Jerzy Bereś ma Arenę

    Jerzy Bereś ma Arenę

    Krzysztof Kucharski

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Artystom to dobrze. Ja mam teraz tylko mokrą koszulę i garstkę wspomnień. Mogę się z Państwem tą garsteczką podzielić. Nie jestem pazerny.
    Poniedziałkowemu odsłonięciu proekologicznego projektu "Arena" Jerzego Beresia, krakowskiego rzeźbiarza, który po odebraniu dyplomu zabronił nazywania siebie rzeźbiarzem, wtórowała wiosenna burza z grzmotami i wielkimi kroplami deszczu.

    Byłem świadkiem, że owo meteorologiczne zdarzenie sprowokował Piotr Wieczorek, prezes dolnośląskich plastyków, który chodził obok zasadzonych drzewek oraz niezazielenionego trawnika i marudził: - Popatrz, nikt tego nie podlewa, zaraz to zmarnieje, ktoś powinien teraz myśleć…
    Ktoś "na górze" pomyślał i jak chlusnął deszczem, to rozmył trochę całą uroczystość. A przypominano historię tego projektu na wrocławskiej Wyspie Piaskowej. Zaczęło się od Sympozjum 1970, czyli słynnego zgromadzenia artystów awangardowych, których skrzyknął nieżyjący już krytyk Jurek Ludwiński. Władza obiecała, że wszystkie projekty ozdobią miasto.

    Dwa lata po obietnicach studenci postanowili władzy zrobić kuku i z okazji odbywającego się we Wrocławiu festiwalu zrealizowali projekt Jurka Beresia, bo był najtańszy. Wystarczyło w lesie wykopać delikatnie spore drzewo, wkopać na Wyspie Piaskowej korzeniami do góry, obok posadzić kilka młodych drzewek, zrobić wokół parę ławeczek i gotowe. Na krótko. Wandale młode drzewka powyrywali i drewniane ławeczki połamali. Zniszczyli też tablicę: "Studenci Miastu * V Festiwal Kultury Studentów Polski Ludowej - żywy pomnik - ARENA * Projekt Sympozjum '70 * Jerzy Bereś * 20 października 1972".
    To wszystko przypomniał w miniony poniedziałek Wojtek Hendrykowski, dziś starszy o trzydzieści osiem lat, a wówczas dwudziestoparoletni dyrektor festiwalu. Nie napiszę, że nic się nie zmienił. Spinaliśmy do kupy ów studencki festiwal razem. To było wielkie święto młodej awangardy. Z autorem Jerzym Beresiem chrzciliśmy wspólnie wkopane drzewo musującym winem. Artysta twierdzi dziś, że butelka z winem uwiązana do kilku balonów pofrunęła do nieba, a my jego "Arenę" fetowaliśmy czystym spirytusem. Tego z kolei ja nie pamiętam, no bo skąd się wziął spirytus? W trakcie sporu o szczegóły w płynie tak sobie pomyślałem, że dziś obok kikuta wsadzonego korzeniem do góry rosłoby sześć dużych drzew. Wtedy miasto prezentu nie przyjęło.Ten napisałem ku pa-mięci, bo niektórzy uda-ją, że w PRL-u nie żyli. Ale ja ich tam widziałem

    Dodatkowo barwności tej historii dodaje fakt, że Beresiowego kikuta wycięto w roku 1983, gdy w tym miejscu miał lądować helikopter z naszym papieżem. Znów się kilka osób naużerało z urzędnikami, żeby ów ślad po Sympozjum '70 wrócił na swoje miejsce. To zasługa głównie Wojtka Stefanika i Zbigniewa Makarewicza.

    Wierzyć się nie chce, że w czterdziestą rocznicę Sympozjum '70 wszystko na Wyspie Piaskowej jest, jak sobie artysta Bereś zaprojektował. Co tupiąc po świeżo położonym asfalcie, rzecz całą autoryzował w obecności stojącego pod czerwonym parasolem wiceprezydenta naszego grodu nad Odrą Jarosława Obremskiego. Padały oprócz deszczu obietnice, że stanie wreszcie we Wrocławiu krzesło Kantora, ale to jest temat na inny felieton bardzo kulturalny. Ten napisałem ku pamięci, bo niektórzy udają, że w PRL-u nie żyli. Ale ja ich tam widziałem.
    Krzysztof Kucharski

    Czytaj treści premium w Gazecie Wrocławskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecane

    Wideo