Iza Tomala: Wiem, że moje aniołki są szczęśliwe w niebie

Małgorzata Moczulska
Temat śmierci w domu pani Izy pojawia się często. Wciąż pielęgnowana jest pamięć o Hani, Tomusiu i Ali
Temat śmierci w domu pani Izy pojawia się często. Wciąż pielęgnowana jest pamięć o Hani, Tomusiu i Ali Dariusz Gdesz
- Kiedy umiera ktoś bliski, najpierw jest ból, tak straszny, że ciężko oddychać, a potem pytanie: "Dlaczego?". Tyle że nie ma na nie odpowiedzi... Żadna nie daje ukojenia. Wtedy trzeba spytać siebie: "Po co?". Bo przecież wszystko dzieje się po coś. To przynosi ulgę, pozwala się pożegnać - mówi Iza Tomala, która straciła trójkę dzieci. Pisze Małgorzata Moczulska

Pamiętam, że przez blisko 5 lat nie mogłam patrzeć na czerwone maskotki. Nad inkubatorami moich dzieci w szpitalu wisiał czerwony słonik. Widok podobnego sprawiał, że wszystko wracało, ból, żal, ciężko było oddychać - mówi Iza Tomala. Ładna, subtelna, ze spojrzeniem pełnym ciepła. Trudno uwierzyć, że los ją tak bardzo doświadczył, że tyle przeżyła. 10 lat temu urodziła pięcioraczki. Trójka dzieci umarła. Dwójka pozostałych miała nie chodzić, nie mówić, nie słyszeć. Lekarze powtarzali jej to jak mantrę. Ona jednak walczyła o nie z całych sił.

- Pamiętam też taką sytuację, że jestem u lekarza i w poczekalni bawi się dziewczynka. Patrzę na nią i myślę sobie, jaka ona podobna do Alicji, i wtedy jej mama woła: "Ala, nie wolno, chodź tutaj!". To było jak cios w serce. Odwróciłam głowę, łzy same płynęły po policzkach - wspomina kobieta. Oczy zaczynają jej się szklić. Po chwili milczenia dodaje: - Bo najbardziej zabolała mnie właśnie śmierć Ali. Hania i Tomuś umierali na moich rękach, mogłam im powiedzieć na do widzenia, że ich kocham, że zawsze będą w moim sercu i że idą do nieba, gdzie będzie im dobrze.

Ala umarła, kiedy akurat mnie nie było w szpitalu. Umarła nagle, bez pożegnania. Przez 5 lat miałam wyrzuty sumienia, że ją zostawiłam, że nie było mnie przy niej, że nie mogłam jej powiedzieć tego wszystkiego najważniejszego - mówi drżącym głosem kobieta.

***
Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, była najszczęśliwsza na świecie. Długo starali się z mężem o dziecko. W końcu zdecydowali się na terapię hormonalną. - Pamiętam pierwsze badanie USG i minę lekarza, który mi je wykonywał - wspomina. - Wystraszyłam się. Spytałam, czy coś nie tak z dzieckiem, a on odpowiedział, że wszystko dobrze, tyle tylko, że nie z dzieckiem, a z piątką dzieci. Zrobiło mi się słabo. Owszem, bardzo pragnęłam dziecka, ale jednego, dwóch, a nie pięciu. Szok na szczęście szyb-ko minął i zaczęłam cieszyć się z tego, że już niebawem moje niewielkie mieszkanie w Świdnicy zaludni się gromadką dzieci - opowiada.

W drugim miesiącu ciąży trafiła do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Wtedy pierwszy raz pomyślała: "A jak stanie się jakieś nieszczęście, jak urodzę chore dzieci?". Ale zaraz potem przyszła myśl, że tak nie wolno, że trzeba wierzyć i myśleć, że wszystko będzie dobrze. W piątym miesiącu na świat przyszły jej pięcioraczki. - Były takie maleńkie, takie słabe i niewinne. Czułam, że jest coś nie tak, ale nie dopuszczałam do siebie złych myśli - mówi.

Przez pierwszy tydzień nie rozmawiała z lekarzami o stanie ich zdrowia. Po prostu była z nimi i cieszyła się każdą wspólnie spędzoną chwilą. Postanowiła, że dopóki żyją, da im tyle miłości, ile tylko jest w stanie im dać. Głaskała je po rączkach, główce. Leżały w inkubatorze, podłączone do skomplikowanej aparatury, i miały problem z oddychaniem. Każda minuta była niewiadomą.

Pierwszy cios nadszedł dwa tygodnie później. Umarła Hania. - Płakałam. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego właśnie moje maleństwo, dlaczego mnie to spotyka. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to dopiero początek pasma nieszczęść - pani Iza zawiesza głos. Po chwili ciszy, podnosi głowę, oczy jej się szklą... - Tydzień później umarł Tomuś. Cios równie bolesny co wcześniej i równie niezrozumiały. W myślach prosiłam Boga o zdrowie pozostałych dzieci, by za chwilę pytać, dlaczego za-brał mi moje szczęście, dlaczego pozbawił życia takie niewinne istoty. W głowie matki, która traci dzieci, dzieją się różne rzeczy. Tak było też ze mną. Kilka dni zajęło mi uświadomienie sobie, że nie mogę się poddać, nie mogę płakać i użalać się nad sobą, bo mam jeszcze trójkę dzieci, które na mnie liczą.
Wtedy zaczęła z nimi rozmawiać. Mówiła o nich: "moje małe kochane twardzielki" i opowiadała o swoim dzieciństwie, o przyszłości, śpiewała kołysanki, czytała bajki. Była z nimi po 14 godzin dziennie. Mieszkała w przyszpitalnym hotelu i odchodziła od inkubatorów tylko, by położyć się spać.
- Mijały kolejne miesiące, a trzy moje córeczki wciąż były w szpitalu. Ciągle pojawiały się jakieś komplikacje, operacje i diagnozy. Sala łódzkiego centrum stała się moim domem. Nie wyobrażałam sobie przyjechać do Świdnicy, do rodziny, na dłużej niż dwa dni. Wiedziałam, że dzieci mnie potrzebują. Zwłaszcza że one czuły moją obecność, uśmiechały się na mój widok. Byłam im potrzebna.

***
Mijały tygodnie. Pani Iza z coraz większym optymizmem patrzyła w przyszłość. Kiedy dziewczynki miały 8 miesięcy, przestała się bać o ich życie. W końcu samodzielnie oddychały, były po kilku udanych operacjach. Wydawało się, że wszystko będzie już dobrze. I wtedy życie znów postanowiło ją doświadczyć.

- Śmierć Ali zniszczyła mnóstwo nadziei, która była w moim sercu - mówi pani Iza. - To była taka pogodna dziewczynka. Ciągle wywijała nóżkami i tak cudnie się uśmiechała. Miała żyć, a umarła. Dziś myślę, że umarła, bo nie było mnie przy niej. Pojechałam na dwa dni do domu i swą nieobecnością pozwoliłam jej odejść. Przez te miesiące tyle razy ją reanimowano, tyle razy była na granicy, a jednak wracała do mnie, mimo że cierpiała. Wracała, bo ja tego chciałam, tak bardzo chciałam, by żyła. Wiem też, że żyła te wszystkie miesiące po to, by pomóc swoim siostrzyczkom. Gdyby umarła wcześniej, ja wcześniej wróciłabym z Centrum do domu, a tu dzieci nie miałyby takiej rehabilitacji jak tam.

***
W Łodzi spędziła jeszcze siedem miesięcy. Kiedy Zosia i Marysia miały półtora roku, wróciły do domu. Lekarze jednak przestrzegali ją przed zbytnim optymizmem. Mówili, że dziewczynki nie będą się normalnie rozwijać, że będą miały problemy z chodzeniem, że nie będą widzieć, mówić. Pani Iza przytaknęła, ale wiedziała swoje. Godziny rehabilitacji, kontrola okulistyczna i jej wielki zapał, że musi zrobić wszystko, by dziewczynki były zdrowe, przyniosły efekt. Zosia zaczęła pierwsza gaworzyć, robiła nieporadne kroki, ale z czasem udawało jej się przejść cały pokój. Podobnie Marysia. Kiedy miały 3 lata, nikt, kto nie wiedział, co przeszły, nie poznałby tego po nich. Rozwijały się prawidłowo. Ciągle biegały krzyczały, śmiały się. Żywe srebra.

- To nie był jedyny cud, jaki wtedy mi się zdarzył. Byłam w ciąży. Też wbrew logice i te-mu, co mówili lekarze. Bałam się, najbardziej kolejnej mnogiej ciąży. Kiedy jednak okazało się, że pod sercem noszę jedno dziecko, czekałam na nie jak na cud. Zuzia urodziła się zdrowa, w ogóle nie choruje, a ze starszymi siostrami doskonale się dogaduje. Nie mogą wręcz bez siebie żyć - opowiada. Dziś starsze dziewczynki chodzą do czwartej klasy. Noszą silne okulary - i to jedyna pozostałość po tym, co przeszły. Ich młodsza siostra w przyszłym roku idzie do I Komunii Świętej.

***
Temat śmierci w domu pani Izy pojawia się często. Wciąż pielęgnowana jest pamięć o Ha-ni, Tomusiu i Ali. - Dziewczynki kiedyś po-wiedziały mi: "Wiesz, mamuś, masz trzy aniołki w niebie i trzy aniołki przy sobie". Innym razem, kiedy odszedł ich dziadek, stwierdziły, że teraz dziadziuś obiera jabłka dla wnuków w niebie - wspomina i opowiada, że bardzo często w rozmowach czy zabawach pojawiają się zmarłe dzieci. Dziewczynki chcą, by o nich mówić, by opowiadać im, jakie były, i ona to robi. Wciąż pamięta ich wyraz twarzy, maleńkie rączki...

- Czujemy ich obecność, ciągle są obok, czuwają nad siostrami i patrzą, jak sobie tu żyjemy. Chcą, byśmy się uśmiechały, byśmy były szczęśliwe, i my staramy się tak żyć - mówi pani Iza i po chwili dodaje, że po stracie kogoś ukochanego nie należy pytać : "Dlaczego?". To pytanie bez dobrej odpowiedzi.

Warto spytać: "Po co?". Bo przecież wszystko w życiu dzieje się po coś. - Ja wiem jedno: moje dzieci chcą, bym zajęła się życiem tu, na ziemi, i przeżyła je najlepiej, jak potrafię. I ja to robię. Po to, by kiedyś, kiedy już spotkamy się w niebie, one powiedziały: "Mamo jesteśmy z Ciebie dumne".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie