Małżeństwo to larwa szczęścia, czyli kilka uwag o życiu miłosnym

Janusz Michalczyk
Wroclaw 16-10-2007 portrety dzienikarzy i redaktorow gazety wroclawskiej. na zdjeciu janusz michalczyk fot. pawel relikowski
Wroclaw 16-10-2007 portrety dzienikarzy i redaktorow gazety wroclawskiej. na zdjeciu janusz michalczyk fot. pawel relikowski brak
Australijczyk o imieniu Timothy wysłał w ciągu trzech lat do swojej dziewczyny o imieniu Candice 14 listów. Były to pisma jak najbardziej miłosne. Po ich zebraniu i ułożeniu okazało się, że pierwsze litery tworzą pytanie „Will you marry me” (wyjdziesz za mnie?).

Rzecz jasna oszołomiona Candice odpowiedziała „yes” (tak!) i zaczęli żyć razem długo i szczęśliwie, jak to bywa w bajkach. Oj, zapędziłem się, przecież to prawdziwa historia, więc jeszcze nie wiadomo, jak się skończy. Choć trzeba przyznać, że początek jest wyjątkowo romantyczny, a forma oświadczyn niezwykle oryginalna i staroświecka (kto jeszcze pisze listy na papierze i wysyła ze znaczkami?).

U nas też niektórzy próbują nietypowych oświadczyn, na przykład w przerwie meczu koszykówki czy innej imprezy zbiorowej, podczas której na oczach przypadkowej publiczności wyciągają pierścionek i padają na kolana. No i pięknie, lecz dla mnie wzorcem nieszablonowych zalotów jest scenariusz filmu „Żona dla Australijczyka” z 1963 roku, ze wspaniałymi rolami Elżbiety Czyżewskiej i Wiesława Gołasa. Tym, którzy nie znają tej komedii, wyjaśniam, że atrakcyjna śpiewaczka z ludowego zespołu Mazowsze zostaje porwana przez mężczyznę odwiedzającego kraj rodzinny i bardzo zdeterminowanego do ożenku. Powiem krótko: współczesne, banalne i sztuczne, komedie romantyczne mogą się schować.

Jak może wyglądać życie po mniej lub bardziej romantycznym i naiwnym początku, to już każdy wie najlepiej z własnego doświadczenia, a literatura oraz film również dostarczają wstrząsających przykładów. Na myśl przychodzi mi obejrzany na kanale HBO miniserial „Olive Kitteridge”. Bez wchodzenia w szczegóły wyjaśnijmy, że główna bohaterka jest bardzo inteligentną kobietą o trudnym charakterze. Jej mąż, aptekarz, uchodzi za dobrego i miłego człowieka. Od surowej żony doświadcza czułości tyle, co kot napłakał. Owszem, zaczyna się ona do niego przytulać, głaskać go i przemawiać z troską, ale dopiero wtedy, gdy facet leży w domu opieki sparaliżowany po wylewie, nie wydaje z siebie żadnych dźwięków i nie jest w stanie kiwnąć palcem. Po prostu, serce pęka.

Nie oszukujmy się - rozwód jest dramatem, ale bywa też wybawieniem. Mój ulubiony komik amerykański, Louis CK (sam rozwiedziony), przekonuje nawet ze sceny, że „małżeństwo jest larwą prawdziwego szczęścia”, co sugeruje, że dopiero rozwód czyni z mężczyzny motyla. Louis opowiada, jak doskonale dogaduje się z byłą żoną w sprawie wspólnej opieki nad dwiema córkami. Kto nie potrafi być najlepszym na świecie rodzicem przez pół tygodnia? - pyta, a publiczność wygląda na rozbawioną. Być może ocenicie, że komik klęskę życiową sprzedaje jako sukces. I co z tego? Może właśnie do tego sprowadza się umiejętność radzenia sobie z własnym życiem.

Usłyszałem opowieść o tym, jak po udanym seksie pada pytanie, na ile partner ocenia swą satysfakcję w skali 1-10. On szczerze odpowiada, że na 7. Ku jego zdumieniu, ona jest zdruzgotana. Otóż, w związku miłosnym kryterium prawdy i kłamstwa nie ma sensu. Prawidłowa odpowiedź zawsze będzie brzmiała: 10. Ciekawe, ile takich dziesiątek wsadził Timothy do swych listów?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie