Jerzy Antkowiak: Byłem kiedyś bikiniarzem. To były czasy! (ROZMOWA)

Katarzyna Kaczorowska
Jerzy Antkowiak ma 78 lat. Jest absolwentem wydziału malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, czyli dzisiejszej Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Z modą związany jest od 1961 r.
Jerzy Antkowiak ma 78 lat. Jest absolwentem wydziału malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, czyli dzisiejszej Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Z modą związany jest od 1961 r. fot. Jarosław Jakubczak
Udostępnij:
We Wrocławiu się zakochał i z tej miłości zrodziła się córka Dominika. Ale karierę zaczął robić w Warszawie. Jerzy Antkowiak opowiada nam o złotych czasach polskiej mody, o tym, czy Polki są dobrze ubrane i co je różni od Francuzek i Włoszek. Jerzy Antkowiak - był jednym z tych kreatorów, dzięki którym Moda Polska to była marka.

Jerzy Antkowiak ma 78 lat. Jest absolwentem wydziału malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, czyli dzisiejszej Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Z modą związany jest od 1961 r.

Przyjechał Pan do Wrocławia z Wolsztyna.

- W 1953 roku, jako absolwent wolsztyńskiego liceum plastycznego. Tato chciał, żebym studiował prawo - przed wojną pracował w notariacie, więc jako dziecko siedziałem w tych wszystkich księgach, repetoriach. Po wojnie wrócił do biura i marzył, że skończę prawo. Mnie jednak paragrafy nie ciągnęły, a że w Krakowie studiował dziennikarstwo mój bliski kolega Wacek Świeżyński, który rok wcześniej ode mnie zdał maturę, tato ostatecznie się zgodził na Kraków.

No to skąd się wziął ten Wrocław?
- A bo władze przeniosły wydział dziennikarstwa z Uniwersytetu Jagiellońskiego na Warszawski i tu już tato powiedział kategoryczne "nie". W Wolsztynie byłem ministrantem, do mszy ładnie służyłem, więc pewnie myślał, że w krakowskim klimacie też będę przy ołtarzu stał. Warszawa kojarzyła mu się ze wszystkim, co najgorsze.

Sodoma i Gomora?
- Niemalże.

Ale dalej nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego zgodził się, by dziennikarstwo zamienił Pan na Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych.
- Zgodził się, bo ja byłem taki artystyczny ptak. Mama przed wojna była hafciarką i modystką, miała świetnie prosperujący zakład, a ja już jako kilkulatek dobierałem damom woalki. No i byłem strojnisią niesłychaną. Na zdjęciach jestem cały w aksamitach, koronkach. Pamiętam, jak dostałem lakierki - jak ja nie znosiłem tych butów. No i raz, kiedy tak szedłem wystrojony jak lalka i jeszcze z tymi lakierkami na stopach, po tatę, na stację kolejową w Międzychodzie, nie wytrzymałem i spuściłem te buty cud z nurtem Warty. Do domu wróciłem boso.

Charakterny Pan był od małego?
- Oczywiście. Moja mama z powstania warszawskiego została wywieziona do obozu koło Hamburga, w Wendorf. Nie wróciła już do Polski, wyemigrowała do Kanady i tato wychowywał mnie sam. Czasy były jakie były, więc obaj udawaliśmy, że mama zginęła w czasie wojny. Swoją drogą niezły musiał być bałagan w tych tajnych służbach, które wszystko i wszystkich kontrolowały, skoro nikogo nie zastanowiły paczki, jakie przychodziły do nas z Kanady, adresowane na Floriana Antkowiaka, a których nadawcą była pani Antkowiak... No, ale tato musiał sobie jakoś poradzić z wychowaniem mnie.

I jak sobie radził?
- Już mówiłem, byłem ministrantem. Ale też kochałem teatr i kino, i jeździłem do Poznania na spektakle. Ojcu mówiłem, że idę na nieszpory, a biegłem do pociągu. Z Wolsztyna do Poznania jednak trochę drogi jest, przedstawienia kończyły się późno, znacznie później niż nieszpory czy roraty i nie raz ojciec czekał na mnie na dworcu. Oj, droga do domu łatwa nie była. (śmiech)

We Wrocławiu na nieszpory już Pan nie chodził.

- Ale na szaberplac przy Nankiera tak, to zresztą było po drodze do uczelni.

Był Pan bikiniarzem?

- Oczywiście, skarpetki w paski były obowiązkowe. Zwracaliśmy ogromną uwagę na to, co nosimy i jak nosimy. Trochę pomagały mi paczki od mamy, ale też na ciuchach można było zdobyć rzeczy z Unrry. Szyło się spodnie, wyglądające jak dzisiejsze bojówki, nosiło sztruksowe marynarki, swetry. I zakochani byliśmy we włoskim neorealizmie.

W "Złodziejach rowerów" de Siki?
- Też. Wrocław to było dekadenckie miasto. Ton nadawało bywanie w Monopolu, rodził się Kalambur, to wciągało i nadawało życiu koloryt. To na szaberplacu poznałem Igora Przegrodzkiego i Małgorzatę Lorentowicz. Przymierzałem niebieską marynarkę i chyba wpadłem im w oko, no, może precyzyjniej - panu Igorowi. Oboje byli eleganccy, ona w futrze. Grała wtedy w "Tragedii amerykańskiej" w reżyserii Jakuba Rotbauma. Piękna kobieta, a w spektaklu wyglądała zjawiskowo. Jakie ona miała nogi! Jak Marlena Dietrich. Podeszli do mnie na tym placu, zagaili, a ja wtedy jakbym złapał Pana Boga za nogi - powiedziałem, że zawsze kochałem teatr. I tak zacząłem poznawać wybitnych artystów Polskiego i kulisy tej sceny.

Chciał Pan zostać kostiumografem?
- Robiłem kilka spektaklów, ale najgorszemu wrogowi nie życzę. Koszmar. Ubierać aktorki na planie? Nigdy więcej.
We Wrocławiu nie tylko wszedł Pan za kulisy, ale też zakochał się.
Poznałem ją na drugim roku. Studiowała farmację, a ja byłem na ceramice. To nasze zakochanie wyglądało tak, że raz chodziliśmy ze sobą, raz nie chodziliśmy i z tego chodzenia wychodziliśmy córkę, Dominikę. Ale w Danucie zakochałem się, kiedy na moście podała mi wzór chemiczny na szkliwo, którego używałem na ceramice.

Zamurowało Pana?
- Oniemiałem z wrażenia.

A potem urodziło Wam się dziecko.
- No, nie tak zaraz. Skończyliśmy studia i dostaliśmy nakaz pracy, wtedy nie można było pojechać gdzie się chce. Myśmy ten nakaz dostali do Bystrzycy Kłodzkiej, ale teść dostał spadek i postanowił kupić nam dom pod Częstochową. Ubłagaliśmy go, by zamienił Częstochowę na Warszawę, a konkretnie na Komorów pod Warszawą.

I tam zaczęło się dla Pana nowe życie.
- Można tak powiedzieć. 1960 rok, Instytut Wzornictwa organizuje pokaz mody w Pałacu Kultury i Nauki. W oszołomieniu wtargnąłem za kulisy, dopadłem do pani Grabowskiej i zacząłem jej tłumaczyć, że czekałem na ten moment, że tylko moda i nic więcej.

Nie wyrzuciła Pana? Mogła pomyśleć, że wariat.

- Nie wyrzuciła, ale terminowałem pół roku, zanim przyjęła mnie do zespołu, w którym była już Zosia Słaboszowska, piękna dziewczyna, po ASP. Był taki konkurs "Piękne dziewczyny na ekrany", pani tego nie może pamiętać, ale Zośka dzięki niemu zagrała w "Kamiennym niebie", a w 1961 roku w "Ogniomistrzu Kaleniu". No i z Zośką stworzyliśmy taki duet w modzie polskiej.

Jak się wtedy ubierały Polki?
- O Boże! Co druga urzędniczka wyglądała jak kanarzyca w tramwaju, jakieś koszmarne garsonki, jak zbroje. To jest uderzające i dzisiaj. Polki - w porównaniu z Francuzkami czy Włoszkami - mają, że się tak wyrażę, pruderyjny stosunek do ubrania. Francuzka, kiedy nakłada sukienkę w stylu princesse, to nie owija gołych ramion szalem, bo w tej sukience ramiona mają być gołe i już. A Polki jakoś tak ostrożniej, bezpieczniej, zaraz musi być jakiś szal, by nie kusić. Ale na tym szarym tle zawsze wyróżniały się kolorowe ptaki.

Takie jak Wy?
- No, to oczywiste. Ale to była ciężka praca, bo wszystko się zdobywało. Pamiętam, jak kombinowaliśmy z farbami na zimno i z Zośką Słaboszowską zafarbowaliśmy swetry na czerwono. I szliśmy przez Warszawę jak para oszalałych Indian - od farb mieliśmy czerwone twarze, włosy, ręce. Nie tylko z farbami trzeba było kombinować. Wie pani, jak dziewczyny wymyśliły stelaż pod spódnicę a la Brigitte Bardot, taką w stylu krynoliny? W latach 50. taka spódnica to był szał.

Potrzeba stała się matką wynalazku?
- Tak - wykorzystywały druty z parasola.

Wtedy w Warszawie lat 60. był dobry klimat dla mody?
- Świetny. Pokazy odbywały się u dziennikarzy na Foksal, w Bristolu, generalnie w miejscach, gdzie przychodziła i warszawska śmietanka, i złota młodzież, i takie kolorowe ptaki jak my. No i w wielu z tych miejsc bardzo dobrze karmili, a to wbrew pozorom też miało znaczenie.

Jeździliście też za granicę.
- Do Paryża - kto wtedy z demoludów jechał do światowej stolicy mody? A my jeździliśmy. Byliśmy też obowiązkowo na targach mody w Lipsku, w NRD, gdzie zjeżdżała cała Europa, zachodnia też. Tam zresztą zawsze wyróżnialiśmy się oryginalnością, kreatywnością. No i kontaktami, bo dziewczynom na pokazy makijaż robiły wizażystki od Yves Saint-Laurenta, które poznaliśmy w Paryżu właśnie. To był niezwykły czas, proszę mi wierzyć. Polska naprawdę stała modą, a Moda Polska to była poważna marka konkurująca z innymi bez kompleksów.

A dzisiaj? Jaka jest polska moda? Jak dzisiaj ubierają się Polki?

- Nie wyciągnie mnie pani na takie opowieści. Byłem na jakiejś gali, gdzie były najbardziej znane twarze różnych telewizji. I te niby ikony mody to jakieś kompletne nieporozumienie. Kto je ubiera?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jana
kiedyś to wszystko było jakieś takie naturalnie stylowe, nawet jeśli kabotyńskie, a dzisiaj tylko plastik, botoks, photoshop i inne takie...nuda, nędza i twarze nieskażone refleksją
Przejdź na stronę główną Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie