Jakub Krzewina - bohater ostatniej zmiany, który wreszcie wychodzi na prostą [SYLWETKA]

Jakub Guder
fot. Karolina Misztal
JAKUB KRZEWINA [SYLWETKA] - Kumple z Kruszwicy mówili: ty nie możesz z nami melanżować, ty musisz coś osiągnąć. Do dziś mnie wspierają - mówi Jakub Krzewina, który poprowadził w Birmingham polską sztafetę do rekordu świata. Kim jest bohater ostatniej zmiany?

Niełatwo było Jakuba Krzewinę namówić do biegania. Trener Andrzej Luzak mocno się musiał napocić, żeby go zaciągnąć na trening. Jeździł za nim po całej Kruszwicy, a że to nieduże miasto, to często na siebie wpadali.

- Cały czas marudził i chodził za mną. Jak mnie widział gdzieś z kolegami, to się zatrzymywał i mówił, że powinienem przyjść na zajęcia, bo mam supertalent - wspomina 400--metrowiec Śląska Wrocław, który przyznaje, że nie bardzo mu się chciało skorzystać z tej propozycji. Wreszcie namówił go kolega, który ćwiczył wówczas rzut oszczepem. „Chodź - pójdziesz raz, drugi, zobaczysz, jak to jest” - powiedział. No i tak to się zaczęło. - Najpierw był jeden trening w tygodniu, potem dwa, później trzy i pomału zacząłem to lubić - wspomina Krzewina. Po dwóch czy trzech miesiącach wystartował na halowych mistrzostwach Polski i właściwie z marszu zajął tam piąte miejsce. To był ostateczny sygnał, żeby postawić na bieganie, potraktować ten sport bardzo poważnie.

Jak każdy chłopak, Jakub zaczynał od piłki nożnej. Trenował w miejscowym Gople Kru-szwica. Najczęściej grał na prawym skrzydle, więc już wówczas przydawała mu się ta jego szybkość. Był jednak chłopcem szczupłym, drobnym. Nie przypominał wojownika, który w Birmingham na ostatnich metrach połknął bez większych problemów Amerykanina.

W oko wpadł trenerowi Luzakowi, gdy w III klasie gimnazjum wygrał jakieś zawody lekkoatletyczne. Wzorce miał dobre, bo ojciec Krzysztof od zawsze był człowiekiem bardzo aktywnym. Dużo biegał, ćwiczył na siłowni, trochę też wiosłował.

- W Kruszwicy często wygrywał szkolne zawody - wspomina syn.

Krzewina to chłopak wychowany przez podwórko. Trener naszej sztafety 4 x 400 m Józef Lisowski kilka lat temu powiedział o nim, że to taki „grzeczny chuligan”. Ten chuligan został w nim właśnie z czasów, gdy był nastolatkiem. Lubił skakać przez płoty, zdarzało się jakieś piwko z kumplami.

- Towarzystwo było, jakie było - wspomina to dziś trochę niechętnie. - Przez sport udało mi się wybić, ale koledzy zawsze mnie wspierali. Do tego stopnia, że gdy czasem melanżowali, to do mnie mówili: „Nie, ty nie możesz, nie pijesz. Musisz coś osią-gnąć, a my cię będziemy oglądać w telewizji.” Oni do dziś mi kibicują - opowiada mistrz świata.

Gdyby nie te kontuzje...

Przez lata przekleństwem Krzewiny były kontuzje. Jeszcze trenując piłkę nożną miał problemy z kolanami. Potem - już w wieku młodzieżowca - zaczął się zmagać z urazem pleców. Początkowo nie było jednak możliwości i środków, żeby całkowicie pozbyć się bólu. Szeroko drzwi do lekkoatletycznego świata otworzył mu rok 2014, kiedy to został mistrzem Polski na 400 m ustanawiając świetny rekord życiowy - 45.11.

Na początku 2015 roku był jeszcze członkiem sztafety, która w Pradze wywalczyła srebrny medal halowych mistrzostw Europy. Dla Krzewiny to było tylko srebro - biegł wówczas na ostatniej zmianie. Gdy przejmował pałeczkę, był na pierwszym miejscu. Nie dał jednak rady dobiec ze złotem. Rzutem na taśmę wyprzedził go Belg. Sprinter Śląska mocno przeżył te zawody. W marcu tego samego roku poddał się operacji przepukliny kręgosłupa. Schudł przez to pięć kilogramów. W listopadzie kolejny zabieg - tym razem ścięgno podeszwowe. Pięć tygodni chodzenia o kulach. W ubiegłym roku pojawił się problem z kolanem.

- Trzech lekarzy, trzy różne diagnozy. Jeden chciał mnie operować, ale się nie zgodziłem. Później się okazało, że to była słuszna decyzja - wyjaśnia. - Zacząłem nawet rozmawiać z moją dziewczyną, że jeśli kolejny rok pojawi się jakaś kontuzja, to raczej trzeba będzie to wszystko zakończyć - wyznaje nasz mi-strz. Na szczęście udało się wrócić do formy.

Z trenerem Lisowskim poróżniła ich różnica charakterów

W 2013 roku Krzewina trafił do Wrocławia pod skrzydła Józefa Lisowskiego i Wojska Polskiego. Na razie jest szeregowcem, choć może teraz jakiś awans się trafi, kto wie… - Minister Błaszczak przez internet gratulacje składał. Kurs zrobiłem - wyznaje. Nie kryje jednak, że bez wojska byłoby mu o wiele trudniej i może już dawno zostawiłby bieganie.

II CZĘŚĆ TEKSTU ---> KLIKNIJ

Na Dolnym Śląsku spędził cztery lata. Jesienią rozstał się z Lisowskim.
- Różnica charakterów - mówi krótko. - Jak się na niego wkurzyłem, że podczas zajęć na siłowni puszczał jakieś rapo-we przekleństwa, to zmieniał repertuar. Mówił: „To teraz coś, żeby trenera ułagodzić” i puszczał „My, Pierwsza Brygada” lub „Czerwone Maki na Monte Cassino”. A tego już mogę słuchać - wspominał kilka lat temu Lisowski i dodawał, że „Krzewi” dla sportu zrobiłby wszystko. - Wyniósł on ze szkoły pewne wartości i takie hasła, jak Polska czy hymn narodowy mają dla niego znaczenie. Dziś młodzież inaczej już do tego podchodzi. Gdyby Krzewi miał do wyboru z jednej strony milion dolarów, a z drugiej złoty medal igrzysk olimpijskich czy mistrzostw świata z hymnem, to wybrałby drugą wersję - twierdzi opiekun „Lisowczyków”.

Coś w tym jest, bo Krzewina nie kryje się ze swoim patriotyzmem. Szczyci się tym, że jego dwóch pradziadków walczyło w II wojnie światowej. Sam podobno już w wieku sześciu lat potrafił opowiedzieć, jak powstało Wojsko Polskie, a jego ciało zdobią tatuaże z narodowymi elementami. Na jednym jest napis „Bóg, Honor Ojczyzna”, na drugim - Szczerbiec, czyli miecz koronacyjny królów polskich, jeszcze kolejny to znak Polski Walczącej, następny to trzy zwrotki piosenki żołnierskiej „Wojenko, Wojenko”. Na ręce jest też napis „Wrzesień 1939” oraz nalot na Wieluń. Obok - polscy ułani i polska flaga.

- O historii dużo opowiadał mi dziadek, pani w szkole też prowadziła ciekawe lekcje - wyjaśnia.

Przez lata przekleństwem Krzewiny były kontuzje. W 2015 roku miał dwa zabiegi - najpierw na przepuklinę kręgosłupa, potem operację stopy

Nie kryje też, że wartości patriotyczne „pielęgnował w środowisku kibicowskim”. Pochodzi z Wielkopolski, więc od lat kibicuje Lechowi. Gdy trenował w Krakowie z trenerem Lechem Salamonowiczem, to chodził też na Cracovię.

Wreszcie wyszedł na prostą. Teraz myśli o igrzyskach

Krzewina obecnie mieszka w Poznaniu, gdzie ma rodzinę i tylko godzinę drogi do rodzinnej Kruszwicy. Trenuje od paru miesięcy z Markiem Rożejem, który na co dzień jest we Wrocławiu.

- Zadzwonił do mnie, że rozstał się z trenerem i zapytał, czy jestem w stanie mu pomóc. Po kilku dniach przemyśleń spo-tkaliśmy się, porozmawialiśmy i ustaliliśmy warunki współpracy, które zaakceptował. Z dobrym skutkiem, a mam nadzieję, że z jeszcze lepszym latem - mówi szkoleniowiec, pod wodzą którego sprinter zdołał już w tym roku poprawić życiówkę na 400 m w hali.

Krzewina szybko musiał zapracować na zaufanie nowego trenera, skoro obaj przystali na układ, by wspólnie trenować tylko na zgrupowaniach. Rożej mówi, że przekonały go pracowitość, zaangażowanie i ambicja Krzewiny.

- Poznałem go może 10 lat temu. Z Rafałem Omelko są z tego samego rocznika. Kiedy Rafał skończył wiek juniora i przyszedł trenować do mnie, ja zostałem asystentem trenera Widery - dziś wiceministra sportu. Mieliśmy wówczas pod opieką grupę, w której oprócz tej dwójki był jeszcze Łukasz Krawczuk czy Michał Pietrzak. Całe to pokolenie, które teraz biega. Już wówczas zdawałem sobie sprawę, jaki to jest ogromny talent - twierdzi trener, który pracuje także z Joanną Linkiewicz i Natalią Kaczmarek. Jak mówi - wówczas Krzewina nie był najlepszy, ale od początku wiedział, że ma to „coś”.

Krzewina ma w tym sezonie szansę złamać na otwartym sezonie magiczną dla polskich sprinterów granicę 45 sekund na dystansie 400 m i poprowadzić Polaków do medalu na mistrzostwach Europy, które na początku sierpnia rozegrane zostaną na Stadionie Olimpijskim w Berlinie. Po takim występie, jak ten w Birmingham, biało-czerwoni będą pewnie faworytami do złota. Mogą zbliżyć się nawet do rekordu Polski, który wynosi 2:58.00.

- 400 metrów to dystans, który trzeba pokochać. Na treningu męczę się bardzo. Czasem leżę po nim 30-40 minut i nie mam siły wstać, ale sam bieg na zawodach jest już dla mnie nagrodą - opowiada Krzewina.

Nie kryje, że celem numer jeden dla niego i kolegów będzie ten najcenniejszy medal w 2020 roku w Tokio. - W myślach mamy igrzyska. Po tym, co się stało w Birmingham, wiemy, że wszystko jest możliwe. Nie ukrywajmy: celowaliśmy tam w srebro, a dokonaliśmy czegoś niemożliwego. Gdy wbiegaliśmy na metę, euforia była taka, że nikt nie spojrzał na wynik. Łukasz Krawczuk zaczął krzyczeć: „Rekord świata!”. Nie wierzyliśmy. Co? Jaki rekord? O co chodzi? Pomału to wszystko do mnie dociera - kończy Krzewi-na.

Z Dolnym Śląskiem związanych jest też dwóch innych członków złotej sztafety z Bir-mingham. Łukasz Krawczuk urodził się w Kłodzku, skończył Szkołę Mistrzostwa Sportowego we Wrocławiu, a obecnie reprezentuje barwy Śląska Wrocław. Rafał Omelko to wrocławianin z urodzenia. Jest zawodnikiem AZS-u AWF-u Wrocław, a zarazem doktorantem na wrocławskiej AWF.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
mb
Takim biegiem przechodzi się do historii
Dodaj ogłoszenie