18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Jan Jankiewicz - Sportowców było wielu, żaden nie śmiał wygrać przy Jankielu (ZDJĘCIA)

Wojciech Koerber
Wykuwanie formy z trenerem Manfredem Matuszewskim (za kółkiem samochodu)
Wykuwanie formy z trenerem Manfredem Matuszewskim (za kółkiem samochodu) Tadeusz Szwed
Udostępnij:
W 1979 roku jeździł najpierw na rowerze, a później to już tylko po balach. Był ich królem. Andrzej Supron do dziś przeklina Jana Jankiewicza, że zabrał mu tytuł najlepszego, czy też najpopularniejszego, sportowca Polski w Plebiscycie Przeglądu Sportowego.

W 1979 roku jeździł najpierw na rowerze, a później to już tylko po balach. Był ich królem. Andrzej Supron do dziś przeklina Jana Jankiewicza, że zabrał mu tytuł najlepszego, czy też najpopularniejszego, sportowca Polski w Plebiscycie Przeglądu Sportowego. Ale po kolei. Na razie jest Jankiel torowcem i wybiera się na igrzyska do Montrealu. Indywidualnie (4 000 m na dochodzenie) zajmuje 10. miejsce, z ekipą natomiast plasuje się na 5.-8. pozycji. Była szansa na coś więcej?

- Nie. Tak po prostu wtedy jeździliśmy. Za to rok wcześniej na MŚ w Belgii była szansa na złoto. O wejście do czwórki walczyliśmy z RFN-em. Rano na rozgrzewce Czesiek Lang mówi, że jest dobrze. Więc ja mu na to, że na wyścigu będzie cienko. Bo tak jest. Kiedy rano zawodnik czuje się rześki, to mu później noga nie podaje. A gdy śpiący jakiś taki, niemrawy, to znaczy, że jest forma. Ja byłem wtedy mocny, ciągnąłem aż półtora okrążenia, wygrywaliśmy z RFN-em. I Czesiek odpadł. Później nie wyszła jeszcze zmiana Szczepkowskiego i przegraliśmy o pół koła. Z RFN-em, który w finale zwyciężył w cuglach. Jakoś nie miałem na torze szczęścia - mówi nam Jankiewicz. Prawdę mówi. Trzykrotnie, w tym dwa razy indywidualnie, zajmował na torowych MŚ czwarte miejsce.

Skoro na torze czegoś brakowało, zaczął szukać też Jankiewicz szczęścia na szosie. Miał prawo. Nie był przecież potężnym sprinterem, lecz szczupłym średniodystansowcem. Mieczysław Nowicki również szedł tym torem. Tzn. również z toru wyjechał na szosę. 1979 rok, holenderski Valkenburg, MŚ. Jankiewicz zostaje podwójnym srebrnym medalistą - drużynowo na 100 km i w pojedynkę ze startu wspólnego.

- Przegraliśmy z NRD. Ruszyli za nami, a byli tak mocni, że nas przeszli. Cóż, wiadomo, że mieli wtedy swoje środki, niewykrywalne. Już w 1977 roku podczas MŚ w Wenezueli wygrali na torze wszystko. Indywidualnie byłem jednak tak mocny, że nie dopuszczałem myśli, iż na finiszu mogę z kimś przegrać. Ale Włoch usiadł mi na koło. Red. Wyrzykowski wykrzyczał już nawet "Jankiewicz mistrzem świata", lecz zmylił go skrót ze stanowiska. Nieznacznie przegrałem. Ten Włoch nazywał się Gianni Giacomini. Coś jak... Jan Jankiewicz - uśmiecha się po latach Dolnoślązak. Brąz dla Bernda Drogana z NRD, której reprezentanci zaleźli Jankielowi za skórę. - W 1981 ścigaliśmy się na Wyścigu Pokoju z Olafem Ludwigiem. On wygrywał u siebie, na koksie, wszystkie czasówki, a ja przegrywałem z nim tylko po paręnaście sekund - zaznacza.

Te dwa srebra nie nasyciły wtedy Jankiewicza na tyle, by raz jeszcze nie spróbować szczęścia na torze. Podczas tych samych MŚ w Holandii. - Eliminacje wygrałem z najlepszym czasem. O wejście do czwórki trafiłem jednak na Holendra, typowego sprintera. I wzięli mnie sposobem. Po kilometrze z drobnym okładem on symulował defekt, więc wyścig przerywano, by wznowić ze startu zatrzymanego. I tak dwa razy. Pokonał mnie samymi startami, wiedział, że inaczej nie dałby rady. Regulamin na to pozwalał. Gdyby miał defekt po przejechaniu mniej niż kilometra, wówczas zaczynalibyśmy od początku. Po kilometrze z hakiem natomiast wyścig tylko zatrzymywano. Wystarczyło opony dobrze nie napompować i można było zgłosić defekt. Wszyscy to widzieli, lecz udowodnić nie było jak - wspomina stare czasy olimpijczyk.

To był jednak świetny rok. W generalce Wyścigu Pokoju długo był Jankiewicz drugi. - Przede mną liderował tylko Suchoruczenkow. Zawaliłem jednak przedostatni etap, czasówkę w Neubrandenburgu. I spadłem na czwarte miejsce, przegrałem podium z Krzyśkiem Sujką o sekundę - tłumaczy. Naród go jednak zapamiętał. - To właśnie w czasie WP zrobiłem sobie reklamę. Najpierw wygrałem prolog, jechałem więc na 1. etapie w żółtej koszulce. A później wygrałem klasyfikację na najbardziej aktywnego. Przez dwa tygodnie, gdy tylko było wejście w radiu czy telewizji, powtarzano te premie. A ja na nich zawsze walczyłem. Nazwisko się osłuchało, ludzie poznali wtedy Jankiewicza - dodaje.

A gdy nazwisko się osłucha, łatwiej później umieszczać je na kuponach. I tak oto podwójny wicemistrz świata wygrał plebiscyt Przeglądu Sportowego za dokonania w 1979 roku. Tuż za nim znaleźli się mistrz świata w zapasach - Andrzej Supron, mistrz świata Marek Seweryn (ciężary) oraz wicemistrz świata w pięcioboju nowoczesnym - Janusz Pyciak-Peciak.

- Supron nie mógł tego przeboleć. Nawet pół roku temu widziałem z nim wywiad. Musiał wspomnieć, że choć był mistrzem świata, to zwycięstwa pozbawił go Jankiewicz. To nie jest jednak plebiscyt na najlepszego, a najpopularniejszego sportowca. Podobnie było niedawno z Robertem Kubicą. Supron mówił - a, bo kolarze mieli tego red. Cergowskiego, co o nich pisał. A to przecież ludzie głosowali - mówi Jankiewicz. Wygrał też wtedy, rzecz jasna, dolnośląski plebiscyt Słowa Polskiego. - I ten LZS-ów również. Jeździło się tylko po balach i laury zbierało. Wiele z tych pucharów oddałem do gabloty Harry’ego (Henryka Charuckiego - WoK), w jego centrum rowerowym większy będzie z nich pożytek. Tam przecież duży ruch - zauważa.

Skończmy już to balowanie, trzeba się wziąć do pracy. Igrzyska w Moskwie się zbliżają. Już nie na torze, lecz na szosie. Najpierw jest czwarte miejsce z drużyną. - No i nie ma dziś emerytury. A weźmy takiego Rafała Kubackiego. Multimedalista MŚ i ME, ale na igrzyskach mu nie wychodziło. A ktoś inny raz pojechał i szczęśliwie medal zdobył. Nie ma sprawiedliwości. Ani w sporcie, ani w życiu - konstatuje wychowanek Piasta Nowa Ruda. Tego szczęścia zabrakło też przed ostatnią olimpijską szansą - moskiewskim wyścigiem ze startu wspólnego, którego Jankiewicz nie ukończył.

- Było tak. Po drużynówce mieliśmy długą przerwę, więc wróciliśmy do kraju. Wystartowaliśmy w Wyścigu Pasmem Gór Świętokrzyskich. Cztery czy pięć etapów, wszystkie wygrałem. Taki mocny byłem, myślę - medal niewyjęty. Ale ojciec w szpitalu leżał. Zmarł. Mama dzwoniła, bym przyjechał. A byliśmy już w Warszawie, tuż przed ponownym wylotem. Zamiast do Moskwy poleciałem więc do Wrocławia, a stąd do Nowej Rudy. Później, z powrotem, z Nowej Rudy do Wrocławia, z Wrocławia do Warszawy i z Warszawy do Moskwy. A następnego dnia wyścig. Wystartowałem, Giacomini cały czas jeździł za mną. W końcu odjechał Suchoruczenkow, a z nim Barinow. Po tych wszystkich przeżyciach nogi trochę mi się jednak ugięły. Zostałem z grupą. Ale powiedziałem Cześkowi Langowi - jedź, bo to wyjdzie. Czesiek doskoczył do Barinowa i został wicemistrzem olimpijskim. Suchoruczenkow poszedł solo i wygrał, a Czesiek zdobył to srebro po finiszu i odczycie z fotokomórki. Proszę spojrzeć. W 1978 wicemistrzem świata był Krzysiek Sujka, w 1979 ja, a w 1980 srebro miał Lang. Jemu trafiło się na igrzyskach. Trzeba mieć to szczęście, prawda? - zauważa Jankiewicz.

W 1979, w Algierii, też nie miał szczęścia. Chciał sobie pojeść pomarańczy, a mu zabroniono. - One tam rosły na drzewach. Dostałem jednak jakichś bąbli na ręce, więc lekarz mówi - "Ty masz, Jankiel, uczulenie na pomarańcze, nie możesz jeść." W ostatnią noc dopiero zobaczyłem, gdy się przebudziłem, jakie pluskwy po mnie wciąż chodziły. One mnie cięły. A ja owoców nie mogłem sobie pojeść - żartuje sobie dziś.

W 1981 był m.in. drugi w Tour de Lasalle. Wtedy właśnie polski trener Edward Borusewicz przywiózł do Francji Grega LeMonda. I tylko z tym LeMondem Jankiewicz przegrał. Albo taki Wyścig Pokoju, gdy miał już nasz zawodnik problemy z kolanem. - Na drugim etapie kontuzja się odnowiła. A odjechało trzech Rosjan, Bułgar i ja. Już z 10 minut przewagi mieliśmy. Nie dawałem zmian, bo bolało, lecz trzymałem się na kole. Rosjanie podjeżdżali, mówili, bym współpracował, ale ja uparcie - nie daję zmian, nie ścigam się na mecie. W końcu jednego Ruska zaczęły skurcze łapać. Wyjął agrafkę z numerka i zaczął się kłuć po udach, a my żeśmy kółeczka wokół niego robili. Mnie ten ból kolana w końcu przeszedł, a Ruscy zaczęli sami do siebie skakać. Jeden ruszył, a za nim drugi. Jak skoczył trzeci, to ja za nim. Pyta, co ja robię, więc mu mówię - wygrać nie chcę, jak mówiłem, ale trzeci to chcę być. I byłem trzeci - opowiada wicemistrz świata.

Jazda z blokadą kolana ból tłumiła, lecz uleczyć nie mogła. Jeden z lekarzy postraszył Jankiela, że jeśli nie zejdzie z roweru, będzie chodził o kulach. - Tak mnie nastraszył, że do końca roku nie wsiadłem - przyznaje. Zaczął się leczyć na własną rękę, w stołecznym Szpitalu Bródnowskim wycięli mu narośla zwyrodnieniowe. Wracał, walczył, pojechał jeszcze na torowe MŚ do Szwajcarii, gdzie trener Bek zarządził wewnętrzne eliminacje.

- Na treningi jakoś koncentrować się nie potrafiłem. Przegrałem je z Sikorskim, który nie wszedł później nawet do "16". A w drużynie byłem taki mocny, że półtora okrążenia sam jechałem. Trener Bek posądził mnie, że celowo rozerwałem drużynę, by się zemścić. Po tym dałem sobie spokój. W wieku 28 lat, najlepszym dla kolarza - mówi.

Ze sportowca zmienił się w przedsiębiorcę. Czego nie miał - szwalnię, sklepy z wykładzinami, odzieżowe, kwiaciarnię. - A teraz pracuję u kogoś. Jako kierowca. Rozwożę paliwo po Dolnym Śląsku - kończy historię. Czyli wciąż na szosie.

Jan Jankiewicz
Urodził się 17 września 1955 roku w Przedborowej k. Ząbkowic Śl. Kluby: Piast Nowa Ruda (1974-1977), RLKS Wrocław (1978-1983). Olimpijczyk z Montrealu, gdzie był jeszcze torowcem, zajmując 5.-8. miejsce w wyścigu drużynowym na dochodzenie (4000 m) oraz 10. indywidualnie na dochodzenie (4000 m). W Moskwie (1980) startował już na szosie, kończąc wyścig drużynowy (100 km) na 4. pozycji. Indywidualnego nie ukończył. Podwójny szosowy wicemistrz świata z 1979 roku - Valkenburg (ind. i druż. z Ciekańskim, Langiem oraz Pluteckim). Czwarty zawodnik Wyścigu Pokoju (1979), dwukrotnie czwarty ind. na torowych MŚ (1975 i 1981), dwukrotnie trzeci w TdP (1978 i 1980), multimedalista MP - na torze zwyciężał m.in. 7-krotnie z rzędu (1975-1981). Z żoną Marzeną i córką Natalią (29 lat) mieszkają w Wilczycach pod Wrocławiem. Ma też córkę Patrycję (33 lata) i wnuczkę Nadję (8 lat).

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

C
Czytelniczka
Jaka jest prawda o Jankiewiczu Panie Edwardzie? Chetnie sie dowiem.
E
Edward Kanada
Gazeta Wroclawska tak jak Jan Jankiewicz nie lubi prawdy, jezeli Gazeta sie zdecydowala na opublcowaniu życiorysu to dlaczego nie podac tej drugiej ukrywanej czarnej strony. Uswanie mojego komentarzu nie zmieni faktu kim naprawde jest Jankiewicz.
E
EWA
Piekna droga sportowa i zawodowa.Gratuluje zapalu,nieslabnacego ducha sportowego,rodziny a zwlaszcza pieknej i kochanej wnuczki Nadii. Pozdrawiam EWA
Dodaj ogłoszenie