Marcin Meller: W 2015 roku historia zerwała nam się z łańcucha. Mamy sytuację rewolucyjną

Dorota Kowalska
Podziały Polaków zdaniem Marcin Mellera nakłada się na siebie kilka z nich, także tych historycznych, do tego dochodzi Smoleńsk i kwestia poniekąd klasowa, bo w rozwijającym się, nie za bogatym kraju narastał bunt młodych O Jarosławie Kaczyńskim  zdaniem Marcina Mellera, to najwybitniejszy polityk po 1989 roku, człowiek o dużej mocy sprawczej i wyrazistej osobowości, sprytnie wkomponował konflikt klasowy w konflikt cywilizacyjny
Podziały Polaków zdaniem Marcin Mellera nakłada się na siebie kilka z nich, także tych historycznych, do tego dochodzi Smoleńsk i kwestia poniekąd klasowa, bo w rozwijającym się, nie za bogatym kraju narastał bunt młodych O Jarosławie Kaczyńskim zdaniem Marcina Mellera, to najwybitniejszy polityk po 1989 roku, człowiek o dużej mocy sprawczej i wyrazistej osobowości, sprytnie wkomponował konflikt klasowy w konflikt cywilizacyjny Bartek Syta Barteksyta.Blogspot.Com
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
- W 2015 roku historia zerwała nam się z łańcucha i jak to w sytuacji rewolucyjnej, nie wiadomo, do czego to doprowadzi. Jestem w stanie wyobrazić sobie każdy, nawet najczarniejszy scenariusz - mówi Marcin Meller, dziennikarz, historyk, w rozmowie z Dorotą Kowalską.

Czuje się Pan osobą spełnioną?
Tak, w sumie tak.

Zawodowo?
Powiem tak: jako człowiek ambitny, zawsze uważałem i uważam, że można zrobić lepiej i więcej, ale znam też proporcje rzeczy. Wiem, co mi się udało, gdzie jestem, co mam. Więc, gdybym nagle miał już niczego więcej w życiu nie osiągnąć, to i tak sporo już zrobiłem. Czuję pewien rodzaj spełnienia. Z drugiej strony, mimo swoich 48 lat uważam, że wiele ciekawych rzeczy jeszcze przede mną. Absolutnie nie widzę limitów czasowych, coś może się zdarzyć za rok, za pięć, za dwadzieścia lat. Cały czas mam pasję, chęć robienia czegoś nowego. Kiedy dostałem propozycję objęcia funkcji naczelnego „Playboya”, miałem taki plan minimum, aby pracować na tym stanowisku przynajmniej rok i pokazać, że potrafię wprowadzić korzystne zmiany. Wykonać robotę tak, aby mi nikt później nie powiedział, że dałem ciała, że się potknąłem. To się udało i wtedy z mniejszym stresem mogłem dalej robić swoje. Do tego dochodzi super sytuacja rodzinna: żona, dzieciaki, stabilizacja, która tylko mi służy.

Wiele osób uważało Pana za szaleńca. Odejść z Polityki”? To dla wielu dziennikarzy wymarzone miejsce pracy.
Pracowałem tam 12 lat, dość długo. Można się wszystkim znudzić, to po pierwsze. Po drugie, to co najbardziej lubiłem robić, bo dzięki „Polityce” zwiedziłem pół świata, jeździłem na wojny, to się zaczęło powoli kończyć. Wcześniej mogłem wziąć wolne w redakcji, wyjechać na reportaż na miesiąc, na pół roku. Na przełomie wieku mogłem wyjechać już tylko na parę dni. Gdybym dzisiaj powiedział jakiemuś młodemu dziennikarzowi, że mi dawali spokojnie pracować i wyjechać na tydzień na przykład na Bałkany, to powiedziałby „Super”, tylko dla mnie to było za mało. Inna rzecz, że tych wyjazdów zdarzało się coraz mniej. Za to było ciśnienie, abym pisał teksty krajowe, na przykład sylwetki polityków, co mnie mało bawiło. Poza tym odczuwałem taką zwyczajną „wypałkę” - 12 lat w jednym miejscu. Przy moim charakterze, bo trochę mnie nosi, ta propozycja z „Playboya” była pewnym wyzwaniem i wybawieniem. Zawsze w takich momentach znużenia mam pomysł, żeby założyć knajpę, ale wtedy dostałem właśnie tę propozycję. Półtora miesiąca zastanawiałem się nad nią. Beata Milewska, prezes wydawnictwa wypominała mi to potem przez wiele miesięcy, bo zaoferowała mi najlepszą robotę w mieście, a ja kręciłem nosem i grymasiłem. To nie chodziło o grymaszenie, tylko kalkulowałem: wypisałem na kartce wszystkie plusy i minusy, radziłem się rodziny, znajomych. Wiedziałem, że to fajna robota, coś nowego, ale bałem się, że to pójście za bardzo w rozrywkę, że wylecę poza główne nurty dziennikarstwa i nie będę miał powrotu.

Co Pan wspomina najlepiej ze swojej pracy dziennikarskiej?
Istotny jest element nowości. Wyjazdy na wojnę, to jest coś, czego się nie da porównać z niczym innym. Miałem dwadzieścia parę lat, zobaczenie swojego reportażu w gazecie, reportażu z miejsca, w które wybierało się wtedy bardzo mało osób, to było coś. Pamiętam swój pierwszy wyjazd do Afryki, nie było internetu, nie wiedzieliśmy do końca, co dzieje się na miejscu - w Egipcie nie wiedzieliśmy, czy dojedziemy do Sudanu, w Sudanie nie wiedzieliśmy czy dostaniemy się do Erytrei, tak naprawdę nie wiadomo było, co zastaniemy 200 kilometrów dalej - genialne. Potem pierwsza praca na poważnie w telewizji, czyli praca przy pierwszym „Agencie”. Chociaż, może pierwszej pracy przy „Agencie” nie wspominam najlepiej, to było ciężkie doświadczenie: byłem całkiem zielony, większość ekipy była zielona, ale nie tak jak ja, więc pracowałem w napięciu, stresie. Wróciłem z tego pierwszego „Agenta” do domu, miał być puszczony pierwszy odcinek w telewizji, moim znajomi zaproponowali, żebyśmy obejrzeli go razem, powiedziałem: „Nie”. Zamknąłem się w domu, oglądałem go sam. Byłem przekonany, że mój występ będzie katastrofą. Do dzisiaj jestem wdzięczny realizatorom i montażystom, że wszystko, co złe wyrzucili, a zostawili to, czego nie musiałem się wstydzić. Kiedy wyszła książka, którą napisaliśmy z żoną Anią o Gruzji, patrzyłem na pierwszy egzemplarz - uczucie z niczym nieporównywalne. Powiem tak: żona się śmieje, że wiele do szczęścia nie jest mi potrzebne, że siądę w parku na ławce z kumplami, będziemy sobie coś popijać, patrzeć na liście i będę szczęśliwy. Prawie nigdy w życiu nie robiłem, a jeśli robiłem, to szybko przestawałem, rzeczy, których nie lubiłem, albo których miałem dosyć. Nawet jeśli zrezygnowanie z pracy wiązało się z pewnym ryzykiem finansowym, a jestem frankowiczem.
A zastanawiał się Pan, gdzie by był i co robił, gdyby nie Okrągły Stół i pierwsze półwolne wybory 4 czerwca?
Gdyby nadal była komuna?

Właśnie.
Pewnie poszedłbym w ślady rodziców. Może zostałbym historykiem, może socjologiem, może wykładowcą uniwersyteckim, może nauczycielem w szkole piszącym coś o historii, częściowo na powierzchni, częściowo nielegalnie. Miałem w 1989 roku 21 lat i byłem absolutnie przekonany, że taka będzie moja droga. Nie wyobrażałem sobie emigracji.

Pamięta Pan atmosferę tamtych wyborów?
Pamiętam, zwłaszcza że byłem bardzo sceptyczny, jeśli chodzi o te wybory. Jak wielu moich kolegów z Niezależnego Zrzeszenia Studentów byliśmy rozczarowani ustaleniami Okrągłego Stołu. Byliśmy radykałami, jak na ówczesne standardy, uważaliśmy, że, po pierwsze, dorosła opozycja wystawiła nas, czyli NZS do wiatru, bo organizacja nie została zarejestrowana. Byłem rozczarowany tym, że wybory są częściowo wolne, byłem rozczarowany kompromisem - marzył mi się wielki przewrót uliczny. Może nie rewolucja, nie chodziło o to, żeby polała się krew. Ale dla mnie ideałem było to, co stało się w listopadzie 1989 w Czechosłowacji, czyli aksamitna rewolucja: setki tysięcy ludzi na placu Wacława, Vaclav Havel na balkonie przemawiający do ludu. Karel Kryl i Karel Gott, czyli dwaj pieśniarze z dwóch stron barykady śpiewający wspólnie hymn kraju - o czymś takim marzyłem. Nic takiego się nie stało. Więc byłem bardziej niż sceptyczny w czasie tych wyborów, ale jednak, mimo, że byłem radykałem, to racjonalnym. Oglądałem teczkę, jaką założyli mi esbecy i poczułem się wręcz obrażony, bo któryś z nich napisał, że jestem zdroworozsądkowy i myślę racjonalnie, co w ustach tych ludzi brzmi niemal jak obelga, ale mówiąc poważnie, kiedy już klamka zapadała i było wiadomo, że wybory się odbędą, to, z mojego punktu widzenia, były dwa kiepskie wyjścia: uczestniczyć w nich lub nie. Uważałem, że nieuczestniczenie jest gorszym rozwiązaniem. Trudno, jest jak jest, najważniejsze było, aby wygrać. Przy czym nie wierzyłem w tę wygraną. Bałem się fałszerstw, oszustw, poza tym wbrew temu, co mówi dzisiaj wielu, że niby cały naród był za Solidarnością - wcale tak nie było. Na najbardziej upolitycznionym wydziale najbardziej upolitycznionego uniwersytetu, czyli na wydziale historii Uniwersytetu Warszawskiego na moim roku do NZS-u zapisało się jakieś 35 procent studentów, na całym uniwersytecie jakieś 10 procent. W skali kraju byliśmy mniejszością, większość ludzi, nie to, że popierała komunę - była obojętna. Tego się bałem, że siła propagandy, siła telewizji podziałają. Część moim znajomych zaangażowała się i siedziała w komisjach wyborczych, ja przez mój dystans do wyborów nigdzie nie siedziałem. Czas przed wyborami 4 czerwca dla dobra sprawy spędziłem w inny sposób.

Jaki?
Byłem jednym z nielicznych wówczas studentów w NZS-ie, który mówili jako tako po angielsku. I zostałem wyznaczony przez szefów NZS-u, ludzi z samorządów, czasami z Solidarności do bycia przewodnikiem i tłumaczem dla zachodnich dziennikarzy, którzy tu przyjeżdżali relacjonować wybory. Pamiętam, jak dzisiaj, że akurat 4 czerwca spędziłem z ekipą fińskiej telewizji. Jedyną scenę mam przed oczami: tu na placu Konstytucji, gdzie teraz siedzimy, kiedy ci fińscy dziennikarze chodzą po placu, filmują, robią zbliżenia jakiegoś plakatu, który leżał na ziemi. Oczywiście głosowałem na Solidarność, oczywiście skreśliłem całą pezetpeerowską listę krajową. Potem pamiętam, był 5 czy 6 czerwca, stałem w tłumie pod „Niespodzianą”, gdzie na specjalnych tablicach wywieszano kolejne nazwiska ludzi Solidarności, którzy dostali się do Sejmu i Senatu. A! Jest jeszcze wspomnienie pewnego japońskiego dziennikarza, któremu pomagałem. Żeby było ciekawiej, to wiąże się z „Playboyem”. Więc zajmowałem się tym człowiekiem z japońskich mediów, a on w podzięce chciał mi zapłacić jakąś astronomiczną sumę.

Ile?
Z 20 dolarów, kupa pieniędzy, jak na owe czasy. Oczywiście, jako działacz w imię idei odmówiłem, był bardzo zdziwiony, ale wyciągnął z plecaka amerykańskiego „Playboya”. A to, proszę bardzo! Poszedłem do kanciapy na uniwerku, w której oficjalnie mieściła siedziba samorządu, a nieoficjalnie NZS-u, pokazałem chłopakom zdobycz i błyskawicznie przeprowadziliśmy wnikliwą analizę pisma.
Nie miał Pan poczucia, że jest szczęściarzem, bo wchodził w dorosłe życie w Polsce, która zaczynała się zmieniać?
Miałem stuprocentową świadomość, że jestem szczęściarzem. Nie chcę nadużywać tego kwalifikatora „pokolenie”, bo czym innym było mieć 21 lat mieszkając w Przasnyszu, a czym innym będąc na uniwersytecie w Warszawie, ale wiadomo, że mówiąc o pokoleniu nigdy nie ma się na myśli całych roczników. Zachowując należne proporcje, Kolumbowie to też nie było całe pokolenie, ale jakiś rodzaj elit. Chodzi mi o to, że jeśli miało się około 20 lat w 1989 roku i studiowało się w jakimś dużym mieście, to faktycznie życie stawało otworem w bardzo wielu dziedzinach. Otwierał się świat polityki, tworzyły się nowe media, reklama, marketing, biznes, administracja publiczna - miałem tego pełną świadomość. Jeśli moje pokolenie ma dzisiaj ponad czterdzieści lat, to dzisiejsi trzydziesto-parolatkowie patrzyli na nas wówczas z zazdrością, tak jak z zazdrością patrzą na nich dzisiaj dwudziestoparolatkowie, bo wiedzą, że tamci skorzystali z wielkiej szansy, której oni nie mają. Tak, mam absolutne poczucie, że to, co się stało w 1989 roku dla dużej części mojego pokolenia zdarza się nie raz na całe życie, ale raz na kilka żyć.

Tempo reform Pana zaskoczyło?
Dzisiaj modne jest mówienie: „Byliśmy głupi”, bo zwłaszcza w latach 90. zachłysnęliśmy się tym polskim wariantem kapitalizmu, liberalizmu, neoliberalizmu i mówię tu o słowach poczynając od Marcina Króla, poprzez Michała Boniego, po Grzegorza Sroczyńskiego, wymieniam tylko ludzi powyżej 40 roku życia. Nie będę szczególnie oryginalny, ale też nie będę ściemniał - tak, byłem w latach 90. zachwycony tym, jak Polska się rozwija, jakie dostała szanse. Tak, zabrakło mi wyobraźni, wrażliwości. Myśląc symbolicznie o świecie pegieerów, myślałem: „Jak sobie sami nie pomogą, nikt im nie pomoże.”

Bo jednak spora grupa Polaków nie dała sobie rady.
Zgadza się. Przyznaję, że patrzyłem na szanse, jakie daje życie, patrzyłem na ludzi, którym się udaje. Wydawało mi się, że jeśli wszyscy będą chcieli, wszystkim się uda. Błąd.

Myśli Pan, że to kwestia mentalności, życia, bo żyjąc tyle lat w komunie nie musieliśmy o nic specjalnie walczyć, mieliśmy niewiele, ale po równo.
Problem polega na tym, dzisiaj to rozumieniem, bo jestem trochę starszy, że część ludzi po prostu sobie nie radzi, bo nie jest zaradna, bo nie ma inicjatywy, pomysłu na siebie, bo żyje w małej mieścinie, w której zamknięto jedyny zakład, a oni nie ma w genach jak Amerykanie tego czegoś, co każe im jechać do innego miasta i tam szukać pracy. Sami nauczyliśmy się tego po latach. I tu pojawia się pytanie - co z nimi? Im jestem starszy tym bardziej jestem przekonany, że państwo, samorządy powinny pełnić również funkcje osłonowe, jakoś tym pozbawionym siły przebicia pomóc.

Politycy też tego nie dostrzegli.
Nie tylko politycy. Prawie wszyscy. Choć byli przecież ludzie, jak Jacek Kuroń, którzy na bardzo wczesnym etapie przestrzegali przed tym, co się w Polsce kształtuje, jakie warstwy społeczne się tworzą. Ale jeśli mnie pani pyta, to odpowiadam: Tak, ja też w dużej mierze żyłem tym mitem. Na 25-lecie 4 czerwca napisałem felieton do „Newsweeka” w formie listu do mojej francuskiej kuzynki Helene, która przyjechała do Polski po raz pierwszy w 1988 roku, miała 15 lat, ja 20, zakochała się w Polsce, chciała się tu osiedlić. Pisałem jej, co się w Polsce zmieniło przez te ostatnie lata, co się stało z naszą wolnością, używając bardzo często świadomie słowa „raczej”. Pisałem to dwa lata temu i dzisiaj napisałbym to samo, że „raczej się udało”, ale w tym „raczej się udało” jest wiele „raczej się nie udało”. Często z moim gośćmi w „Drugim śniadaniu mistrzów” rozmawiamy o emigracji - 2, 3 miliony ludzi wyjechało z Polski. Nigdy nie uważałem, że nic się nie stało, że to normalna rzecz - wolny rynek, więc każdy może jechać gdzie chce. Oczywiście, są ludzie, którzy chcą wyjechać, bo pewne rzeczy im się nie podobają, bo są ciekawi świata, ale generalnie ludzie chcą żyć, zarabiać tam, gdzie się urodzili, wśród rodziny, bliskich. Więc to, że tyle osób musiało wyjechać było dla mnie wielkim dramatem i fiaskiem tych 25 lat. Oczywiście, taką masową emigrację przerabiali także Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie, Grecy, nie mniej pisząc o tym, że jest „raczej dobrze” myślałem o tych wszystkich, którzy wyjechali z Polski, aby godnie żyć. Nigdy się z tym nie pogodziłem.
Jak Pan myśli, dlaczego Polacy tak się podzielili? Niektórzy mówią o przeszłości, o tym, że właściwie nigdy nie byliśmy jednolitą masą, że była Polska szlachecka i chłopska, dwa różne światy.
Wiele z wymienianych elementów miało wpływ na taki stan rzeczy. To prawda, był podział na Polskę szlachecką, chłopską, ale cofając się znacznie bliżej, do międzywojnia, tu też mamy Polskę Piłsudskiego i Polskę Dmowskiego, to też pewne uproszczenie, bo Piłsudski robił się coraz bardziej autokratyczny, prawicowy, a jednocześnie z braku możliwości lewica, socjaliści, inteligencja paralaicka też go popierała, bo jaki mieli wybór? Dzisiaj też pod koniec dnia pytanie sprowadza się do: „Jesteś za czy przeciw PiS-owi?” Nie ma podziału: jesteś za Platformą, czy przeciwko niej, istnieje jedynie kwestia opowiedzenia się, czy jest się za Prawem i Sprawiedliwością czy przeciw niemu. Mamy prawdziwy podział kulturowy, niekoniecznie przebiegający według schematu miasto kontra wieś, miasto kontra prowincja, ale podział, powiedziałbym bez dodawania znaczeń, na Polskę narodowo-tradycyjno-katolicką i Polskę świecko-liberalno-demokratyczno-europejską. Wszystko jest uproszczeniem, ale to podział kulturowy, wręcz cywilizacyjny, który nie jest do końca polski, bo, uważam, że podobieństwa naszego podziału widać bardziej nie w Europie, ale w Ameryce. Jest przecież świat dwóch wybrzeży: Kalifornii i pasa wschodniego -świeckiego świata Ameryki i Ameryki interioru, mega religijnej, konserwatywnej, autokratycznej. Na to się nakłada, to już pewne specyfika, moc sprawcza i osobowość Jarosława Kaczyńskiego, który jest fantastyczny, przeciwnicy powiedzieliby w generowaniu konfliktu, zwolennicy - w wyznaczeniu linii sporu, autodefinicji własnego obozu, wyznaczeniu przeciwnika.

Jest na pewno jednym z najzdolniejszych polskich polityków.
Tak, najwybitniejszym po 1989 roku: najzdolniejszym, najsprawniejszym. Do tego dochodzi coś, co jest dynamiką konfliktu wymykającą się wszelkim regułom. Mamy rok 2005 i przekonanie, że dojdzie do rządów PO-PiS, ale pojawiają się czynniki ludzko-emocjonalne, napięcia między Tuskiem i Kaczyńskim, czy różnymi działaczami, bo do tego, że nie powstał ten rząd po równo rękę położył tak PiS jak Platforma, może nawet bardziej Platforma. Na to nałożył się Smoleńsk, który przykrył wszystko. I doszła jeszcze kwestia poniekąd klasowa, bo w tym rozwijającym się, nie za bogatym kraju narastał, co widać także w innych krajach, bunt młodych. Mnie się to nie podoba, ale gdybym miał dzisiaj 20 lat i perspektywę pracy za 1500 złotych bez własnego mieszkania, gdybym słuchał polityków i dziennikarzy, którzy mówią, że jest super, że oto mamy najlepszy czas w historii Polski i drugich, którzy mówią, że jest źle, jak nigdy wcześniej, to dałbym wiarę tym drugim. Nie dziwię się, że jest jak jest, że 85 procent młodych głosujących w wyborach prezydenckich zagłosowało przeciwko systemowi. I ten konflikt klasowy Jarosław Kaczyński, ale nie tylko on wkomponował w konflikt cywilizacyjny. Ten konflikt jest prawdziwy. On może przybierać czasami śmieszne formy, bardzo zazdroszczę moim znajomym, którzy chodzą na demonstracje Komitetu Obrony Demokracji...

A Pan nie chodzi?
Ja nie chodzę, ale chodzi moja rodzina i znajomi. Otóż, oni wierzą, że PiS pod naciskiem UE, manifestacji, ze swoją skłonnością do potykania się o własne nogi, wreszcie się przewróci. Wierzą, że ten rząd nie dotrwa do końca kadencji, że powróci państwo prawa. Mówię im, że mogą się zdziwić. Być może PiS się wywróci, ale ten, kto przyjdzie po nich może nas zaskoczyć niemiło jeszcze bardziej. Wystarczy czytać sondaże, słuchać co ludzie mówią, aby to wiedzieć.
Czyli co będzie?
Nawet nie będę próbował zgadywać, co będzie. Wiem jedno: zdecydowana, przeważająca część młodego pokolenia jest najbardziej konserwatywnym, prawicowym pokoleniem od czasów, kiedy zaczęto badać nastroje społeczne w Polsce.

Na demonstracje KOD-u chodzą staruszki?
Nie staruszki, moi rówieśnicy. Z jednej strony to jest wspaniałe, bo widzę tam twarze ludzi, którzy jeszcze walczyli z komuną, potem przez dwadzieścia parę lat rozwijali się, zakładali rodziny, a teraz znowu wrócili na ulicę i cieszę się, bo się angażują, zabierają na manifestacje swoje dzieci. Ale umówmy się, demonstracje KOD-u to protest czterdziesto, pięćdziesięciolatków. W partii Razem dominują trzydziestoparolatkowie, natomiast jeśli mówimy o dwudziestolatkach, to dominuje twarda prawica. Już nie tylko Prawo i Sprawiedliwość, Korwin czy Kukiz, ale coraz częściej Obóz Narodowo-Radykalny. Więc z naszego, liberalnego punktu widzenia - dobrze już było. To se ne vrati.

I do czego to prowadzi?
Nie widzę żadnego światełka w tunelu. Niczego, co mogłoby ten podział zasypać. Przyznam się do, nie tyle do naiwności, co, mówię to bez sarkazmu, do wiary w dobre intencje, czy racjonalizm zachowania. Spodziewałem się tego, że kiedy tamta strona, sfrustrowana, wyposzczona, dojdzie do władzy, zejdzie z niej ciśnienie. Będą mieli władzę i paradoksalnie wiele problemów będzie można załagodzić. I tu przyznaję się do pomyłki, a fakt, że jestem w dobrym towarzystwie zaskoczonych wcale mnie nie pociesza. To, co robi PiS od pierwszego dnia, kiedy doszło do władzy, to pójście na ostro. Oni nie biorą jeńców, idą na pełną rozwałkę. Można się w tym zachowaniu doszukać pewnych czynników racjonalnych, Jarosław Kaczyński użył kiedyś takiego sformułowania - porównał Polskę do mętnego stawu. Rząd PiS wzburzy teraz wodę, a wszystko po to, aby te mniejsze rybki wskoczyły na miejsce wypasionych żarłoków. Wywalają w telewizji, w spółkach, wszędzie, ale dla dwudziestoparolatków, to dobra nowina - zwalniają, będą zatrudniać. Widzę tu racjonalną kalkulację prezesa. Natomiast nie widzę, dokąd to ma zmierzać, co stworzyć. Obawiam się, że oni sami tego nie wiedzą. Jest zemsta, jest odreagowanie, jest element kadrowy - dajmy młodym wilczkom fuchy, robotę pieniądze, a będą za nami i co dalej? Rozmawiałem ze znajomym historykiem, mówi: „Marcin, tak jest z rewolucjami, że zaczynają żyć własnym życiem”. A „dobra zmiana” jest rewolucją. W tej chwili atakuje grupa młodych wilczków wygłodniałych stanowisk, awansów. Być może te młode wilczki połkną prezesa, być może nie, zobaczymy. W 2015 roku historia zerwała nam się z łańcucha i jak to w sytuacji rewolucyjnej, nie wiadomo, do czego to doprowadzi. Jestem w stanie wyobrazić sobie każdy, nawet najczarniejszy scenariusz. Najmniej prawdopodobny wydaje mi się ten o łagodnym kompromisie.

Wideo

Materiał oryginalny: Marcin Meller: W 2015 roku historia zerwała nam się z łańcucha. Mamy sytuację rewolucyjną - Polska Times

Komentarze 10

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
otto
to nie jest muj jesyk ojczysty i w d**** mam jego pisownie.
a
ala
twarz czy wypowiedz
888
TO Przez PRzyPOdek Te PRZEozorzENIE .?
p
podatnik
Pragnę przypomnieć byłemu opozycjoniście, że PRL bis w dniu 03 czerwca 2016 to bardziej kolonia niewolnicza niż kraj, stworzony przy stole zwanym okrągłym i podczas pijackich libacji w Magdalence pod polityczną mafię, kolesiów, przekrętów, złodziejstwa i niespotykaną arogancję władzy! Bardziej miejsce dla kombinatorów, gdzie zwykły człowiek jest niczym, a przestępców się chroni. Zwykły człowiek nie odczuwa że to "jego kraj", gdzie miliony młodych, zdolnych, wykształconych, kreatywnych ludzi wyjechało za przysłowiowym chlebem? Gdzie przyzwoity człowiek nie ma szans na pracę, bo ją po znajomości dostają kolesie, gdzie na badania czy operację czeka się kilka lat. I na koniec gdzie obywatele "głosują na tych", którzy ich do tego doprowadzili oraz to, że wybory 04 czerwca 1989 były oficjalnie sfałszowane przez numer z listą krajową!
franek
Ciezko dzisiaj zyc przestepcom i zboczencow w Polsce.Panstwo na nowo staje sie panstwem prawa,wiec trzeba bedzie na nowo szukac swojego miejsca....
e
ehhh
Głupi buc i tyle. rząd wybrali Polacy i jesli chce się robić wszystko, żeby mu utrudnić to czas takmi osobom odciąć wszelkie przywileje. No bo po co Pani czy Panu 500+ jak on nienawidzi rząd i będzie mu świnie podkładał?
o
otto
My slonzoki darzrymy cie Marcin wyjatkowym szacunkiem.
G
Gość
Dlaczego media milczą na temat 24 rocznicy zamachu stanu, jaki się dokonał w nocy z 4.06/5.06 1992 roku?

Obalenie pierwszego rządu III Rzeczpospolitej Jana Olszewskiego, który jako pierwszy odważył się zrobić porządek z agentami bezpieki i WSI.Czy przejmowanie i próby zawłaszczania najważniejszych funkcji w państwie, przez B. Komorowskiego ( p.o. prezydenta) po katastrofie smoleńskiej oraz oddanie przez D. Tuska śledztwa w ręce Rosjan nie ma znamion zamachu stanu?
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Marcin Meller: W 2015 roku historia zerwała nam się z łańcucha. Mamy sytuację rewolucyjną
A
Andrew
Choć mam inne poglądy niż p.Meller cenie jego inteligencję. Jest o klasę lepszy od tych wszystkich lisów, wielowieyskich... całej tej hałastry dziennikarzy z piórem, lecz bez głowy.
G
Gość
tyle oskarów jest do zdobycia
Dodaj ogłoszenie