Krzysztof Zwarycz: Marzy mi się medal w Tokio

Dawid Foltyniewicz
Krzysztof Zwarycz na mistrzostwach Europy w Splicie w 2017 roku zdobył brązowy medal w kategorii 85 kg (358 kg w dwuboju).
Krzysztof Zwarycz na mistrzostwach Europy w Splicie w 2017 roku zdobył brązowy medal w kategorii 85 kg (358 kg w dwuboju). Paweł Relikowski
Krzysztof Zwarycz, srebrny medalista mistrzostw świata w Anaheim w kategorii 85 kg, w rozmowie z nami opowiada m.in. o nowych zasadach kwalifikacji olimpijskich czy swoich szansach na medal podczas igrzysk w Tokio.

Lecąc do amerykańskiego Anaheim na ostatnie mistrzostwa świata był Pan przekonany, że stać Pana na skuteczną walkę o medal?
Przed wylotem do Stanów czułem, że jestem bardzo dobrze przygotowany i będę z całych sił walczył o zaliczenie sześciu podejść. Wychodziłem z założenia, że właśnie taka liczba siłą rzeczy dać może mi bardzo wysokie miejsce. Podczas zawodów miałem jednak świadomość, że stać mnie na sięgnięcie po medal. Same przygotowania były jednak bardzo ciężkie, prawdopodobnie najcięższe w moim życiu, ponieważ trwały blisko 13 miesięcy. W tym czasie dręczyło mnie kilka kontuzji.

Można się spodziewać, że w 2018 roku spróbuje Pan swoich sił w innej kategorii wagowej?
Moje założenia są takie, że na najbliższych mistrzostwach Europy wystartuję w tej samej kategorii, co na światowym czempionacie w Anaheim (85 kg - przyp. red.). Wówczas zamierzam po raz kolejny walczyć o medal, być może nawet z tego najcenniejszego kruszcu. Podczas kolejnych mistrzostw świata wystartuję natomiast w nowej dla mnie kategorii - 77 kg. Przede mną również kwalifikacje do igrzysk olimpijskich, które uległy pewnej zmianie. Ma być sześć startów. Ten, kto chce pojechać do Tokio, musi zaliczyć przynajmniej cztery występy.

Na koncie ma Pan już medale mistrzostw świata i Europy. Patrząc na to, w jakiej ostatnio jest Pan w formie, z tyłu Pańskiej głowy często pojawiają się myśli o ewentualnym krążku podczas igrzysk w Tokio?
Jak najbardziej. Wydaje mi się, że jest to główny cel w karierze każdego sportowca, którego dyscyplina znajduje się w programie igrzysk. Medal na tak ważnej imprezie to po prostu wisienka na torcie i często piękne zwieńczenie kariery. Zapewne każdy o tym marzy. Do igrzysk w Tokio pozostało dwa i pół roku. W tym czasie postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, by w Japonii wywalczyć krążek w kategorii 78 kg. Moje wyniki w ostatnich latach pokazują, że stać mnie na medale ważnych imprez.

Na ostatnich mistrzostwach świata był Pan jedynym polskim medalistą. Czy uważa Pan, że da się dźwignąć polskie ciężary w najbliższych latach?
Patrząc na ostatnie miesiące, wygląda na to, że sukcesy osiągam tylko ja i Arkadiusz Michalski. Czasem uda się wyskoczyć komuś świeżemu, ale przy nowym systemie kwalifikacji olimpijskich młodym zawodnikom jest dość trudno przebić się do światowej czołówki. Zważając na poziom rywalizacji w Polsce, niestety tylko naszą dwójkę stać teraz na medale w najważniejszych zawodach.

W ostatnich latach podnoszenie ciężarów ze względu na dopingowe wpadki medalistów ważnych imprez nie ma zbyt dobrej prasy na świecie. Odczuwa Pan na własnej skórze, że bycie sztangistą to pewne brzemię, że wielu ludzi twierdzi, iż bez dopingu niczego się nie wygra?
Przez 40 ostatnich dni przed mistrzostwami świata byłem badany dziesięciokrotnie. W 2016 roku - od marca do listopada - przeszedłem 25 kontroli. Proszę policzyć, że badano mnie średnio co pięć - sześć dni. Tuż przed wylotem do Stanów w ciągu tygodnia miałem trzy kontrole. Według mnie indywidualne kwalifikacje olimpijskie to bardzo dobre posunięcie. Zawodników z bloku wschodniego zmusza to do startów co pięć miesięcy i poddawania się obowiązkowym badaniom. Nie ma zatem sytuacji, że w mistrzostwach świata występuje pewien zawodnik, a na igrzyskach olimpijskich wyskakuje ktoś inny z tego samego państwa i zdobywa medal.

Pański medal mistrzostw świata zdobyty pod nieobecność przeciwników z Chin czy Rosji wciąż smakuje tak samo?
Musimy mieć świadomość, że rywali z tych państw zabrakło z pewnego powodu. Nie przyjechali, bo mają problem z dopingiem. Gdyby nie stosowali niedozwolonych środków, nikt nie miałby prawa zabronić im startu.

Wraz z Bartłomiejem Bonkiem i Arkadiuszem Michalskim założył Pan BMZ Team. Oferujecie m.in. treningi czy specjalne obozy. Jak wygląda działalność teamu, na czym się on skupia?
Wraz z chłopakami przyświecała nam chęć propagowania podnoszenia ciężarów w naszym kraju. Na razie nasza działalność ogranicza się tylko do Polski, ale mamy perspektywy i plany, aby działać na większym rynku. Zależy nam na tym, aby pokazać, że ciężary to piękny sport. Chcemy, by dowiedziała się o nim - i być może spróbowała - jak największą liczba osób. Na zgrupowaniach gwarantujemy stałą opiekę, a to, co możemy dać od siebie, to pokazać chętnym, jak wyglądają m.in. nasze przygotowania do ważnych zawodów. Nie stawiamy zatem jedynie na teorię, lecz także praktykę.

W ramach działalności Pańskiego teamu czuję Pan konkurencję ze strony innych sportów siłowych?
W tej chwili w Polsce na popularności zyskuje crossfit. Opiera się on jednak w pewnym stopniu również na podnoszeniu ciężarów. Każdemu, kto chce zacząć przygodę ze sportami siłowymi chcemy przede wszystkim przekazać, w jaki sposób trenować, aby nie zrobić sobie krzywdy.

Odchodząc od tematów czysto sportowych, na Pańskich mediach społecznościowych zawuażyłem, że przedświąteczny okres poświęcił Pan na pomoc potrzebującym.
Zgadza się. W inicjatywę Szlachetnej Paczki włączyli się również moi koledzy z BMZ Teamu. Umówiliśmy się w sklepie, a wcześniej sporządziliśmy listę rzeczy, jakie potrzebuje wybrana przez nas rodzina. Zaopatrzyliśmy ją we wszelkie potrzebne produkty, najlepiej jak tylko byliśmy w stanie. Mamy nadzieję, że wszystko, co dla niej kupiliśmy, bardzo się przyda. Dobrze jest mieć świadomość, że nasza pomoc choć w niewielkim stopniu ułatwi życie tej rodzinie.

Gdzie i w jakim gronie spędził Pan najbliższe święta i co jest Pańskim pierwszym skojarzeniem związanym z Bożym Narodzeniem?
Trudno jednoznacznie stwierdzić... choć najważniejszym skojarzeniem jest bez wątpienia odpoczynek (śmiech). Chwila wytchnienia od sztangi jest mi bardzo potrzebna. Człowiek naprawdę potrzebuje czasem odpocząć, ponieważ moje przygotowania są bardzo długie. Święta to zatem dla mnie odpoczynek fizyczny i psychiczny. Można się także spokojnie najeść. Jest mi przykro, ale od kwietnia będę musiał ściśle trzymać się swojej diety. Okres świąteczny spędziłem natomiast w gronie najbliższych mi osób w rodzinnym Kossakowie.

Rozmawiał Dawid Foltyniewicz

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie