Dr Franciszek Rakowski: W szczycie piątej fali pandemii będzie do 900 tys. zakażeń

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Karolina Misztal
Udostępnij:
- Po fali omikronowej, o ile na globie nie pojawi się kolejny wariant, który będzie groźny, zjadliwy, infekcyjny, będzie można odtrąbić koniec pandemii – mówi dr inż. Franciszek Rakowski z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego. ICM opracowuje modele rozwoju pandemii, z których korzysta m.in. Ministerstwo Zdrowia.

Piątej fali pandemii miało już nie być – a przynajmniej nie w takiej skali zachorowań, jakiej doświadczyliśmy. To Pana słowa z listopada 2021 roku. Oblicze pandemii zmienił omikron?

O dziwo, w dalszym ciągu uważam, że piątej fali nie ma. Jest fala 1B albo po prostu fala omikronowa. W tym sensie podtrzymuję moje zdanie z listopada i staram się w taki sposób nazywać obecną falę. Choć pewnie będzie nazywana piątą falą, nie mam co do tego złudzeń. Ale nie tylko ja nazywam tę falę 1B; tak mówią też lekarze czy epidemiolodzy z innych krajów, którzy o mojej teorii nie słyszeli. Myśmy się jej spodziewali, natomiast nie było tak, że ona była konieczna. Konieczna była czwarta fala, która dopełniała proces epidemiczny; doprowadziła nas do odporności zbiorowiskowej na deltę. A później, niestety, pojawił się, w globalnym wymiarze wariant omikron, który powoduje niejako własną falę. Rozgrywa się ona w sytuacji infekcji poszczepiennych i reinfekcji, czyli jest w pewien sposób niezależna od poprzednich fal pandemii.

Co oznacza fala 1B?

Jak wspomniałem, ten duży proces epidemiczny, z którym mieliśmy do czynienia przez dwa lata, licząc od marca 2020 roku, który polegał na wejściu patogenu na „nagie” społeczeństwo, czyli takie, które nie jest wyposażone w żadne przeciwciała i było to wejście na wszystkie grupy wiekowe jednocześnie, wraz z czwartą falą, uległ zakończeniu. Dopełnił się. To jest zawsze najniebezpieczniejszy proces w trakcie epidemii – kiedy wchodzi nowy patogen, a my jako populacja nie jesteśmy w żaden sposób chronieni, mamy wysoki wskaźnik hospitalizacji i śmiertelności. Natomiast fala omikronowa dzieje się już na zaimmunizowanym społeczeństwie i dlatego współczynnik hospitalizacji i zgonów jest tak mały. W liczbach bezwzględnych to będzie dużo, dlatego że omikron będzie przebiegał bardzo szybko, gwałtownie, ma bardzo wysoką zakaźność, ale praktycznie dzieje się bez poważnych restrykcji. W związku z tym w szczycie zakażeń liczyć będzie 140 tysięcy stwierdzonych przypadków (o ile system testowania to wytrzyma i nie będziemy mieli sztucznie mniejszych odczytów), a to będzie oznaczało 800–900 tysięcy przypadków zakażeń ludzi dziennie.

Te 140 tysięcy przypadków stwierdzonych oznacza, że tyle osób przetestowanych będzie zakażonych?

Tyle będzie raportowanych: wykrytych i zapisanych w systemie EWP. Jest to więc wskaźnik administracyjny, czyli jakaś część osób, która choruje.

To, co jest raportowane, nie jest rzeczywiste?

To, co jest raportowane, w sposób oczywisty nie jest rzeczywiste. Przecież wiele osób testuje się też testami antygenowymi, kupionymi w aptece, wie, że ma dodatni wynik, izoluje się i nie zgłasza tego do żadnego urzędu. A wiele osób się nie testuje. I jeszcze wiele osób przechodzi zakażenie na tyle bezobjawowo, że nawet nie podejrzewa, iż przechodzi omikrona. I jest to ogromna większość. Znam osoby, które się przetestowały, okazało się, że są dodatnie i nikt tego nie wiedział. Nie ma obowiązku zgłaszania dodatniego wyniku testu kupionego w aptece.

Teraz będzie się można przetestować w aptece za darmo i jeśli test będzie dodatni i będzie taka potrzeba, lekarz przyjedzie do zakażonych do domu.

Każdy może pójść do apteki czy dyskontu, kupić test antygenowy, wrócić do domu i go wykonać. Natomiast to, o czym pani mówi, to coś innego – osoba przychodzi do apteki, prosi o wykonanie testu, farmaceuta go wykonuje, a w momencie, kiedy test wychodzi dodatni, to taka osoba ma prawo do dalszej opieki ambulatoryjno-lekarskiej. To, jak rozumiem, jest jedna z opcji dla obywatela, a nie konieczność. Ale generalnie każdy może sobie wykonać test w domu, bo jest on produktem ogólnodostępnym.

Pana zdaniem, w obecnej fali, czy nazywać ją będziemy 1B czy piątą, omikrona przejdziemy prawie wszyscy, a na pewno zakazi się nim ponad 30 milionów Polaków?

Tak, około 30 milionów osób, z tym, że znaczna część bezobjawowo.

Czy można z tego wyciągnąć optymistyczne wnioski? Jeśli wszyscy przechorujemy, to oznacza, że nabyliśmy odporność, zatem, czy to może oznaczać koniec pandemii w ogóle?

Sprawa jest trochę bardziej złożona. Po pierwsze, ta odporność zbiorowiskowa już jest – na warianty delta i delta podobne. Teraz to, co uzyskujemy, to odporność zbiorową drugiego typu, na wariant omikron. Faktycznie, ta odporność zostanie uzyskana tak samo na ten wariant. Czyli fala omikronowa samoistnie dojdzie do szczytu, osiągnie te wspomniane 140 tysięcy (lub trochę mniej ze względu na braki w systemie testowania), a dalej będą spadki liczby stwierdzonych przypadków. Po fali omikronowej, o ile na globie nie pojawi się kolejny wariant, który będzie groźny, zjadliwy, infekcyjny, będzie można odtrąbić koniec pandemii, tak jak to ostatnio zrobił Boris Johnson w parlamencie brytyjskim. Co oznacza, że zrzucamy maski…

… ale teraz, przynajmniej w Polsce, prócz noszenia masek w komunikacji i sklepach, innych restrykcji praktycznie nie ma.

Jest zalecenie pracy zdalnej.

Nie ma już lockdownu, zamykania restauracji, kin, teatrów, fryzjerów i kosmetyczek.

Mamy teraz ustawiony model niemal bezrestrykcyjny, owszem.

Zarówno doświadczenie, jak wiedza epidemiologiczna ekspertów wskazuje, że wirus mutuje się cały czas. Zatem nowa wersja wirusa, która się objawi, to raczej pewność? Czy niekoniecznie?

Pytanie, jak ta nowa wersja będzie oddziaływała z naszą baterią przeciwciał i zdobytą odpornością komórkową? Podobnie jest z grypą – co roku jest nowa wersja grypy albo nawet kilka nowych wersji i co z tego? Chodzi o to, że jesteśmy już obudowani bastionami przeciwciał i nawet jeśli co roku pojawia się nowy wariant grypy, to jesteśmy chronieni. Podobnie będzie w przypadku wirusa COVID-19. Najprawdopodobniej przekształci się w sezonową chorobę, jaką w tej chwili jest grypa, i tak samo będzie funkcjonowała, co wcale nie oznacza, że ten wirus będzie w jakiś sposób łagodniejszy. Sam w sobie nie złagodnieje; to my, jako społeczeństwo, będziemy lepiej chronieni.

Co wydarzy się w najbliższym czasie. Znów wrócę do tych 140 tysięcy zakażeń dziennie, a praktycznie 800 tysięcy dziennie - kiedy nastąpi ów szczyt?

Stanie się to między 7 a 14 lutego.

Jednym słowem – do walentynek.

Tak jest. Na walentynki rozpocznie się już albo lekki spadek, albo faza plateau, czyli będzie widać, że pandemia wyhamowuje.

A później?

Gwałtowny spadek. Tak szybko, jak pandemia narasta, tak szybko będzie spadać.

Tylko że jeśli chodzi o osoby hospitalizowane, to przewidywania są takie, że łóżek szpitalnych będzie zajętych od 35 do 40 tysięcy. To bardzo dużo. Oznacza na powrót otwieranie tymczasowych szpitali.

Z tego, co wiem i z tego, co mówi rząd na konferencjach prasowych, to odpowiednia liczba łózek jest przygotowywana na tę falę. Przez długi czas nie było wiadomo, jaki jest ten współczynnik hospitalizacji. Na początku podawaliśmy jeszcze szerszy zakres – między 35 a 80 tysięcy łóżek. W tej chwili potwierdza się w innych państwach, które przechodzą szczyt, że ta liczba nie będzie aż tak wysoka. Ale, w związku z tym, że my wchodzimy w tę falę, będąc jeszcze na wyjściu z fali deltowej, to mamy pacjentów zarówno z wariantem delta i z omikronem, dlatego ta liczba hospitalizowanych jest taka duża. Kilka dni temu po raz pierwszy od wielu tygodni mieliśmy tak, że liczba hospitalizacji drgnęła w górę. To znaczy, że idziemy już do góry. Mam nadzieję, że nie przekroczymy 40 tysięcy hospitalizacji dziennie.

Jeśli omikrona i tak ma przechorować 30 milionów obywateli, to czy noszenie maseczek, trzymanie dystansu i inne restrykcje mają jeszcze w ogóle sens, Pana zdaniem?

Jeszcze mają sens. Te osoby, które mają się zakazić – zakażą się i tak, a te, które mają trafić do szpitala – do tego szpitala trafią. Tego się nie da uniknąć i nie ma sposobu, by tego uniknąć (bez dodatkowych szczepień, na które już nie ma czasu). Pytanie, jak to zostanie rozłożone w czasie. Albo może być tak, że kumulacja osób w szpitalach będzie taka, że w trzy tygodnie trzeba będzie obsłużyć ogromną liczbę pacjentów albo będzie można to zrobić w 6 tygodni. Być może tę falę hospitalizacji uda się wypłaszczyć, żeby w piku zapotrzebowania było trochę mniej pacjentów, niż mogłoby być. Zawsze warto podjąć takie działania. Natomiast w momencie, kiedy fala omikronowa zacznie spadać, wówczas można już, moim zdaniem, podejmować decyzje, że zrzucamy maseczki z twarzy i mamy koniec pandemii.

Ale chyba też sama hospitalizacja, jeśli chodzi o zakażenie omikronem, będzie krótsza?

Wiele danych wskazuje na to, że średni czas pobytu pacjenta w szpitalu skraca się z 10 do około 5 dni. Co z jednej strony jest dobre, w ogóle świadczy o tym, że zakażenie przechodzone jest lżej i że prawdopodobnie też współczynnik śmiertelności jest znacznie niższy, więc tych zgonów też może nie będzie aż tak dużo. To jedna sprawa. A druga, to taka, że jednak trzeba uważać, bo co prawda zajętych łóżek będzie, jak przewidujemy, do 40 tysięcy, to bardzo, bardzo gorąco będzie na pogotowiu i na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych. Ponieważ przyjęć i procedur wejścia do szpitala będzie stosunkowo dwa razy więcej niż w poprzedniej fali. To jest ten element systemu, który może mocno ucierpieć i spowodować niedrożność.

Jeśli po walentynkach zachorowalność zacznie się wypłaszczać, następnie gwałtownie spadać, po czym złapiemy oddech wiosną i latem, co może nas czekać jesienią? Znów wrócimy do niepokojących wieści?

Tak. Jesienią będzie wzrost stwierdzonych przypadków; myślę, że ich liczba będzie wciąż jeszcze monitorowana, tak, jak jest to teraz. Chociaż są już głosy mówiące o tym, że w pewnym momencie trzeba będzie przestać liczyć te przypadki. Pewnie każde państwo podejmie własną decyzję. Pewnie służby epidemiologiczne nadal będą je odnotowywać, ale kiedy odsetek hospitalizacji i zgonowości będzie taki, jak przy grypie, być może nie będzie już potrzeby ponoszenia takich kosztów. Przy grypie nie robi się testów PCR, prawda? Ale sam jestem ciekaw, jak to się ukształtuje.

Przedstawiany jest Pan jako autor Modelu Epidemiologicznego, ale dla wielu osób sama nazwa „modelowanie epidemiologiczne” brzmi dość abstrakcyjne. Czy może Pan przybliżyć, co to jest modelowanie, w jaki sposób matematyka opisuje tempo rozprzestrzeniania się epidemii oraz z czego przy tym modelowaniu Pan i Pana zespół korzysta?

Epidemia nie jest zjawiskiem tylko medycznym. To zjawisko szerokie; w szczególności jak szybko rozprzestrzenia się w społeczeństwie i jakie konsekwencje mają wszelkiego rodzaju ruchy interwencji farmaceutycznych – to wszystko jest w stanie wyliczyć matematyka. Jest to domena ekonometrii, w sensie źródłowego znaczenia tego słowa, gdzie oikos po grecku znaczy dom, a metron – miara, czyli mierzenie procesów, które zachodzą w naszym domu. Inaczej mówiąc model matematyczny pewnego zjawiska pozwala głębiej zrozumieć to zjawisko, pozwala przewidzieć, jak ono będzie dalej się rozwijało i pozwala badać, jakie konsekwencje będą miały różne restrykcje założone na to zjawisko – w tym przypadku na epidemię. Stworzyliśmy duży model odzwierciedlający całą Polskę, w której 38 milionów osób mieszkających na tym terenie jest odzwierciedlonych na komputerach, tworząc, mówiąc obrazowo, coś w rodzaju wielkiej gry komputerowej.

Inaczej mówiąc, zbudowaliście replikę społeczeństwa z 38 milionami wirtualnych Polaków?

Tak jest. Każdy z nich ma płeć, wiek, zgodnie z danymi z GUS; każdy z nich przypisany jest do odpowiedniego gospodarstwa domowego. Mamy wszystkie szkoły, przedszkola, uniwersytety, miejsca pracy, ruch uliczny i generalnie, dzięki temu wiemy, jaki jest statystyczny rozkład kontaktowości fizycznej między ludźmi. Jeśli w takim modelu zamkniemy jedną ze szkół, to dzieci w tej szkole się nie spotykają; dzięki temu możemy w tym wirtualnym społeczeństwie śledzić rozwój epidemii. Ten proces jest dosyć skomplikowany, dlatego potrzebne są superkomputery, prawdziwie wielkie szafy obliczeniowe, które mają kilkaset procesorów i jedną symulację śledzą kilka godzin.

Dane z GUS to chyba trochę za mało. Jakich danych jeszcze potrzebujecie?

Generalnie model opiera się na trzech filarach, czyli trzech kategoriach danych. Pierwsze dane są o strukturze społecznej i one są niezależne od epidemii – to dane, które pochodzą z GUS-u, innych raportów demograficznych czy ekonomicznych. To są dane o gęstości zaludnienia i cały inny szereg danych, które mówią nam o tym, jaka jest ta struktura chociażby wielkości, rozkładu miejsc pracy. Są to dane o mobilności, o dojazdach, o transporcie. Krótko mówiąc, to dane mówiące o strukturze społeczeństwa. Drugi filar danych to dane o epidemii COVID-19 i charakterystyce choroby, niezależne od danego państwa, czyli uniwersalne. Te dane mówią na przykład o tym, jak długi jest czas inkubacji po zakażeniu. Czyli jak długo osoba jest zakażona, a jeszcze nie infekująca. To dane mówiące, jaki jest współczynnik hospitalizacji, jaki jest współczynnik śmiertelności. Jaka jest średnia długość przebywania w szpitalu. To dane, które mniej więcej są przenaszalne z państwa na państwo.

Czy przy modelowaniu korzystaliście z doświadczeń innych państw, czy jednak każde jest specyficzne i pandemia w Polsce też jest specyficzna, nieporównywalna z innymi państwami?

Każde państwo jest specyficzne, ale mechanizmy są uniwersalne. Tak jak w fizyce – każda planeta jest specyficzna, ale każda spełnia prawa fizyki.

Stąd na przykład prawdopodobieństwo zakażenia jest podobne we wszystkich krajach?

Prawdopodobieństwo zakażenia dla omikrona jest takie same we wszystkich państwach. Wiedzieliśmy, jakie jest prawdopodobieństwo zakażenia omikronem w Polsce w stosunku do delty, z wyników z innych państw, stąd mogliśmy wcześniej je sformułować.

Z czego Pan jest najbardziej dumny, jeśli chodzi o to modelowanie? Czym ono przysłużyło się nam wszystkim i ochronie zdrowia?

Najbardziej jesteśmy dumni z tego, że nasz model działa operacyjnie. To znaczy, że jego jakość nie jest tylko pewnym badaniem naukowym, ale ma rzeczywiście wystarczającą moc predykcyjną, by móc służyć do podejmowania decyzji i analizy sytuacji przez rząd, przez decydentów. To jeden sukces. A drugi jest taki, że wydaje nam się, że udało nam się podnieść poziom merytoryczny służby cywilnej czy urzędniczej o kilka oczek wyżej, jeśli chodzi o świadomość używania nowoczesnych narzędzi do analizy ryzyka opartych na obliczeniach i modelach matematycznych. Krótko mówiąc, wydaje mi się, że unowocześniliśmy po pierwsze myślenie, a po drugie – procesy decyzyjne, jakie rozgrywają się w służbie publicznej.

Czy modelowanie można wykorzystywać też i przy innych zjawiskach?

Na pewno jest tak, że ten model wirtualnego społeczeństwa jest modelem szerokiego użycia. Już PZH przymierza się do różnorakich analiz sytuacji Polaków, które będą opierać się na tym modelu, bo on może dużo. To jeden z bardziej rozbudowanych i dokładniejszych modeli wirtualnego społeczeństwa w Polsce, chyba jedyny o tej skali.

Czy dzięki niemu będzie można przewidzieć na przykład, ile osób w jakim czasie zachoruje na raka?

Będzie można przewidzieć, jaka jest dostępność lekarzy POZ w całej Polsce, geograficznie i jak daleko mają do najbliższej jednostki służby zdrowia oraz jak to zmienić, żeby było wygodniej. A jeśli chodzi o choroby – będziemy sprawdzać, czy się przyda. Póki co, tym nisko wiszącym owocem jest organizacja przestrzenna i ilościowa służby zdrowia. Tu możemy zrobić sporo analiz, które nigdy nie były robione, a są bardzo przydatne.

Dr inż. Franciszek Rakowski
Adiunkt w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego Uniwersytetu Warszawskiego
Ekspert ds. analizy danych i sztucznej inteligencji w instytucjach publicznych (Centrum Analiz Strategicznych KPRM, Ministerstwo Zdrowia) oraz w sektorze prywatnym (ICSec SA)

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Jurij Belous o definicji ludobójstwa

Wideo

Materiał oryginalny: Dr Franciszek Rakowski: W szczycie piątej fali pandemii będzie do 900 tys. zakażeń - Polska Times

Komentarze 8

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Uzyskaj 192 USD za godzinę od Google!… Tak, to jest autentyczne, ponieważ właśnie dostałem swoją pierwszą wypłatę i było naprawdę niesamowite nhd, ponieważ była to największa liczba 24413 USD w ciągu tygodnia. Wydaje tg się niewiarygodne, ale nie wybaczysz sobie.

jeśli tego nie zaznaczysz, wejdź na tę stronę…Www.SmartPay1.com
G
Gość
Ciekawy wywiad. Pokazuje to co widzi matematyka, a czego nie widać gołym okiem czy nawet okiem w okularach lepiej przygotowanego do widzenia lekarza. Potęga ilościowa i różnorodność świta mikroorganizmów jest ogromna – jak i jego wszechobecność. Nie dziwi mnie poziom 900 000 zachorowań dziennie, ponieważ to jest „niewidoczna całość” (bezobjawowi, skąpo-objawowi , zidentyfikowani (z podgrupą nieujawniających się) - ilościowo pewnie w tej kolejności). To co widać w matematyce niekoniecznie widać naocznie, zwłaszcza gdy wprost widać tylko tą zapewne najmniej liczną grupę „zidentyfikowanych zarażonych”.

Rozbawiła mnie onegdaj lekarka z POZ we Wrocławiu gdy pośród spychologicznych telekonsultacji dotarłem w końcu na widzenie osobiste, miała na sobie: dwie maski, czepek, okulary, rękawiczki i fartuch, główną jej troską było utrzymanie pozycji w drugim kącie pokoju, a nie widząc mnie ani z bliska ani dokładnie przez te okulary – źle dobrała lek (btw prywatna służba zdrowia w tym samym czasie działała bez histerii). Gdybym siał wirusem i podobnie kilku innych pacjentów, których odważyła się przyjąć osobiście tego dnia w zamkniętym pomieszczeniu - wszystkie te przebieranki nie byłyby zbyt wiele warte (maska jest ok na krótki kontakt) i zasadniczo nie były, bo ten wirus jest wszędzie wokół nas.
G
Gość
28 stycznia, 17:43, B:

Tak jest dlatego szybko tępe lemingi idzcie sie szczepić jak radzi władza. Dużo syfu zalega na magazynach, trzeba jakoś to upłynnić motłochowi.

Z testami też wrzucili VIII bieg, bo trxeba jeszcze coś na lewo dorobić, poki trwa eldorado.

Ludzie teraz popatrzcie jak daliście się zmanipulować, przez 2 lata tępo wykonywaliście polecenia. A ludzi, którzy przyjeli wszystkie obowiązkowe szczepienia, oprócz tego nieobowiązkowego nazywaliście antyszczepami. Wyprane mózgi mają kowidianie.

No i co z tego?

G
Gość
28 stycznia, 23:07, Jack:

SarsCov2 nie istnieje. Niemiecka fundacja Islolate Truth Found Samuela Eckerta ufundowała nagrodę w wysokości 1.5 mln euro dla każdego, kto dostarczy im dowód na istnienie SarsVov2. Jak dotąd nikt się nie zgłosił. Z SarsCov2 jest tak jak z AH1N1, nie istnieje.

No tak a w szpitalach leżą statyści.

J
Jasio
Panie ekspercie. Już od ładnych kilku dni parametr R(t) obrazujący ilu kolejnych ludzi zarazi jeden aktualne zarażony spada. A to oznacza, że nie należy spodziewać się przyspieszenia przyrostów zakażeń. Możliwe, że już w przyszłym tygodniu współczynnik wejdzie pod 1.0 co będzie oznaczało spadek nowych zakażeń.
G
Gość
28 stycznia, 18:46, Ehh:

Oczywista oczywistość. W sumie tak jak na poczatku,,epidemia w Chinach jest szansą dla polskiej gospodarki"

No przecież była i jest. Zarobił Szumowski i instruktor narciarstwa, zarobili właściciele nieistniejącej fabryki maseczek, zarobili właściciele hali, w której przechowywano arkusze wyborcze Sasina za 70 baniek i setki albo i tysiące innych znajomych i przyjaciół królika.

E
Ehh
Oczywista oczywistość. W sumie tak jak na poczatku,,epidemia w Chinach jest szansą dla polskiej gospodarki"
G
Gość
Szczepionki też miały być ostatnią prostą i co?
Przejdź na stronę główną Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie