makaronów, którymi się zajadałem wieczorami, do tego napoje gazowane, siedzenie przed telewizorem, czipsy... I poszło - efekt był. Waga pokazała 106 kilogramów.

Zrzucanie takiego nadbagażu przyszło ci łatwiej?

Bo mnie mnie ludzie dopingowali opiniami: "O, jak super". Poza tym tak się szczęśliwie złożyło, że dostałem akurat rolę w filmie, który ostatecznie nie wypalił z różnych względów, a w którym miałem grać z Tomkiem Oświęcimskim. Moja postać miała być "wyżyłowana" i Tomek - jako świetny trener personalny, bo był nim zanim został aktorem - obiecał mi pomóc. Masa była, więc przyszedł czas na rzeźbę (śmiech). I Tomek opracował mi plan treningowy, poświęcał mi swój czas i codziennie o 7 rano spotykaliśmy się na siłowni. Do tego dieta keto - samo mięso i warzywa - i chudnięcie poszło mi szybko. W dwa miesiące udało mi się zbić to, co przytyłem - bez jakiegoś większego wysiłku, bez głodzenia.

Jesteś - i w życiu prywatnym, i zawodowym - człowiekiem upartym? Dążącym do postawionego sobie celu?

Tak, zawsze jestem na sto procent zaangażowany w to, co robię. Z takiej jestem rodziny. Mój ojciec jest reżyserem, twórcą kina autorskiego. Nigdy nie zrobił żadnego serialu, żadnej reklamy, zawsze mi tłumaczył, że żeby coś w kinie osiągnąć, to trzeba "upuścić krwi", że jego nie interesuje "granie 36,6 stopni". Ma wrzeć. Film to jest wydarzenie, to jest święto - trzeba dać z siebie wszystko.

Grając Edwarda Gierka dałeś z siebie 100 %?

Różne są opinie na temat tego, jak zagrałem. I to bardzo skrajne opinie: albo się komuś bardzo podoba, albo mówi, że kompletnie nie. Ja jednak zasypiam codziennie spokojnie, nie mam sobie niczego do zarzucenia - wiem, że zrobiłem wszystko, żeby dobrze zagrać. Zrobiłem tak, jak umiałem najlepiej.

Syn Edwarda Gierka był podobno zachwycony tym, jak zagrałeś jego ojca.

Po specjalnym pokazie filmu pan Adam Gierek powiedział o mojej grze: "Pan Koterski idealnie oddał emocje mojego ojca" i poprosił producenta filmu, żeby mu dał ten film na pendrive, żeby "mógł mieć ojca na co dzień w domu". Był bardzo poruszony. To było dla mnie bardzo miłe.

Jak przygotowywałeś się do tej roli, oprócz tycia oczywiście, czyli zmiany fizycznej?

W pewnym momencie zrozumiałem, że ja nie jestem w stanie zagrać Gierka, tylko muszę się nim stać w emocjach. Poświęciłem rok swojego życia, żeby poznać mojego bohatera: czytałem o nim, słuchałem jego przemówień, oglądałem jego występy. Gierek był cały czas ze mną, aż mi na łeb siadło: śniły mi się te czasy, miałem wrażenie, że w tych gierkowskich czasach żyłem, choć przecież mnie jeszcze na świecie wtedy nie było. W pewnym momencie Gierek doprowadził mnie do obłędu, bo poczułem, że muszę wyprowadzić się z domu - od mojej partnerki, syna, żeby nic mnie rozpraszało.

Pół roku byłeś poza domem…

To niestety doprowadziło do kryzysu w naszym związku. Wiele osób mnie pyta, czy nie żałuję tego kroku. Dziś znów jesteśmy razem, więc łatwo mi powiedzieć, że nie żałuję, ale pewnie, gdybyśmy nie byli razem, to bym żałował. Dziś już wiem, że żadna sztuka nie jest warta poświęcenia rodziny. Przygotowanie się do tej roli, to była największa praca, największy wysiłek w moim życiu. Mojego ojca zapytano, gdy już zobaczył ten film, jak mnie ocenia. Stwierdził: "Mój syn musiał stworzyć kreację. I to zrobił".

Stworzenie kreacji to wielki wysiłek dla aktora. Pamiętam, jak Zbigniew Waleryś opowiadał mi o swojej roli w filmie "Papusza". Że przygotowywał się do niej, wchodził w rolę miesiącami, i tak samo długo trwało jego wychodzenie z roli, bo grany przez niego bohater przywarł do niego, zadomowił się w jego głowie.

Jak robiliśmy film "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" z Markiem Kondratem, to on przychodził do mnie codziennie, do mojego mieszkania na Powiślu, na próby. I w pewnym momencie powiedział: "Wiesz, ja chyba nie jestem w stanie dać z siebie w tym filmie tyle, co w Dniu Świra. Bo po "Dniu Świra" nie mogłem przez pół roku do siebie dojść". Ja wtedy, jako żółtodziób, nie mający pojęcia o poświęceniu, o sztuce aktorskiej, myślałem sobie: co on gada? Po latach zrozumiałem, o co mu chodziło. Ja też przez rok byłem z Gierkiem, a potem przez pół roku się go z siebie pozbywałem. To był trudny okres, a na dodatek, gdy bohater - z którym żyłeś, jadałeś, przeżywałeś świat na nowo - z ciebie wychodzi, to pojawia się wielka pustka. Zawód aktora - powiem ci szczerze - jest schizofreniczny.

Ten film wzbudził emocje. I to nie tylko artystyczne, ale i polityczne.

Nigdy nie interesowałem się polityką, nie wiązałem z nią żadnych emocji: zawsze mi było wszystko jedno, czy wygra ten, czy tamten. A ten film zrobił wrzawę polityczną, choć opowiada historię, która wydarzyła się 50 lat temu! Ba. Wzbudził u ludzi skrajne emocje, ludzie zaczęli się kłócić - nawet temat filmu: czy jest dobry, czy zły, zszedł na dalszy plan, a historia PRL-u rozgrzała emocje. Dziwne to dla mnie było, dlatego cieszę się, że za chwilę wchodzi do kin nowy film ze mną "Krime story, love story" - historia gangsterska, film młodzieżowy, lżejszy. Czuję przy tym filmie oddech - że to będzie coś nowego, coś nie obciążonego historią, sporami, kłótniami. Bo niestety nasz naród tylko czeka, żeby rzucić mu kość, o którą się ludzie pogryzą. To jest przerażające.

Po twojej roli w filmie "7 uczuć", i teraz po "Gierku", słyszę takie opinie, że Misiek Koterski przestaje być Miśkiem a staje się Michałem.

Ja swojego "Miśka" lubię, sam, dla siebie, bo mam czteroletniego syna i lubię, kiedy on się kontaktuje z "Miśkiem Koterskim", bo "Misiek" nie tworzy dystansu. Dlatego pielęgnuję tego "Miśka" w sobie, to dziecko. Ale rzeczywiście, zawodowo, aktorsko, z Miśka staję się Michałem - praca przy takich filmach, które wymieniłeś, przy takich głównych rolach, z takimi, wielkimi aktorami, tego wymaga.

Pracowałeś w życiu z całą plejadą aktorów…

To były wybitne osobowości, top topów polskiego filmu: Chyra, Więckiewicz, Ostaszewska, Cielecka, Woronowicz, Dorociński... Miazga. Obserwując ich, grając z nimi, będąc przy nich - uczyłem się, podpatrywałem. I myślę, że gdyby nie rola w "7 uczuciach", to myślę, że nigdy bym się nie podjął, ze strachu - że nie udźwignę - roli Gierka.

Nie masz aktorskich kompleksów?

Spotykam się z różnymi opiniami na temat swojego aktorstwa i bardzo wiele z nich jest złośliwych. Nie spływa po mnie, jak po kaczce, gdy piszą: "Michał Koterski nie jest aktorem". I wtedy się zastanawiam: czy aktorami są moi koledzy, którzy pokończyli szkoły aktorskie i nigdy nie stanęli na scenie, nie zagrali w filmie i pracują w innych zawodach? I co? Oni są aktorami, nie mając nic wspólnego z tym zawodem, tylko papier? Czy też ja jestem aktorem - choć nie mam aktorskiego wykształcenia, a zagrałem w wiele ciekawych ról, w wielu filmach, u wielu reżyserów? To jak nazwać to, co robię? Mój ojciec mówi mi: "Widocznie my tak mamy" - jego też bardzo późno doceniono. Do "Dnia Świra" wszystkie jego filmy dostawały 5 na 10 od krytyków, a potem ci sami krytycy, po nagrodzie w Gdyni, lecieli do niego z wyciągniętą ręką i mówili: "Panie Marku, ja jestem od dawna pana wielbicielem"…

Boli cię to, gdy mówią i piszą: "Michał Koterski nie jest aktorem"?

Boli. Bardzo. Próbuję sobie tłumaczyć, że takie opinie są czystą złośliwością osób, które tak piszą. A może piszący leczą w ten sposób jakoś swoje kompleksy? Ale i tak mnie to dotyka… Choć i słyszę wiele pozytywnych opinii, a we Wrocławiu - na Festiwalu Aktorstwa Filmowego - dostałem nagrodę - "Złotego Szczeniaka" za rolę w filmie "7 uczuć". To mnie podbudowało.

No właśnie. Wrocław. To nie jest tylko miasto, do którego przyjeżdżasz na gościnne występy: tu debiutowałeś na teatralnych deskach - "Z twoją córką? Nigdy! - we Wrocławskim Teatrze Komedia.

Ciągnie mnie do Wrocławia, bo po części jestem wrocławianinem. Urodziłem się w Łodzi, bo moja mama jest z Łodzi, ale mój tata jest z Wrocławia. Tu się urodził, tu do tej pory mamy rodzinę od strony taty, tu przez wiele lat był nasz dom rodzinny, który po śmierci babci - niestety - mój ojciec i wujek sprzedali. Mam sentyment do tego miasta, bo to miasto mojego dzieciństwa. I - jak wspomniałeś - tu był mój debiut teatralny, właśnie we Wrocławskim Teatrze Komedia…

Pamiętam, jak się stresowałeś przed premierą.

To był straszny stres, mimo tego, że rólka była nieduża. Od tamtej pory zagrałem już wiele głównych ról w spektaklach, ale ta rola we Wrocławiu jest dla mnie najtrudniejsza - dwie sceny, a ja za każdym razem jak wracam do wrocławskiej Komedii, żeby ją zagrać, to mam takiego jeża w żołądku, jakbym pierwszy raz na scenę wychodził. Jakiś taki lęk pierwotny mnie ogarnia, aż sam się dziwię - "co się dzieje"? Ale tylko głupcy się nie boją - w tym zawodzie, jak i w każdym innym.

Aktorom łatwo popaść w próżność, w pychę.

Oj, bardzo. Ja też mam takie tendencje, wiec może i dobrze, że nie wszyscy pieją na mój widok z zachwytu - może to jest po to, żebym się nie pogubił, żeby mi woda sodowa nie uderzyła, żebym stawiał sobie kolejne wyzwania.

W świecie filmu jesteś od dziecka. Jakie są minusy tego artystycznego życia?

Minusem jest niestabilność - artysta jest non stop w podróży. I ten minus nie odczuwa aktor, reżyser, a jego rodzina. Pamiętam, jak taty często nie było w domu, bo jeździł z tym swoim chlebakiem przewieszonym przez ramię - a to do Warszawy, a to do Wrocławia. I ciągle, ciągle go nie było. Jako dziecko bardzo to odczuwałem. I mój syn też to odczuwa - widzę, jak jest spragniony i stęskniony, kiedy ja wracam do domu. Cierpi więc rodzina, dlatego często się zastanawiam, czy by tego całego aktorstwa nie rzucić w cholerę.

Bycie aktorem, to też ciągłe ocenianie przez innych.

A ja, już od dziecka, bałem się oceniania. Nawet kiedy miałem podejść do tablicy w szkole, "wystąpić" przed całą klasą, to od razu cały się trząsłem i nawet jak umiałem materiał, to nie potrafiłem się wysłowić. A teraz, w dobie internetu, jestem oceniany przez każdego, 24 godziny na dobę - to jest ogromna presja, z którą żyję.

A z drugiej strony są plusy...

Jak długo nie gram, nie wyjeżdżam, to mi czegoś brakuje, za czymś tęsknię - bo aktorstwo to moja pasja, moja miłość. To coś, co nie jest tylko zawodem, ale sprawia mi wielką przyjemność. Tak źle, i tak niedobrze.

Wrocław to dla ciebie nie tylko teatr, ale i serial "Pierwsza miłość"…

... w którym gram już 10 lat! Powiem ci szczerze, że wiele razy chciałem już odejść z tego serialu - że już za długo, że może coś nowego trzeba zrobić - ale najbardziej trzyma mnie to, że jest kręcony we Wrocławiu a ja tak lubię tu przyjeżdżać. Bo Wrocław - w porównaniu z Warszawą - to cudowne miejsce: nie ma tu pogoni, że "trzeba mieć", nie ma ciśnienia, że trzeba coś już, szybko, teraz zrobić, że trzeba tu i tam być, że trzeba mieć jak najwięcej... Wrocław jest normalny, spokojny - tu mogę zwolnić tempo życia, spotkać się sam ze sobą. To mi bardzo odpowiada. No i mam tu swoje ulubione miejsce, do którego zawsze przychodzę, wracam.

Co to takiego? Gdzie?

Park Południowy i pomnik Fryderyka Chopina, który się w nim znajduje. Uwielbiam chodzić pod ten pomnik - tak było - ładnie mówiąc - w moich latach "rockandrollowych", kiedy to chodziłem i z Chopinem rozmawiałem i mu się zwierzałem z moich problemów. Siedziałem na ławeczce obok i mówiłem: "Nic już w życiu mnie nie spotka". A potem, kiedy moje życie nagle się odmieniło, bo zrobiłem nad sobą pracę duchową, a potem zaczęły się małe i większe sukcesy, to często też chodzę porozmawiać z Chopinem i mówię mu: "Zobacz, jakie życie jest niesamowite: kiedyś myślałem, że to koniec mojego życia, a dzisiaj jestem szczęśliwy". Wiesz, że nie ukrywam, że jestem osobą wierzącą, i coś ci powiem: jakieś dwa lata temu patrzę na ten pomnik, jak się na niego dzieciaki wdrapują i nagle odkrywam, że na fotelu, na którym siedzi Chopin, z boku, po jego prawej stronie, jest... odciśnięty znak Matki Boskiej, która trzyma Jezusa na rękach. I wtedy uświadomiłem sobie: "Kurczę, ja przez te całe swoje życie nie rozmawiałem z Chopinem, ale z tą Matką Boską, z Jezusem..."

No i twój syn ma na imię Fryderyk.

To właśnie po Chopinie. Kiedy spotkałem Marcelę i jeszcze nie planowaliśmy dziecka, to ona mi powtarzała: "Chciałabym mieć chłopca i żeby miał na imię Fryderyk". Wtedy sobie myślałem: "Jezu, jak to dobrze, że nie będzie kłótni o imię".

Twój syn rozwija się muzycznie. Dostał nawet pianino od związanego z Wrocławiem pianisty - Leszka Możdżera.

Spotkałem kiedyś Leszka w samolocie i opowiedziałem mu, że byłem na jego koncercie, a mój syn Fryderyk był wtedy w brzuszku mamy i już wtedy słuchał, jak Możdżer gra. I że po tym koncercie moja Marcela zakochała się w pianinie i zaczęła naukę gry, choć własnego pianina nie mamy. I że Fryderyk od małego słucha gra na pianinie... 40 minut lotu bombardierem z Warszawy do Wrocławia gadałem do Możdżera. I na koniec on powiedział do mnie: "Słuchaj, nie ma co zwlekać, trzeba kupić pianino". Na drugi dzień poszedłem pod pomnik Chopina, opowiedzieć mu tę historię i nagle dostaję wiadomość na komórkę od Leszka Możdżera: "Jakie pianino: białe, czy czarne. Z połyskiem, czy matowe?". Dwa dni później dzwoni Marcela i mówi: "Słuchaj Michał, jacyś panowie przyszli i mówią, że pianino przynieśli..." I do dzisiaj to pianino jest u nas. Mój Fryderyk oswaja się z nim, siada i uwielbia grać. "Teraz jaka piosenka: smutna, czy wesoła?" - pyta i stuka w klawisze po swojemu. Śmieję się teraz do Leszka: "Jeszcze będziesz się kiedyś prosił, żeby zagrać koncert z moim Fryderykiem".

Cudna historia. Ale wróćmy do filmu "Krime story, love story" o którym wspomniałeś za chwilę wchodzi na ekrany.

To bardzo bliska mi opowieść, na podstawie powieści Kamila Gutowskiego, o świecie hiphopowców, chłopakach z blokowiska, o ich marzeniach. Już 11 lutego w kinach.

Oprócz filmu, piszesz książkę…

Kiedyś Krzysiu Skórzyński, dziennikarz, zaprosił mnie do swojej książki, którą napisał - "Świat na głowie. Rozmowy z ojcami o największym wyzwaniu życia". Kilku ojców - m. in. założyciel zespołu Sistars, lider zespołu Raz Dwa Trzy, Przemek Saleta, czy ja - opowiadaliśmy o swoim ojcostwie... Każdy opisywał swoje, inne spojrzenie na miłość rodzicielską. To była bardzo poruszająca książka. I wydawnictwo, które ją wydało, odezwało się do mnie, że chcą ze mną zrobić osobną książkę - tak im się spodobał "mój rozdział". Ja ich przez dwa lata zwodziłem - bo o czym miała być ta książka, przecież ja nie mam aż takiego dorobku, żeby o tym pisać, po drugie - nie umieram jeszcze, młody jestem. Ale okazało się, że ciekawa jest dla nich moja opowieść, jak udało mi się pokonać moje uzależnienie - bo gdy o tym mówię, to dostaję sygnały od ludzi, że te moje opowieści im pomagają walczyć z nałogiem, są wsparciem, drogowskazem. "Panie Michale, dzięki panu postawiłem pierwszy krok, żeby zerwać z nałogiem. Jest pan dla mnie nadzieją" - piszą. I kiedy uświadomiłem sobie, że moja historia, moje doświadczenia są potrzebne innym ludziom, to stwierdziłem: "Ok, ta książka może być ważna dla innych, może innym pomóc. Zróbmy ją". I właśnie zacząłem pisać…

Rozmawiał Robert Migdał

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

miejsce #1

Audio-Technica

Audio-Technica ATH-ANC700BT Czarny

799,00 zł399,00 zł-50%
miejsce #2

JBL

JBL T110BT czarny

205,48 zł104,99 zł-49%
miejsce #3

Bose

Bose Headphones 700 Czarne

1 799,00 zł1 139,00 zł-37%
miejsce #4

Sony

Sony WH-1000XM3 czarny

1 399,00 zł1 099,00 zł-21%
miejsce #5

Apple

Apple AirPods Pro biały (MWP22ZM/A)

1 247,00 zł999,00 zł-20%
miejsce #6

JBL

JBL Tune 700BT Czarne

339,00 zł299,00 zł-12%
Materiały promocyjne partnera

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Niech ******ala.
G
Gość
Kiedy czytam, że człowiek tak wulgarny i pretensjonalny "wykonał pracę duchową" to zastanawiam się gdzie by spadł gdyby tej pracy nie wykonał?

Jesteś typem człowieka, który mówi jedno , a robi zupełnie co innego. Park Południowy to i moje miejsce, ale dzięki Bogu nigdy cię tam nie spotkałem
G
Gość
Misiek, zrób dzióbek..
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie