Łaska kibica na pstrym koniu jeździ

Paweł Kucharski
Kibice koszykarskiego Górnika Wałbrzych chcieli wywieźć zarząd swojego klubu na taczkach. Nie udało się...
Chleba i igrzysk! - domagali się starożytni Rzymianie. A że władza nie była głucha na żądania obywateli, to fundowano publiczne uczty dla tysięcy osób i rozdawano darmowe pożywienie. Ale nasycony Rzymianin chciał nie tylko uciech dla żołądka, duch również potrzebował uniesień. A te podawano w najbardziej krwawej postaci walk gladiatorów, po których los pokonanego leżał w rękach (a dokładniej w jednym palcu) "kibiców". Kciuk w górę oznaczał łaskę, skierowany w dół - niechybną śmierć.

Co się zmieniło od tych czasów? Niewiele. Sport to wciąż jedna z najsilniejszych żądz tego świata, a że łaska kibica na pstrym koniu jeździ, to nikt nie może czuć się bezpiecznie.

Nie tak dawno przekonali się o tym piłkarze Zagłębia Lubin. Samochód Michała Gliwy został obrzucony cegłówkami, a Robert Jeż był pobity. Dochodzenie policji trwa, ale nikt chyba nie ma wątpliwości, że te zdarzenia były konsekwencją zażenowania i rozczarowania kibiców postawą zawodników. Pokrzywdzeni niechętnie o tym rozmawiają. Jeż, który wyjechał z Lubina, zdecydował się jednak na zwierzenia dla jednego z tabloidów.

- Przed blokiem podeszło do mnie dwóch ludzi, zaczęli mnie bić. Coś tam mówili, ale nie zrozumiałem, co. Starałem się przede wszystkim ochronić głowę. To wszystko potoczyło się bardzo szybko - opowiadał na łamach "Super Expressu". Piłkarz nie wyklucza rozwiązania kontraktu i opuszczenia Lubina na zawsze.

Gliwa telefonu nie odbiera, a o swoich odczuciach mówi tylko wtedy, gdy musi. Sposobność do tego nadarzyła się po poniedziałkowym meczu z Cracovią, w którym miał odwagę zagrać. - Rozmawialiśmy z trenerem w cztery oczy i uznaliśmy, że wejdę do bramki. To była jego decyzja. Ta pozasportowa sytuacja, która miała miejsce, na pewno miała wpływ na samopoczucie moje i bliskich, ale pomyślałem, że można rozdzielić sprawy sportowe od pozasportowych i pomóc drużynie - wyznał.

Historia pokazuje, że "lubiński przypadek" nie jest odosobniony. Przykładów agresji, tak słownej, jak i fizycznej w stosunku do piłkarzy w kraju i na świecie, jest wiele.

W kwietniu 2011 roku po meczu Legii Warszawa z Ruchem Chorzów zebrało się piłkarzom stołecznym. Ich porażka 2:3 bardzo rozsierdziła kibiców. Ci zwyzywali i opluwali schodzących do szatni legionistów. Najbardziej ucierpiał Jakub Rzeźniczak, który został uderzony w twarz przez Piotra S., ps. Staruch.

Ponad dwa lata później, w listopadzie tego roku, piłkarz ponownie został wezwany przed sąd na przesłuchanie. Złożył dosyć zaskakujące zeznania. Otóż Rzeźniczak stwierdził, że nie pamięta, by został uderzony. Przyznał, że w wyniku kłótni ze "Staruchem" został jedynie "klepnięty w twarz". Dodał, że napastnik (ten pozaboiskowy) już go przeprosił, więc sprawę uważa za zamknięta.

W Legii niespokojnie było też w końcówce latach 90. Niezadowoleni kibice przychodzili na treningi i wprost mówili, co sądzą o grze zespołu piłkarzom (zdarzało się, że ci odbierali telefony z pogruszkami). Słowa w czyny zamieniano "na mieście". Doświadczyli tego choćby Piotr Mosór, Tomasz Sokołowski i Ryszard Staniek.

Idźmy dalej. "Nie wystarczy tylko biegać lub trochę się starać, z naszym herbem na sercu trzeba zap..." - to przekaz, jaki płynął od kibiców do piłkarzy Górnika Zabrze w maju 2009 roku. Delegacja fanów udała się na trening i nałożyła zawodnikom koszulki właśnie z takim hasłem. Na trenera, a był nim wtedy Henryk Kasperczak, padł blady strach. Gdy fani zakładali piłkarzom t-shirty, nie reagował, a później kluczył i wspomniał, że koszulki były "ładne i czyste". Zarząd klubu też starał się tuszować sprawę i nigdy nie zgłoszono jej na policję. Koniec końców, działania kibiców nie przyniosły efektu. Jeden z najbardziej utytułowanych klubów w historiipolskiej piłki nożnej spadł z ligi.

Robert Szczot, który wtedy był zawodnikiem Górnika, niechętnie wraca do tych wydarzeń. - Nie ma o czym pisać... - mówi. - Kibice byli sfrustrowani, chcieli wyrazić swoje zdanie i wybrali do tego taki, a nie inny sposób. Na szczęście nie doszło do rękoczynów, tak jak w przypadku Roberta Jeża z Zagłębia. Taka sytuacja jest niedopuszczalna i karalna - opowiada. A czy te wydarzenia miały wpływ na zwiększony poziom mobilizacji? - A gdyby ktoś na pana nakrzyczał, to pisałby pan lepsze teksty? To, jak ktoś reaguje na takie sytuacje, jest indywidualną sprawą każdego zawodnika i charakteru - dodaje.

W nieodległych od Zabrza Katowicach też bywało niespokojnie. Gdy GKS grał jeszcze w ekstraklasie, kibole czekali pod stadionem na wracających z meczu piłkarzy i trenera Edwarda Lorensa. Szkoleniowiec wysiadł wcześniej, z piłkarzami skończyło się na popychaniu i straszeniu. W sezonie 2010/2011 kibole wprowadzili taczki na konferencję prasową trenera Wojciecha Stawowego. Chcieli go na nich wywieźć, ale ten przysłał asystenta. Potem sam zrezygnował z pracy. Rok temu podczas meczu towarzyskiego "GieKSy" skopano wiceprezesa Radosława Bryłkę. Próbowali też dopaść prezesa Jacka Krysiaka. Skończyło się wyrokami w sądzie, a poszkodowani odeszli z klubu.

Na pomysł z taczką wpadli również koszykarscy kibice Górnika Wałbrzych. Zarząd klubu, a także senator Roman Ludwiczuk, których uznano za winnych fatalnej kondycji klubu, uniknęli jednak wstydliwego wyjazdu z hali na "kółku".

I jeszcze dwa przykłady. Listopad 2011, mecz II ligi. Po 70 minutach Raków Częstochowa przegrywa z Miedzią Legnica 0:5. Miejscowi fani mają dość i krzyczą: "Zejdźcie z boiska, nie róbcie pośmiewiska!". Skończyło się na wyniku 0:6 i wizycie fanów w kominiarkach w szatni Rakowa. Listopad tego roku i znów Miedź, która w Pucharze Polski pokonała u siebie Lecha Poznań 2:0. Po ostatnim gwizdku sędziego Fani "Kolejorza" zaprosili swoich piłkarzy na trwającą kwadrans pogawędkę. "Wszyscy na łyso, za karę wszyscy na łyso" - zażądali na odchodne.

W zasadzie każdy przytoczony tutaj przykład agresji kibiców na swoich zawodników nie przyniósł zamierzonego efektu. - Słaba postawa zawodników na boisku nie może prowadzić do linczów - zaznacza dr Jan Supiński, psycholog z wrocławskiej AWF. #- Na to są odpowiednie sankcje nakładane na zawodników, np. finansowe, odsunięcia od meczów itp. Przemoc ze strony kiboli nigdy nie będzie prowadzić do poprawienia gry na boisku, raczej będzie zniechęcać do gry w takim klubie. Także nie jest rolą trenera zajmowanie się incydentami, które mają miejsce poza boiskiem. Od tego są inne służby. Niestety, kiedy dochodzi do konfrontacji z napastnikami, ludzie się wycofują po prostu ze strachu (mają rodziny i dzieci), a kibole są dokładnie zorientowani, gdzie mieszka zawodnik i jego rodzina - dodaje.

Wymienione incydenty z polskich boisk nijak się jednak mają do tego, co w roku 1994 wydarzyło się w Kolumbii. Andres Escobar za strzelenie samobójczej bramki w meczu mistrzostw świata zUSA zapłacił najwyższą cenę. 2 lipca, gdy turniej jeszcze trwał, a Kolumbijczycy po odpadnięciu wrócili do krajów, Escobar został zastrzelony w muzycznym klubie w Medellin.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie