Historia Aleksandra Fredry na wrocławskim Rynku

Hanna Wieczorek
Wrocławianie dbają o hrabiego. Myją go, umawiają się przy cokole na randki, malarskie plenery. A hrabia, bywa, że i w śniegu, patrzy życzliwie na tę codzienną krzątaninę mieszkańców jego - od ponad pól wieku - miasta
Wrocławianie dbają o hrabiego. Myją go, umawiają się przy cokole na randki, malarskie plenery. A hrabia, bywa, że i w śniegu, patrzy życzliwie na tę codzienną krzątaninę mieszkańców jego - od ponad pól wieku - miasta fot. materiały z książki ze lwowa do wrocławia. fredro - świadek historii
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Kiedy stanął na Rynku, padał rzęsisty deszcz. Wcześniej musiano stoczyć batalię, by przywrócono mu należny hrabiowski tytuł. Aleksander Fredro od ponad pół wieku patrzy na nasze miasto - pisze Hanna Wieczorek.

Aleksander hrabia Fredro od 55 lat obserwuje wrocławski Rynek. Widział start Wyścigu Pokoju, pomiary wielkoludów z Klubu Wysokich, obchody milenium i koncert Placido Domingo. Miałby wiele historii do opowiadania - smętnych, wesołych, a pewnie większość z nich byłaby zaprawiona zgryźliwym poczuciem humoru komediopisarza. A więc zapytajmy hrabiego, co widział i jak to wszystko się zaczęło?

- Może nie jak, a gdzie? Bo wszystko zaczęło się we Lwowie, gdzie profesor Leonard Marconi posadził mnie na krześle na środku placu Akademickiego. Ach, mój Lwów... Biało-złote miasto...
I tak siedziałem sobie, w mojej ulubionej czamarce, patrzyłem na ludzi, zerkałem na Chorążczyznę, na której mieszkałem. Widziałem, jak przez Lwów przechodzą obce wojska. Kiedy żołnierze z czerwoną gwiazdą na czapkach zagościli na dobre, przypomniała mi się fraszka:
"Twoje braterstwo - za drogie mi, bratku!
Miano i wiano, i… życie w dodatku(...)"
Wtedy dowiedziałem się, że jestem obcokrajowcem w swoim mieście i muszę się z niego wynosić. Moje miejsce zajął Mychaił Hruszewski, trochę zły, że dziwnie podobny do mnie się nagle zrobił. Tyle że w ręce nie pióro, a gazetę trzyma.

Cztery lata przygotowywano mnie do podróży, aż w końcu w 1950 roku dotarłem do Warszawy. I przez pięć lat siedziałem - razem z Janem III Sobieskim i Kornelem Ujejskim - w krzakach w parku w Wilanowie. Towarzystwo było zacne, ale w końcu zrobiło się trochę nudno, bo o czym mieliśmy ze sobą rozmawiać przez pięć lat... Nawet o niewieścich zgrabnych nóżkach, bezwstydnie odsłoniętych, pogadać się nie dało... Bo i panie żadne nie zaglądały do nas w te chaszcze.

W końcu przyjechał po mnie profesor Olgierd Czerner. Co się natrudził, żeby załadować mnie i mój cokół na ciężarówkę! No, ale zadbał o moje pióro, schował je do teczki, żeby bezpiecznie przebyło drogę do Wrocławia.

Łza się w oku kręci, kiedy wspominam tę podróż. Na każdym postoju tłumy ludzi przybiegały, żeby się ze mną przywitać. W końcu dojechałem i przerażenie mnie ogarnęło. Wypalone ruiny ciągnęły się kilometrami, ale miejsce znaleziono mi - przyznaję - godne. Bo usiadłem tam, gdzie jeszcze 11 lat temu na koniu jechał król Fryderyk Wilhelm III.

Hmm, przyznam, że miałem pewne problemy z zejściem z ciężarówki. Bo nie można było znaleźć odpowiednio dużego dźwigu dla mnie... Ale w końcu udało się. Tylko z cokołu zniknął gdzieś mój tytuł hrabiowski.

Jak mi później powiedziano, te dwie literki: "hr.", wzbudziły gorącą dyskusję. Bo kiedy dobrzy ludzie zaczęli się domagać, żeby brak uzupełnić, usłyszeli: "A po co?" od przewodniczącego Prezydium Rady Narodowej Eugeniusza Króla. Na szczęście znalazł się ktoś z imponującym refleksem i rzucił: "No, panowie, co cesarz nadał, tego Król nie może odbierać".

W strugach deszczu, 55 lat temu, stanąłem wreszcie na wrocławskim Rynku. Były kwiaty, długie mowy i obietnice troskliwej opieki. Te ostatnie zresztą bardzo się przydały, bo wrocławskie gołębie żadnej świętości nie uznają. A do tego, przez całe lata samochody naokoło mnie kopciły. Na szczęście, od dawna samochodów nie widzę na Rynku, czasem tylko obok mnie przejedzie poczciwa brycz-ka. Słowem, kąpiel, była od czasu do czasu wskazana. Tylko dlaczego te młodziaki z XIII LO, uśmiechając się pod wąsem, szepczą przy moich zabiegach higienicznych:
"Rada małpa, że się śmieli, Kiedy mogła udać człeka, Widząc panią raz w kąpieli, Wlazła pod stół - cicho czeka. Pani wyszła, drzwi zamknęła; Małpa figlarz ..."

Nie powiem, ludzie we Wrocławiu mili. Lubią przysiąść na moim cokole. Słyszałem, że często umawiają się na spotkanie... pod Fredrą. Tradycja sympatyczna. Zresztą nie tylko spotkania widzę, bo i Dni Wrocławia pod moim okiem były organizowane, i Święto Kwiatów. Raz nawet prawdziwy dyliżans sprowadzono, żeby mieszkańcy grodu nad Odrą zobaczyli, jak podróżowano za mojego życia. Przyjemnie czasem było spojrzeć na pię-kne niewiasty bawiące się na Ry-nku, choćby w czasie Cepeliady. Ech, kto dzisiaj pamięta to świę-to. Panienki zresztą urodziwe, i nie wstydziły się nóg pokazać.

Pamiętali o mnie sportowcy. W dawnych latach, kiedy we Wrocławiu zaczynał się jeden z etapów Wyścigu Pokoju, cykliści startowali pod moim okiem. Pewnie z sentymentu do mnie Ryszard Szurkowski żegnał się z karierą na wrocławskim Rynku. Czasem zawitają do mnie maratończycy, choć ja nigdy nie rwałem się, by biegać. Od czego konie i bryczki mamy. Czasem dzieciaki w krótkich spodenkach piłką po Rynku rzucają i mówią, że grają w kosza. Hmm, osobiście już wolę zimo-we rozrywki - ślizgawkę, szczególnie, gdy pary kręcą się na łyżwach w takt walca.
A trzydzieści jeden lat temu przygotowano nawet Dzień Fredry. Dwa lata później otwarto mój salon na Rynku. Były parasole, stoliki, kawa i czaj. Trochę mi tylko kielicha wina brakowało.
Przyznam, że czasem przykro mi się robiło, kiedy widziałem, że różni tacy do swoich celów mnie wykorzystują. Jakieś parady wojskowe, jakieś święta lipcowe. Coś mi tu hipokryzją zalatywało. Znacie to? Nie? To przeczytajcie:
"Jesteś łotrem. Cóż robić? W klęskach to umieszczę;
Tylko, przez Boga, świętej nie udawać cnoty!
Bo do wzgardy nabytej wstręt dołączysz jeszcze,
A nikogo nie zwiedziesz prócz ciemnej głupoty"

Więc ucieszyłem się, kiedy na wrocławski Rynek zawitała Solidarność. A serce mi rosło, kiedy widziałem, że wrocławianie nie poddali się i potrafią śmiać się w stanie wojennym. Krasnoludki harcujące po Świdnickiej i Rynku zawsze mogły liczyć na moje wsparcie. Pozwoliłem im nawet przebrać mnie za generała Jaruzelskiego. Pod moim pomnikiem chętnie przemawiał Józef Pinior, nie powiem, na ucho szepnął mi, gdzie schował 80 milionów Solidarności. Wiedział, że u mnie ten sekret jest bezpieczny.

Wspierałem nawet pacyfistów, bo choć sam za szablę chętnie bym chwycił, ale podobał mi się zapał młodzianków z ruchu Wolność i Pokój. Szkoda, że wielu z nich dzisiaj w wielką politykę się bawi. Ech, nie zapamiętali moich słów:
"Prawo! Prawo! Jeszcze prawo! Jakby z nieba lecą żwawo; Gdy schowamy je w pamięci, Będziem żyli jakby święci. Ale zawsze w praw dodatku Jedna piosnka: Zapłać, bratku! Więc możemy być świętymi, Lecz świętymi tureckimi".

Przyszedł rok 1989. Wszystko się zmieniło. Rynek zrobił się kolorowy. W kawiarnianych ogródkach przesiadują wrocławianie i turyści. Słyszę rozmowy toczone w różnych językach. A przewodnicy zatrzymują się, żeby opowiedzieć moją historię. Czasem w odwiedziny wpadają niespodziewani goście.

Tajemniczy mężczyzna przekonywał mnie, że jest moim potomkiem i całą kwiaciarnię wykupił, by mnie o tym przekonać. Bukietów przed moim pomnikiem nie zliczyłem! Zostawił także rycerski szyszak i kielich z winem. Do diaska, zanim zdążyłem zejść, by go wychylić, ktoś się winem poczęstował.

Lata mijają, ale wrocławianie pamiętają o mnie. Sprowadzili na Rynek wielkiego śpiewaka. Placido Domingo swój talent mi prezentował. A gdzie obchodzili uroczyście milenium miasta? Tuż obok mnie, bo kto lepiej doceniłby kunszt organizatorów? I ich uchybienia. No, może czasem za pióro chciałoby się chwycić i jakąś myśl na papier przelać. Ale jak to zrobić, kiedy pióro profesora Marconiego już dawno ukradli, huncwoty, a w ręku trzymam plastikową atrapę. No, ale jak mi Szermierz doniósł, jemu złośliwcy szpadę kradną, a misiowi z ratusza ktoś ciągle kubek zabiera.

PS
Ośrodek Pamięć i Przyszłość w 55. rocznicę przyjazdu hrabiego do Wrocławia przygotował wystawę fotografii "Fredro - świadek historii". Korzystałam ze świetnego katalogu ekspozycji, przygotowanego przez Jarosława Maliniaka.
HAN

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Miklus
A we Wrocławiu jak nie było (ejże? było), tak nie ma ulicy Aleksandra hr. Fredry. Pytajnik w nawiasie adresuję do najstarszych pobytem wrocławian Może oni będą pamiętać o tym, że miał Fredro u nas ulicę, którą komedianci polityczni mu zabrali. Może by tak w ramach oddawania Bogu co Boskie, cesarzowi co cesarskie, oddać Fredrze, co kiedyś miał.
ż
żak
.. by mieli na co srać oraz wdrapywać się po pijaku i pióro urywać
Dodaj ogłoszenie