Katarzyna Figura: Nie odcinam kuponów od życia

Aleksandra Buba
Katarzyna Figura - imponuje odwagą i jak sama przyznaje - najciekawsze jest, co jeszcze przed nią
Katarzyna Figura - imponuje odwagą i jak sama przyznaje - najciekawsze jest, co jeszcze przed nią Maciej Kulczyński / Archiwum Katarzyny Figury
Nasza rozmowa zaczęła się we Wrocławiu, przewinęła przez Warszawę, a skończyła w Petersburgu, gdzie Katarzyna Figura gra w przedstawieniu "Persona. Marilyn" Krystiana Lupy. Choć zapracowana, jest pełna energii, zaraża uśmiechem i oczarowuje niepowtarzalnym głosem. Nie bała się przesadzonej roli żony gangstera ani tego, aby zrezygnować z urody do roli w "Żurku". Nie ogląda się za siebie, wybiera role pełnokrwiste i zapewne zobaczymy ją w niejednej takiej odsłonie

Odwiedziła Pani Wrocław z okazji I Wrocławskiego Festiwalu Krasnoludków. Mimo upływu czasu, jest Pani nadal kojarzona z filmem Julisza Machulskiego "Kingsajz". Jak to jest, że mimo 23 lat, które minęły od jego premiery, wciąż jest nośny?
"Kingsajz" powstał w najlepszym okresie twórczości Juliusza Machulskiego, niedługo po "Vabanku" i "Seksmisji", i bardzo celnie uderzył w problemy tamtych czasów. W 1987 roku zaczynaliśmy wychodzić z trudnego, smutnego okresu, a w filmie było wiele aluzji i nawiązań do kończącego się na naszych oczach systemu. Dla mnie była to pierwsza duża rola. Nie tylko jako dla młodej aktorki, ale także wchodzącej w życie kobiety, to, o czym opowiadał "Kingsajz", było bardzo prawdziwe. To film o marzeniu, wolności i chęci wyrwania się z opresji, ale zarazem o tym, jak łatwo władzy przychodzi przemoc. Metafora krasnali autentycznie wyrażała stan ludzi w Polsce pod koniec lat 80. Machulski miał świetny pomysł, dzięki któremu stworzył zarazem zabawny i mądry film. A "Kingsajz" do dziś w lekki sposób mówi o bardzo poważnych problemach i prowokuje do myślenia.

Stworzył też niezapomniane postaci krasnoludków.
Reżyser bardzo dobrze obsadził aktorów, a oni stworzyli na planie wspaniałe kreacje, na przykład Jerzy Stuhr jako przerażający Kilkujadek, Jacek Chmielnik grający Ola i Grzegorz Heronimski w roli Adasia. Ja sama mam duszę krasnala, a to bardzo uduchowione stworzenia. Są podobne do kotów - chodzą własnymi ścieżkami i nie znają zakazów, a kiedy ich wolność jest zagrożona, użyją wszystkich metod i sztuczek, by ją odzyskać.

Nie żałowała Pani, że kobiety w "Kingsajzie" nie mogły być krasnoludkami?
Ależ Ala też jest krasnoludkiem. Mówi nawet, że skoro jej tatuś jest krasnoludkiem, to i ona jest krasnoludką. Przy naszej duchowości, optymizmie i energii wszystkie jesteśmy krasnoludkami. Swoją drogą to ciekawe, że kobiety u Machulskiego nie mogły być krasnoludkami, bo na jednym ze spotkań czytałam dzieciom "Królewnę Śnieżkę" i uświadomiłam sobie podobieństwo tej bajki do "Kingsajzu". Jest tam w końcu siedmiu krasnali i wielka królewna, która jest dla tych krasnoludków zarazem fascynująca i nieosiągalna.

Co "Kingsajz" zmienił w Pani życiu?
Otworzyły się przede mną olbrzymie drzwi. Juliusza Machulskiego znałam już wcześniej, bo jego mama prowadziła amatorskie koło aktorskie w Teatrze Ochoty, którego dyrektorem był wówczas ojciec Juliusza, Jan Machulski. Kiedy udało mi się wygrać casting, był to ważny moment w mojej karierze. Później już nie wracałam często do tego filmu, bo nie odcinam kuponów od tego, co było. Interesuje mnie to, co jest teraz i jaki będzie efekt tego "teraz". Ale "Kingsajz" bardzo miło mi się przypomniał, kiedy kilka lat temu dostał nagrodę czytelników miesięcznika "Film", czyli Złotą Kaczkę za najlepszą scenę miłosną w historii polskiego kina.
Jak ta pamiętna scena została nakręcona?
Od tej sceny zaczął się mój udział w filmie. Najpierw zostałam nakręcona nago na łóżku w zwolnionym tempie, a potem na podstawie nagrania w Brodowie wybudowano moją wielką figurę, po której chodził Jacek Chmielnik. Później nałożono na siebie dwa obrazy w odpowiedniej konfiguracji. Jak na ówczesne czasy był to nie lada wyczyn w dziedzinie efektów specjalnych.

Długo trzeba było Panią namawiać na przyjazd do Wrocławia?
Wcale nie trzeba było mnie namawiać! Już parę miesięcy temu znajoma opowiedziała mi o festiwalu krasnali i zaprosiła do Wrocławia. Możliwe też, że wkrótce będę się pojawiać tu częściej. Bardzo lubię Wrocław, już wcześniej był mi bliskim miejscem. Właśnie tu, w Wytwórni Filmów Fabularnych, która, mam nadzieję, wkrótce odżyje, był kręcony "Pociąg do Hollywood". W trakcie mojego krótkiego pobytu miałam także okazję odwiedzić wystawę "Solidarny Wrocław". Bardzo mi się spodobała i uważam, że każdy powinien ją zobaczyć.

A wrocławski pomysł z krasnoludkami jak się Pani podoba?
Jest fantastyczny! Ciekawy i bardzo fajnie zrealizowany. Bardzo żałuję, że nie mogłam zabrać ze sobą swoich córek Kaszmir i Koko, bo krasnoludki na pewno by im się spodobały.

Wkrótce po Festiwalu Krasnoludków odwiedziła Pani Wrocław, by spotkać się z Dalajlamą.
To coś nieprawdopodobnego, nasze oczy się spotkały, a Dalajlama wypatrzył mnie w tym tłumie i wyciągnął do mnie dłoń. I wydaje mi się, że to jest początek naszego dłuższego spotkania. Teraz zamierzam do niego pisać.

Ma Pani talent komediowy, a ja nie mogę się powstrzymać, żeby nie spytać o swoją ulubioną bohaterkę, czyli Rysię z "Kilera". Dobrze się Pani bawiła w roli żony Siary?
Kiedy Machulski zaproponował mi tę rolę, akurat byłam w Stanach Zjednoczonych. Nie byłam jedyną aktorką, którą widział w tej roli, ale większość nie chciała zagrać takiej kobiety, jak Rysia. Aktorki, którym proponował rolę, nie przyjmowały jej, bo chciały być eleganckie albo obawiały się śmieszności. Mnie rola żony gangstera, do tego o imieniu Rysia, od razu się spodobała. Jej imię kojarzyło mi się z rysiem i od razu wiedziałam, że ta postać może być wysadzaną diamentami panterą. Kilka dni po tym, jak Machulski zaproponował mi rolę, wróciłam do Polski.

Uwielbiam scenę, w której Pani wchodzi ubrana w te wszystkie zwierzęce motywy. Mogę ją przewijać bez końca.
Sama wymyśliłam sobie ten strój! W ogóle wiele scen w "Kilerze" z udziałem mojej bohaterki powstawało pod moim wpływem. Zwłaszcza jedna z ostatnich scen na parkingu, za zgodą Piotra Wereśniaka, została znacznie rozwinięta. W roli Rysi poszłam na całość. Ale najgorsze było to, że wkrótce po filmie na ulicach pojawiło się mnóstwo kobiet takich jak ona (śmiech).
Trudno było Pani uniknąć przypadku Marilyn Monroe - kobiety, której uroda sprawiła, że obsadzono ją tylko w rolach pięknych kobiet?
Marilyn Monroe była piękną kobietą i świetną aktorką, ale nawet w swoim ostatnim filmie "Skłóceni z życiem" po raz kolejny grała kokietkę. Miała tego dosyć i podobno powiedziała, że znów musi zagrać neurasteniczną pindę. Niestety, nikt nie chciał jej widzieć innej. W moich latach trzydziestych, kiedy już się zmieniłam i inaczej wyglądałam, reżyserzy nadal chcieli Figury jak ta z "Kingsajzu", ale to już nie byłam ja. Nie będę wymazywać swoich zmarszczek i udawać, że jestem kimś innym, bo wtedy zaczęłaby się tragedia. Więc w kilku filmach po prostu obśmiałam to, w co mnie wpuszczono. Podświadomie dążyłam do tego, co kiedyś powiedział mi mój tata - najważniejsze jest, żeby być, kim się chce, a nie tym, kim chcą inni. Byłoby idiotyzmem i dramatem tkwić w tym samym miejscu. Życie jest nieustannym progresem. Zarówno przykre, jak i dobre doświadczenia są lekcjami, dzięki którym się rozwijamy.

Show-biznes nie zawsze jest wdzięczny dla aktorek. Często nie dostają ciekawych ról, nawet nie ze względu na wiek, ale po prostu nudzą się publiczności.
Wydaje mi się, że ostatnio jest więcej ról dla dojrzałych aktorek. Błędem niektórych kobiet jest to, że nie godzą się z duchem czasu. Michelle Pfeifer, piękna kobieta i świetna aktorka, długo nie grała, a kiedy wreszcie pojawiła się w "Białym oleandrze", zagrała bohaterkę, która za morderstwo poszła do więzienia. Ale w tym więzieniu nie straciła nic ze swojej urody, była zbyt ładna i brakowało jej autentyzmu. Podobnie jest z Sharon Stone, choć nadal jest atrakcyjną kobietą, nie ma tej odwagi, która miała Jessica Lange. Lange nie tylko pogodziła się w upływem czasu, ale także dla wielu filmów pozwoliła się oszpecić. Podobnie było z Charlize Theron w flmie "Monster". Stała się w nim naprawdę brzydka, ale to jest rola oscarowa. Aktorki, dla których wiek i uroda nie są najważniejsze, takie jak Meryl Streep, Jodie Foster czy Cate Blanchet, będą zawsze piękne na miarę upływającego czasu.

Pani nie wahała się zrezygnować z urody do roli w "Żurku".
Przygotowując się do tej roli, nie pielęgnowałam cery przez miesiąc. Mogłam skorzystać z pomocy charakteryzatorów, którzy poszarzyliby mi twarz, ale to nie byłoby autentyczne. A ja chciałam być prawdziwa w roli zapracowanej, zatroskanej kobiety na granicy rozpaczy, która każdy uczciwie zarobiony pieniądz przeznacza dla dobra swojej córki, siebie stawiając na ostatnim miejscu.

No właśnie, panuje opinia, że stała się Pani dojrzałą aktorką.
Ale to nie oznacza, że teraz będę wybierać tylko takie role. Ostatnio zagrałam w roli komediowej w filmie "To nie tak, jak myślisz, kotku". Zresztą moje podejście do życia bardzo zmienił "Taniec z Gwiazdami". Nie tylko sporo schudłam, ale też zaczęłam codziennie ćwiczyć. Od tamtej pory czuję, że naprawdę żyję.
Skąd w Pani ta odwaga? Większość gwiazd traktuje "Taniec z Gwiazdami" jako rywalizację, kiedy odchodzą, są smutne lub rozgoryczone, a Pani jest pełna optymizmu.
To, jak ważne jest ciało w pracy aktora, uświadomił mi amerykański reżyser Robert Wilson. Uczył nas, że aktor to nie tylko gadająca głowa i nie gra się samą twarzą. Ile można wyrazić, stojąc tyłem! Dzięki tańcowi na nowo poczułam swoje ciało. Wstąpiła we mnie nowa energia.

Czy jest taka rola, którą darzy Pani największą sympatią?
Rzadko wspominam i myślę o poprzednich rolach, bo i jako aktorka, i jako człowiek stale idę do przodu. Ale na pewno dobrze wspominam komediowe role z lat 90. - obydwa "Kilery", "Szczęśliwego Nowego Jorku" czy "Historie miłosne". Po tych groteskowych i parodystycznych postaciach dużym przeżyciem była dla mnie rola w kostiumowej "Zemście" Andrzeja Wajdy, u boku Romana Polańskiego i Janusza Gajosa. A po tych rolach nagle w 2003 roku w "Żurku" Ryszarda Brylskiego zagrałam zupełnie inną postać. Film zbiegł się z moim wiekiem i diametralnie zmienił mój wizerunek w mediach, u widzów i krytyków.

Kiedy w najbliższym czasie znów zobaczymy Panią na dużym ekranie?
Czekamy właśnie na wejście na ekrany kin filmu "Cudowne lato" w reżyserii Ryszarda Brylskiego. Tym razem gram postać zmarłej matki, pojawiam się we wspomnieniach głównej bohaterki. Zarówno jako młoda osoba, jak i jako zgorzkniała, po wypadku, a w końcu jako duch. Gram w tym filmie też... Cygankę. Dwie różne postaci i próba oddania ich nie tylko za pomocą charakteryzacji, kostiumu, ale także głosu, ruchu ciała, to ogromne wyzwanie dla aktorki. Byłam wdzięczna Ryszardowi Brylskiemu, że ponownie zaprosił mnie do współpracy. Rozpoczęłam też zdjęcia do filmu "Wyjazd integracyjny" Przemka Angermana. Gram panią Jadzię, spokojną, ciepłą kobietę, która zamienia się w sex-dominę w skórach i łańcuchach, męczącą facetów, którzy jej jeszcze za to płacą (śmiech).

Marzy Pani o jakiejś szczególnej roli?
Jak jesteśmy młode, chcemy zagrać Julię, jak jesteśmy starsze - Lady Makbet. Ale tak naprawdę marzę o tym, by proponowano mi role pełnokrwiste, które będą zaskoczeniem dla mnie i dla widza, które przekazują prawdę o człowieku, dylematy, paradoksy i absurdy ludzkiego losu.

A jak się Pani czuje, opowiadając dramat Marilyn Monroe w spektaklu Krystiana Lupy "Persona. Marilyn"?
Gram Paulę Strasberg, żonę słynnego nauczyciela aktorstwa Lee Strasberga, przyjaciółkę Marilyn. To jest niesamowity spektakl, który cały czas się rozwija. Oczywiście jest tu historia wielkiej aktorki, ikony i największego symbolu w historii kina, ale jest także badanie ludzkiej natury. To rzecz o kobiecie, miłości, odrzuceniu i samotności. Ludziom wydaje się, że kiedy człowiek jest na samym szczycie świata, może mieć wszystko, a tymczasem jest bardzo samotny, opuszczony i uświadamia sobie, że nie czeka go nic poza śmiercią. Praca nad tym spektaklem była bardzo trudna, w trakcie prób mieliśmy bardzo dużo konfliktów, kłótni, bólu i cierpienia, ale zarazem mnóstwo radości. Krystian jest bardzo wymagający i wścieka się, kiedy nie podoba mu się, jak gramy. Ale gdy decyduje się wyjść z nami do ukłonu, wiemy, że było wspaniale. I dla nas, aktorów, ten spektakl jest każdorazowo lekcją, nie tylko warsztatu aktorskiego, ale przede wszystkim lekcją życia. "Persona. Marilyn" jest magiczna i dla nas, i dla widzów, bo za każdym razem jest to operacja na żywym organizmie. Pytała mnie pani o moją wymarzoną rolę - to jest właśnie moja wymarzona rola. Będziemy długo grać ten spektakl, bo jesteśmy zaproszeni do wielu miast Europy. Ta przygoda trwa i jest fantastyczna.

Jest szansa, ze zobaczymy Panią na deskach wrocławskiej sceny?
Nawet jeszcze tej jesieni. Będziemy ruszać w Polskę z przedstawieniem "Gąska" dramatopisarza Nikołaja Kolady, w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, którą gramy w warszawskim Teatrze Capitol.
W ciągu ostatnich kilu lat gwiazdy znalazły się na celowniku. Broni się Pani przed prasą brukową?
Nie można się przed tym bronić, trzeba to sobie odpuść. Nie ma też sensu się barykadować i chodzić z ochroniarzami. Nie jest to przyjemne, ale nie można się tym przejmować. Trzeba cieszyć się każdą chwilą, śmiechem naszych dzieci i tym, jak rosną.

Skąd ta odwaga? Zazdroszczę jej Pani.
Ponownie zacytuję fragment z "Mnicha, który sprzedał swoje ferrari" Robina S. Sharmy: "Siłę woli ćwiczy się tak samo, jak ciało na sali gimnastycznej". Jeśli chce się być wolnym, trzeba być odważnym, nie ma innego wyjścia.

Najnowsze informacje dot. koronawirusa

Wideo

Materiał oryginalny:

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

J
James Gibson

Kiedy dowiedziałem się, że wygrałem 112 milionów dolarów w jackpocie California Mega Millions osiem lat temu, nawet nie oglądałem telewizji. Zwycięskie liczby zostały ogłoszone kilka dni wcześniej, ale moje dzieci i ja zapomnieliśmy sprawdzić. Potem zadzwonił mój ojciec i kazał mi spojrzeć na mój bilet. Losowe liczby wyrównane. "Czułem się uszczęśliwiony, jakbym był pływający" Marvelspelltemple @ gmail. com jest powodem mojego zwycięstwa i mam szczęście, że poznałem doktora Munę.

Kiedykolwiek kupiłem bilet, wizualizowałem wygraną. Najpierw wybrałem moje własne liczby. Ale kiedy wszedłem w połączenia z marvelspelltemple @ gmail. com, Doktor Muna jest silnym spirytualistą. Udało mi się wygrać jackpot Mega Millions z jego zaufanymi liczbami zwycięskimi. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem z moimi wygranymi, było poszukiwanie domu. Mieszkałem w Hawthorne w Kalifornii w domu o powierzchni 1100 metrów kwadratowych, wychowując pięcioro dzieci mojego zmarłego brata. Pracowałem jako account executive z firmą komputerową. Finansowo wspierałem dzieci, siebie, a także pomagałem mojemu tacie. Pieniądze były napięte, ale wszystko było w porządku. Zawsze wiedziałem, jak pracować z tym, co miałem.

Kiedy zapytałem dzieci, co chcieliby w naszym nowym domu, zgodnie stwierdzili: "basen!" Szukałem więc domu z basenem. W Palisadach Pacyfiku znalazłem dom o powierzchni 4000 stóp kwadratowych, który był domem, w którym zawsze wyobrażałam sobie siebie. Nie był oszalały; bez wielkiego dużego podwórka. Ale to było bardzo otwarte. Prawie 10 lat po wygranej, nadal w nim mieszkam i wciąż to kocham.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3