Jak list 14-latka poruszył kilku twardzieli. I pomogli jego mamie

Agata Grzelińska
Ta historia zaczyna się jak milion innych – młoda kobieta, szczęśliwa żona, matka dwójki małych dzieci słyszy diagnozę, która brzmi jak wyrok: nowotwór złośliwy. Oczami wyobraźni widzi się już po drugiej stronie, ale nagle jak spod ziemi wyrasta wielka armia ludzi, którzy mówią jej: – Nic z tego, Agnieszko!

Jak sama mówi, zaczęło się banalnie – poczuła, że coś ją zapiekło pod pachą. I tyle. Niby nic. Jednak poszła do lekarza, ginekologa w pobliskiej Środzie Śląskiej. Stwierdził, że musiała sobie coś nadwyrężyć i uspokoił, że to nie węzły chłonne. Czuła jednak, że ma coś pod pachą. Poszła więc do internisty. Pani doktor także uspokajała. Tłumaczyła, że węzły mogą być powiększone przed miesiączką.

– Nie odpuściłam. Tomek, mój mąż, mówił: „Agnieszka, idź, zrób USG”. Zrobiłam i okazało się, że mam powiększone węzły chłonne pod pachą, niektóre porozrywane, i dwa guzki w piersi – opowiada 38-letnia Agnieszka Kuriata z Juszczyna.
Był rok 2011, lato. Właśnie mieli pojechać całą rodziną do Karpacza. Bartek, który miał wtedy 10 lat, chorował na astmę oskrzelową. Malutki Wojtek, wtedy roczny maluszek, też właśnie zaczął chorować. Zanim jednak wybrali się do górskiego szpitala, Agnieszka postanowiła zbadać się w Dolnośląskim Centrum Onkologicznym.

– Pomyślałam, że jeśli coś jest, to będę wiedziała, a jeśli nie, to pojadę spokojna – wspomina. – Pani doktor spojrzała na USG, powiedziała, że muszę przejść kolejne badania. Prosiłam, żeby mnie zarejestrowała później, żebym mogła jeszcze pojechać do tego Karpacza, ale ona powiedziała, że dzieci i Karpacz nie uciekną, a ja mogę już nie mieć czasu...

Musisz dowieźć Wojtka do domu

Terminy badań w DCO pozwoliły jednak rodzinie Kuriatów wyjechać w góry. Tam trochę zapomnieli o chorobie. Przyzwyczaili się, że zawsze mają wakacje w szpitalach – albo w Karpaczu, albo w Rabce. – Było fajnie, ale wróciliśmy i wszystko się skończyło – pani Agnieszka zamyśla się na chwilę i opowiada, jak nie mogła się doczekać wyników badań. Zrobiła USG. Próbowała rozszyfrować wynik badań, buszując w internecie. Wyczytała, że jedno z tajemniczych określeń może oznaczać raka złośliwego. Znów pojechała na badania do DCO. Lekarz powiedział, że musi zostać i zrobić biopsję mammotomiczną. Została. Wynik miał być za pięć dni. Gdy nadszedł czas, zapakowała Wojtka do wózka, wsiadła do autobusu i pojechała z nim do Wrocławia.

– W DCO usłyszałam, że to jest nowotwór złośliwy i że muszę zapisać się do chirurga. Rzuciłam ten wynik do wózka, skończyłam karmić Wojtka i poszłam do budynku H, do chirurga – wspomina pani Agnieszka.
Nie bardzo już docierało do niej, co się dzieje dookoła, ale zapamiętała, że lekarz szybko wyznaczył termin operacji. – Chyba Pan Bóg nade mną czuwał, że pojechałam tam z Wojtkiem, bo wiedziałam tylko, że muszę go dowieźć do domu... – Agnieszce głos się załamuje.
Orszak i amazonki

Powtarzała sobie w kółko: „Musisz dowieźć Wojtka do domu”, ale ledwo widziała drogę. W głowie pojawiły się najczarniejsze obrazy. Te najgorsze. Widziała orszak pogrzebowy. Siebie po drugiej stronie, a tu dzieci takie małe...
Wojtuś zachwycony w autobusie rozglądał się dookoła, a Agnieszka starała się nie pokazać dziecku ani napotkanym znajomym, co się stało. W końcu dojechali do domu. Powiedziała rodzinie, na co choruje, a później usiadła przy komputerze.
– Zaczęłam wpisywać jakieś tam rzeczy, amazonki, nieamazonki. Wyskoczyła strona amazonki.net, zalogowałam się, coś napisałam i one zaraz mi odpisały – opowiada Agnieszka Kuriata. – Napisały mi: „Co ty sobie myślisz, że od razu umrzesz? Jaki orszak? Musisz troszkę potrzymać w objęciach pana sedesa, powymiotować, pocierpieć i walczyć”. Tak mi dowaliły, że wzięłam się w garść. Napisały mi, że niektóre z nich walczą już od 20 lat i ciągle są wśród żywych. Postanowiłam, że ja też będę walczyła. Tak jak one.

Rozsiał się w brzuchu

Zmobilizowana przez amazonki Agnieszka wypowiedziała wojnę rakowi. Poszła na operację, niejedną chemioterapię, radioterapię. Wciąż walczy. Śmieje się, że wygląda jak chomik, bo przytyła po sterydach. Rak nie chce odpuścić – rozsiał się w brzuchu. Atakuje kolejne węzły chłonne. Ale Agnieszka nie zamierza się poddać. Chce żyć i mówi, że się nie boi. Nie ma czasu.
Biżuteria, liceum, praca, fundacje, koło gospodyń
Nie ma czasu, bo jest bardzo zapracowaną kobietą. Mimo że Tomasz pracuje całymi dniami, Kuriatom się nie przelewa. Leki, dojazdy do szpitala pochłaniają mnóstwo pieniędzy. Agnieszka jest pod opieką Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia. Bez jej pomocy nie wystarczyłoby na drogie lekarstwa.

Gdy rozmawiamy, robię coraz większe oczy. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto choruje na raka, nie ma na nic siły. Tymczasem słucham rzeczy niewiarygodnych. Nowotwór, wyczerpujące chemioterapie, radioterapia, nie przeszkodziły Agnieszce skończyć liceum. – Wcześniej nie skończyłam szkoły. Tak się życie poukładało, ale to zawsze było moim marzeniem. Jutro mam ostatni egzamin z geografii – mówi uśmiechnięta. Po chwili rzuca, cała dumna: – Muszę się pochwalić, że znalazłam pracę.
Będzie dbała o zamówienia w firmie koleżanki, którą poznała na oddziale onkologicznym. Ale to nie wszystko. Dotychczas też nie siedziała z założonymi rękami. Robi biżuterię i działa w kole gospodyń wiejskich. Ostatnio na tłusty czwartek smażyła z koleżankami 700 pączków. Organizuje też akcje charytatywne, by pomóc chorym. Innym chorym. Zazwyczaj dzieciom.
– Nie tak dawno, mróz był, zimno, że psa żal wypuścić, a Agnieszka chodziła z koszyczkiem i sprzedawała kartki, bo zbierała na leczenie chorej dziewczynki – opowiada nam sołtys Juszczyna Grzegorz Zajączkowski. – Ta dziewczyna ciągle komuś pomaga. Nigdy nie myśli o sobie. Teraz to jej trzeba pomóc!

Grzegorza Zajączkowskiego, Daniela Padewskiego i Bartłomieja Hamkałę spotykam u Agnieszki nie przypadkiem. Właśnie zaczynają remont u niej w domu, ale o tym za chwilę.

Bartek pisze list

Nie pojechalibyśmy do Agnieszki, gdyby nie list jej syna Bartka. Napisał go kilka miesięcy temu. Nie do nas. Do pana Radosława. Zatytułował go tak: „Prezent dla mojej mamy chorej na nowotwór złośliwy”.
Może najlepiej niech sami go Państwo przeczytają:

„Witam. Panie Radosławie mam na imię Bartek chodzę do pierwszej klasy gimnazjum. Znalazłem Pana na stronie ecodecor, którą moja mama ciągle ogląda i jeszcze filmik na internecie, jak się nakłada płynną tapetę na ścianę.
Mam do Pana ogromną prośbę, czy Wasza firma ofiarowałaby Naszej rodzinie taką płynną tapetę, która by nie szkodziła mojej chorej mamie. Mama oglądając ten filmik zawsze mówi: ale fajne i takie praktyczne, a jak by nam ociepliło pokój, lecz nas na to nie stać.
Moja mama choruje od 2011 roku na nowotwór złośliwy piersi, cały czas ma przerzuty i bierze chemie. Renty nie ma, bo opiekowała się nami, tato sam pracuje na naszą czteroosobową rodzinę. Przez ostatnie lata nawet nie mogliśmy malować, bo wszystko szło na leczenie mamy, od kiedy mama jest w fundacji, jest troszkę lżej. Ludzie dają jeden procent i mama ma na dojazdy i leki.
Chcemy odremontować pokój, zrobić w nim miejsce dla mamy, bo robi też różną biżuterię, którą dorabia też sobie do leczenia. Mój czteroletni brat idzie za rok do zerówki i w tym pokoju też miałby swój malutki kącik. Mamy stary dom, o który trzeba dbać i może małymi krokami nam się to uda. Bardzo Was o to proszę, dla Państwa to kropla w morzu a dla moich rodziców prawie niemożliwe. Dziękuję. Bartek Kuriata”.

Odpowiedź na list nie nadeszła. Któregoś dnia Bartek zdenerwowany wyrzucił mamie, że jest naiwna, bo pomaga wszystkim dookoła, a jej nikt nie pomoże, nawet na list nie odpisze. Długo trwało, zanim zgodził się jej pokazać, co i do kogo napisał.
Wzruszył twardzieli

Gdy pani Agnieszka przeczytała list swojego syna, najpierw płakała, a potem pokazała go koleżance. Ta pokazała list bratu, a on swoim kolegom. Któregoś dnia list Bartka trafił też do naszej redakcji. Gdy wybraliśmy się do pani Agnieszki, spotkaliśmy u niej nie tylko rodzinę.
Grzegorz Zajączkowski, sołtys Juszczyna, Daniel Padewski, radny powiatu średzkiego, i Bartłomiej Hamkało, sołtys Środy Śląskiej, umawiają się na następny dzień. Zaczynają remont dwóch pomieszczeń na dole domu, gdzie zamieszkają teściowie Agnieszki.
– Muszą być blisko, bo kilka razy zdarzyło się tak, że zemdlałam. Tomek był w pracy. Wojtuś mały, a przerażony Bartek przez to nie poszedł do szkoły, bo nie chciał mnie zostawić bez opieki – tłumaczy pani Agnieszka.
Panowie zdobyli materiały, część dostali od różnych firm, część kupili za pieniądze ze zbiórek, między innymi w urzędzie czy w firmach, w których pracują.

– Jest nas dużo, więc to nie jest taki wielki wysiłek – mówi Grzegorz Zajączkowski. – Droższe rzeczy firmy ufundowały. Ale nie wszystko jeszcze mamy. Brakuje nam schodów. Te, które są, nie mają poręczy. Poza tym są już w takim stanie, że muszą być wymienione. No i przydałyby się jeszcze dwa okna. W sumie niewiele.
Cała trójka nie mówi zbyt wiele. Wiadomo, mężczyźni. Nie lubią gadać, wolą działać. Zdążyli wymienić się informacjami, że pustaki też już mają załatwione. Nie zamierzam im jednak odpuszczać i dociskam do muru.

Łza się w oku kręci, to fakt

Dopytuję, jak to jest, gdy taki list od dziecka trafia w ręce dorosłego faceta? Milczą. W końcu zaczynają mówić.
– Chwila wzruszenia, nawet łza się w oku kręci, a potem szybka decyzja: trzeba działać. I działamy – mówi Grzegorz.
– Bartek wziął sprawy w swoje ręce. Zachował się jak dorosły, to robi wrażenie – dodaje Daniel.
– Od serca napisał – zauważa Bartłomiej.

Wiem, że na więcej ich nie namówię. Przede mną jeszcze najtrudniejszy gracz. Bartek. Nie ma ochoty rozmawiać. Wszystko, co miał do powiedzenia, napisał. Rzuca tylko krótko, że chce, żeby mama wyzdrowiała.
PS Jeśli ktoś z Państwa chce i może pomóc, Agnieszka i jej rodzina oraz przyjaciele będą wdzięczni. Może mogą Państwo ufundować schody lub okna? Jeśli tak, to prosimy o kontakt z autorką tekstu. Można też wpłacić 1 procent albo darowiznę na rzecz Agnieszki Kuriaty. Szczegóły znajdą Państwo w ramce obok tekstu.

Wideo

Komentarze 12

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

???
Agnieszka jednak odeszła na zawsze. Pogrzeb w sobotę 11.04.
Z
Zigi
Taka duza firma i tak olali malego chlopca. Po naglosnieniu pewnie Prezes bedzie sie tlumaczyl, ze nie wiedzial, ze listu nie dostal. Zenujace podejscie i traktowanie ludzi
G
Gość
Ktoś chyba wyszedł z założenia, że brak odpowiedzi jest bardziej wartościowy niż przekazanie paru groszów borotu firmy...a przekładając to na język biznesu: brak odpowiedzi ma być lepszy niż budowanie pozytywnego wizerunku firmy? To jest tak wielce nietrafiona decyzja managerska, że aż mnie pusty śmiech bierze. Na zachodzie firma taka nie tylko odpowiedziałaby, ale jeszcze spełniłaby prośbę bo dla nich wizerunek byłby najważniejszy...u nas widocznie budowanie marki, renomy, własnego wizerunku nie jest w cenie bo przecież pisało dziecko. Przykre. Może czas na jakieś szkolenia z zakresu rozmów z podmiotami, osobami trzecimi? Przydałoby się. Prowadzą działalność, więc obroty opierają się na kontaktach z ludzmi...tutaj kontakt wypadł fatalnie.
G
Gość
Brak odpowiedzi od tej firmy to przykład tego, że nasz firmy nie radzą sobie z pr'em, z budowaniem pozytywnego wizerunku wśród klientów oraz podmiotów goposdarczych. Nie mają widocznie ludzi, którzy byliby w stanie udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi, bądź nie mają w ogóle szkoleń z zakresu rozmów z podmiotami, instytucjami, osobami trzecimi, co samo w sobie jest przerażające z racji tego, że prowadzą przecież działalność gopodarczą i ich obroty zależą głównie od kontaktu z ludzmi...a skoro nie potrafiono odpowiedzieć dziecku...dramat.
t
taka sytuacja
Nie wiemy dlaczego z tej firmy nikt nie odpisał. Może ktoś kto zajmuje się kontaktami z klientami się wzruszył, ale nie dostał zgody od kogoś wyżej, kto ani tego nie czytał ani nie jest wrazliwy. A może to zwykle zagonione za kasą korposzczury.
Ale nie ma to znaczenia. Jak widać są ludzie którzy robią to z dobrej woli nie szukając rozgłosu. Więc rozliczanie publiczne jakiejś firemki że się nie wzruszyła, że olali sprawę, to trochę nie fair. Takie stawianie pod murem: "jak śmieliście odmówić?!".
Pewnie jskby pomogli, a gazeta by upubliczniła, to by z całego kraju dostawali co drugi dzień prośby o pomoc. Musielibychyba kogoś potem zatrudnić kto by tylko na listy odpisywał...
Uważam że takie stawianie sprawy przez gazetę jest g****** i naiwne.
t
tebor
ecodecor nawet nie odpowiedział dziecku na list ----przerazajace
- jak i z mechanikami...
pójdziesz do dziesięciu i każdy zdiagnozuje co innego...
- taka medycyna - 29000 chorób, a uleczalne są 25... do dziś nie ma lekarstwa na katar, przeziębienie czy grypę....
1000 lat medycyny wspóczesnej i co tysięczna choroba wyleczalna (1/1000!)...
X
XYZ
Tak samo jak większość innych specjalistów - mechaników samochodowych, budowlańców, nauczycieli... myślicie, że lekarze są jacyś inni niż przedstawiciel dowolnie innego zawodu... nie - są tacy sami jak inni, większość z nich to przeciętniacy... bo dlaczego by miało być inaczej? To społeczeństwo dodaje splendoru lekarzom i patrzy na nich jak na kogoś o szczególnych umiejętnościach... Tymczasem większość jest tak samo przeciętna jak większość mechaników samochodowych. Niestety taka jest prawda...
m
mara
Pan Radosław z ecodecor nie odpowiedział na list.
y
ya
Brawo panie Radosławie z firmy ecodecor! Super reklama dla Pana i firmy!
x
xyz
"Jednak poszła do lekarza, ginekologa w pobliskiej Środzie Śląskiej. Stwierdził, że musiała sobie coś nadwyrężyć i uspokoił, że to nie węzły chłonne. Czuła jednak, że ma coś pod pachą. Poszła więc do internisty. Pani doktor także uspokajała. Tłumaczyła, że węzły mogą być powiększone przed miesiączką."
.
Życzę aby pani Agnieszka z tego wyszła.
Dodaj ogłoszenie