Miał gwarancję zwycięstwa, a teraz rozpaczliwie walczy o II turę. Suma błędów Komorowskiego

Witold Głowacki
Bronisław Komorowski
Bronisław Komorowski Czarek Sokolowski
Urzędujący prezydent jeszcze pół roku temu miał sondażową gwarancję zwycięstwa w pierwszej turze. Dziś Bronisław Komorowski rozpaczliwie walczy o turę drugą. Co sprawia, że jest aż tak bardzo źle?

Wyborcza niedziela, dzień pierwszej tury prezydenckiej elekcji. W warszawskim kościele Dominikanów na Nowym Mieście w południe pojawia się Anna Komorowska. Kościół przy Freta ma KIK-owskie tradycje i słusznie kojarzony jest z liberalną katolicką inteligencją - miłośnicy ojca Rydzyka raczej nie chodzą tam na msze. Ale też z całą pewnością wyborcy Bronisława Komorowskiego podczas niedzielnej mszy nie stanowią w tym miejscu większości, wręcz przeciwnie.

A jednak pierwszą damę witają uśmiechy, dyskretne ukłony, pozdrowienia. Ona reaguje tak samo - nie ma w tym nienaturalności, wrażenie pełnej spontaniczności zmniejszają tylko BOR-owcy kręcący się wokół prezydentowej. Nic w tym niezwykłego - podobne obrazki widzieliśmy dotąd prawie wszędzie, gdzie pojawiała się prezydencka para.

Bronisław Komorowski wśród ludzi, w okolicznościach półoficjalnych, wywołuje podobne reakcje. Ściska dłonie, cierpliwie pozuje do selfie, wdaje się w krótkie pogawędki, uśmiecha i żartuje. Ten rodzaj naturalności należał dotąd do największych atutów Komorowskiego. To przez lata procentowało - nawet dziś w apogeum kampanii tylko naprawdę zdeklarowani wrogowie i internetowi hejterzy próbują grać przeciw Komorowskiemu na intensywnie negatywnych emocjach. Urzędującego prezydenta trudno nie znosić, tym bardziej nienawidzić - nawet wrogowie zdają sobie sprawę z tego, że prezydent o wiele częściej jest lubiany niż nienawidzony. Wiedzą też doskonale, że w kampanii dla Komorowskiego znacznie bardziej niebezpieczna jest śmieszność. Krzesło, wytykanie wpadek i lapsusów, memy - to wszystko okazuje się o wiele skuteczniejsze od najmocniejszych insynuacji Wojciecha Sumlińskiego i prawicowej prasy.

Bronisław Komorowski od początku roku do pierwszej tury wyborów stracił ok. 30 proc. poparcia ogółu Polaków. Jego notowania spadły niemal o połowę. Tym samym jego kampania naprawdę ma prawo ubiegać się o szczególne miano najgorszej w całym 25-leciu wolnej Polski (porównywalnie źle szło tylko Lechowi Wałęsie w 1995 r.).

Jak to w ogóle możliwe? Jakie mogą być przyczyny tego, że urzędujący prezydent - jeszcze pół roku temu mający sondażową gwarancję (i to ze sporym zapasem) zwycięstwa w pierwszej turze - dziś musi rozpaczliwie walczyć o turę drugą?

Postument
Dopóki Bronisław Komorowski stoi pomiędzy ludźmi, dopóki z nimi rozmawia i pozostaje w interakcji, wszystko jest w mniejszym lub większym w porządku - sytuacji "spontanicznych" kampanijnych pytań o życie za 2 tys. pensji czy zniżki dla niepełnosprawnych tu nie wliczajmy. Generalnie jest interakcja, są uśmiechy, uściski dłoni i kontakt z obywatelami.
Jednak kiedy prezydent wchodzi na mównicę, sytuacja diametralnie się zmienia. Przemawiający Bronisław Komorowski w sprzyjających okolicznościach jest w stanie wprowadzić w stan bliski drzemki nawet samego siebie. W jego wystąpieniach nie brakuje nieco natrętnych odwołań do tradycji, piętrowych porównań i sformułowań kojarzących się z dziewiętnastowieczną literaturą poradnikową. Przede wszystkim zaś jest do bólu oficjalnie, nieodparcie okolicznościowo, tak jakby każda okazja do wystąpienia prezydenta była ważną rocznicą czy dniem narodowej pamięci.

Być może najprostszym uzasadnieniem tej męczącej na dłuższą metę specyfiki stylu Bronisława Komorowskiego jest jego polityczny życiorys.

Chwilę po debiucie w demokratycznej już polityce wolnej Polski Komorowski trafia do bardzo szczególnego resortu, czyli pozostającego głęboko w atmosferze minionego systemu Ministerstwa Obrony Narodowej. W podobnej sytuacji są w tym czasie młodzi opozycjoniści rzuceni do MSW i tworzący UOP z Bartłomiejem Sienkiewiczem. Oni także muszą balansować pomiędzy silnym do dziś aparatem z dawnych czasów

Komorowski jest wiceszefem MON przez trzy lata - z przerwą. Przez ten czas w MON zmienia się czterech ministrów. Pierwszym jest Piotr Kołodziejczyk, czyli peerelowski wiceadmirał. Następcą Kołodziejczyka jest z kolei groteskowo-rewolucyjny Jan Parys. Potem jeszcze Romuald Szeremietiew i Janusz Onyszkiewicz. Zmieniają się też rządy - od Mazowieckiego po Suchocką. A Komorowski odpowiada w resorcie za kwestie społeczno-wychowawcze.
Do MON wraca później jeszcze raz - w dusznej atmosferze rządu AWS, po rozpadzie koalicji z UW. Choć w latach 90. Komorowski był ważnym politykiem prawego skrzydła Unii, w epoce rządu Buzka jest już wraz z Janem Rokitą i Arturem Balazsem działaczem zorientowanego znacznie bardziej na prawo SKL. Partia jest oczywiście w AWS jedynie przystawką do "S", zarówno koalicją, jak i rządem trzęsie zza kulis Marian Krzaklewski. Ostatni rok rządów AWS - gdy w MON ministruje Komorowski - to czas drastycznego spadku notowań tej formacji i niezliczonych dworskich intryg w jej obrębie. Komorowski musi stąpać po bardzo grząskim gruncie, zapewne oddycha z ulgą w towarzystwie czapkujących mu generałów.

W 2001 r. Komorowski (a w ślad za nim większość polityków SKL) przechodzi do Platformy. W Sejmie zostaje szefem Komisji Spraw Zagranicznych, po wyborach 2005 r. wicemarszałkiem i nieco później wiceszefem PO. Wybory roku 2007 wynoszą go wyżej - zostaje marszałkiem Sejmu.

Wiceszef i szef MON. Szef parlamentarnej Komisji Spraw Zagranicznych. Wicemarszałek i marszałek Sejmu. Tak się składa, że to wszystko funkcje wyjątkowo mocno naznaczone wieńcowo-wstęgowo-przemówieniową oficjałką. Wiceminister czy minister obrony porusza się w takich sytuacjach między wojskowymi, kombatantami, strzelcami i harcerzami, kapelanami i delegacjami z krajów sojuszniczych. Szef sejmowej komisji rozmawia z przedstawicielami parlamentu Mongolii, a marszałek Sejmu podejmuje bez przerwy delegacje samorządowców, regionalnych polityków własnej partii, przedstawicieli Polonii, kół gospodyń wiejskich, wędkarzy. Dla wszystkich trzeba mieć przynajmniej kilka słów. Kilkanaście lat takiej okolicznościowej praktyki musi zostawić trwałe ślady. W coraz bardziej dynamicznej, coraz trudniejszej kampanii nawyki z "okolicznościówek" są niewątpliwie obciążeniem - w wypadku Bronisława Komorowskiego wyjątkowo widocznym.

Pałac i urząd. Dwór i styl
Przeprowadzka na Krakowskie Przedmieście i do Belwederu zmieniała wszystkich dotychczasowych prezydentów. Jest coś - w Pałacu zwłaszcza - co nadaje prezydenturze ten specyficzny, dworski wymiar, wymusza wręcz ton patosu, nie do końca naturalne dostojeństwo, usztywnienie w relacjach - tak jakby chwilę po zaprzysiężeniu na prezydenta odbywał się tajny rytuał, podczas którego elekt połyka kij. Zarazem natychmiast kształtują. Mieliśmy już "dwór" Wałęsy, "duży Pałac" Kwaśniewskiego, "straszny dwór" Kaczyńskiego - nie mogło więc zabraknąć i dworu Komorowskiego.

Może także dlatego, że Kancelaria Prezydenta jest dworem niemal sensu stricte. Każdy, kto wchodzi do Pałacu Prezydenckiego, przechodzi przez co najmniej kilka pustych sal, nim dotrze do celu. Mijamy kolejne witające nas instancje urzędnicze, kolejnych mundurowych i garniturowych BOR-owców. A przecież w dalszych korytarzach i na Wiejskiej funkcjonuje także cały urząd ze swymi pararesortami niemal dublującymi Radę Ministrów i pomocniczo-usługowymi wydziałami. Kancelaria - w swym urzędniczym, niedecyzyjnym nawet wymiarze - to moloch, w którym sprawy toczą się swoim trybem i w którym bezpośrednia moc sprawcza prezydenta może być kwestią umowną. Podczas kampanii ten specyficzny rodzaj urzędniczego bezwładu - który znamy zresztą z niemal każdego urzędu centralnego - musi odbijać się czkawką.

Odbija się dziś czkawką także seria decyzji, które na początku kadencji stanowiły atut prezydentury Komorowskiego, czyli dobór najbliższego otoczenia. Wtedy sięgnięcie do tradycji Unii Wolności czy wręcz ROAD rozszerzało spektrum poparcia Komorowskiego także o liberalne centrum czy nawet centrolewicę. Budując na początku kadencji swą kancelarię, postawił zarazem Komorowski na bardzo koncyliacyjny, ale zarazem bardzo mało widowiskowy styl debaty publicznej, który zresztą przyniósł niejeden bardzo ciekawy i ważny projekt - z programami polityki rodzinnej czy modernizacji armii na czele. Dodajmy jednak, że proces tworzenia tych projektów był z natury długotrwały. Dziś, w kampanii, w której liczą się krótkie zdania i poppolityczne memy, bardzo trudno tym wszystkim zagrać.

Zresztą, kto ma to zrobić? Jacek Michałowski, Henryk Wujec, Jan Lityński czy Jerzy Osiatyński to etosowi państwowcy, nie polityczni fighterzy ery postpolityki. Prezydenckie biuro prasowe ma urzędniczy charakter. Wykonuje zadania "od - do", nierozsądnie byłoby oczekiwać z tej strony bardziej kreatywnych, długofalowych pomysłów z zakresu politycznego marketingu.
Właśnie dlatego swych sztabowców szukał Komorowski nie we własnym zapleczu, lecz w Platformie. I kogo stamtąd dostał? Zgranego do ostatniej koszuli politycznego pokerzystę Michała Kamińskiego, który doradzał w pierwszej części kampanii. Roberta Tyszkiewicza, który po raz pierwszy w życiu prowadzi tej rangi kampanię. Dopiero w ostatnich dniach, po porażce w pierwszej turze, prace sztabu wsparł ktoś z pierwszej ligi Platformy, czyli szef MSZ Grzegorz Schetyna, który doradza sztabowcom i bezpośrednio, i za pośrednictwem swego resortowego zastępcy Rafała Trzaskowskiego.
Nikt z tej listy nie należy do bezpośredniego zaplecza Bronisława Komorowskiego jako prezydenta. Grzegorza Schetynę można nazwać politycznym sojusznikiem Komorowskiego, ale już Michał Kamiński ma znacznie więcej wspólnego z kancelarią Lecha Kaczyńskiego niż urzędującego prezydenta. Sięgając po ludzi z platformerskiej ławki kadrowej, prezydent nie jest bynajmniej w komfortowej sytuacji. W dodatku Platforma nie ma mu wcale szczególnie wiele do zaoferowania.

Partia i upadek PO-PiS-u
Od czasu, gdy Joanna Miziołek napisała w "Polsce" o Donaldzie Tusku irytującym się niezbyt przychylnymi dla rządu i Platformy komentarzami, że w jednej z czołowych stacji telewizyjnej "ktoś przestawił wajchę", określenie to weszło do stałego obiegu.

Dziś właśnie o "przestawieniu wajchy" mówi się w kontekście Bronisława Komorowskiego. To, że prezydent nie jest już pieszczochem wszystkich większych mediów, jest konstatowane w ten dziwny sposób - zakładający wiarę w istnienie jakiejś tajemniczej mocy - a może loży? - która o kierunku "wajchy" decyduje.

Tymczasem rzeczywistość wygląda inaczej. Tak się składa, że Tusk miał się zżymać na "przestawianie wajchy" mniej więcej w momencie, w którym rozpoczął się ten gigantyczny, trwający do dziś kryzys jego partii i całego obozu PO. Choć największe kłopoty drugiej kadencji, afera taśmowa i reszta największych nieszczęść Platformy miały dopiero nadejść, właśnie wtedy zaczął się wyczerpywać ten swoisty kredyt zaufania dawany Platformie i Tuskowi przez znaczną część (może nawet większość) ich elektoratu. Ten sam kredyt, który został udzielony także Bronisławowi Komorowskiemu.

Dziś Platforma jest tylko cieniem samej siebie sprzed tych czterech lat, pisanie o "wypaleniu" jest już truizmem, zasoby wyglądają na całkowicie skonsumowane, rezerw nie widać. Perspektywa jesiennych wyborów parlamentarnych Platformy nie mobilizuje - tylko dobija, prawdopodobieństwo odwrócenia trendu jest bliskie zeru. Strach przed PiS skupia wokół PO coraz mniejsze grono "głosujących z rozsądku", problemy z autoidentyfikacją Platformy sprawiają zaś, że kurczy się także dotychczasowy twardy elektorat partii. Paradoksalnie podobnym pod wieloma względami procesom podlega też PiS.

Nie trzeba bowiem było być Einsteinem, by zauważyć, że wraz z wchodzeniem w dorosłe życie kolejnych roczników "straconego pokolenia" - skazanego na prekariackie wegetowanie na dolnych szczeblach - będzie rósł polityczny potencjał nieznanej dotąd na polskiej mapie społecznej grupy młodych wyborców, którzy tego - wiecznego, zdałoby się naiwnym - podziału nie kupują i nie kupią. Efekty już znamy - 20 procent dla Pawła Kukiza, nieznana liczba wyborców całkowicie ignorujących obecną ofertę klasy politycznej i kompletnie nieprzewidywalne dalsze decyzje tego elektoratu. Sztab Bronisława Komorowskiego zachowuje się tak, jakby sądził, że wyborcom Kukiza naprawdę chodziło o JOW-y, a część tradycyjnie platformerskich elit z pewnością podpisałaby się pod słowami profesora Janusza Czapińskiego, który najchętniej wysłałby "młodych radykałów" na brytyjski zmywak.

Podział na PiS-owców i platformersów organizujący dotąd polską scenę polityczną właśnie się ostatecznie wypala. Tymczasem ani Komorowski, ani jego partia nie są na to gotowi - być może nawet nie do końca zdają sobie z tego sprawę.

Bronisław Komorowski przestaje więc być kandydatem bezwzględnej większości Polaków. Staje się kandydatem silnej mniejszości.

Trochę tak jak Andrzej Duda.

Wideo

Materiał oryginalny: Miał gwarancję zwycięstwa, a teraz rozpaczliwie walczy o II turę. Suma błędów Komorowskiego - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3