Dorota Miśkiewicz: Wrocław przyciąga jak domowy kominek

Błażej Organisty
Trzynastu wybitnych pianistów, a tylko jeden fortepian. Obok kwartet smyczkowy i wokalistka od dziecka zakochana w jazzie i przyrodzie. O zbliżającym się koncercie Piano.pl, o związkach z Dolnym Śląskiem, miłości do muzyki i... fortepianu rozmawiamy z urodzoną w Kłodzku Dorotą Miśkiewicz.

Wrocław z wielką niecierpliwością czeka na Pani koncert w Narodowym Forum Muzyki.
Ja też bardzo czekam, bo jest to piękna sala. Wprawdzie jeszcze nie grałam na tej scenie, ale byłam na oględzinach podczas spotkania organizacyjnego. Widziałam, jak jest zbudowana, z jaką dbałością o każdy szczegół, jest odizolowana nawet od drgań, które generuje przejeżdżający tramwaj.

Dla wrocławian, nie tylko tych związanych z muzyką, NFM to powód do dumy.
Też jestem dumna z tej sali, chociaż nie jestem z Wrocławia.

Ale z Kłodzka, a to już bardzo blisko.
Tak, ale Wrocław jest mi bliski, bo moi rodzice poznali się we Wrocławiu, chodzili tu do szkoły, więc w rozmowach domowych Wrocław pojawiał się często. Jadąc do rodziny, zawsze przejeżdżaliśmy przez Wrocław. Zresztą jest to miasto, które ogólnie ma coś w sobie, czego można mu pozazdrościć. W Warszawie trudno spotkać się przypadkowo w Rynku, a wrocławski Rynek to miejsce, które skupia ludzi i zawsze kogoś znajomego można tam spotkać. To właściwie taki rodzaj kominka w domu – miejsce, które przyciąga.

To miłe, że tak pozytywnie wypowiada się Pani o naszym mieście, ale muszę przyznać, że za często Pani do nas nie przyjeżdża. Ostatnio widziałem Panią we Wrocławiu w 2015 roku na doskonale znani Pani scenie w Imparcie, podczas koncertu Grzegorza Turnaua „7 widoków w drodze do Krakowa”…
Jest to możliwe, chyba faktycznie mnie pan przyłapał. To nie dlatego, że nie chcę odwiedzać Wrocławia, tylko nie było ku temu okazji, także wrócę z przyjemnością.

Impart to nieporównywalnie mniejsza sala od NFM. Kiedyś koncertowała Pani nawet w klubokawiarni Mleczarnia. Można powiedzieć, że zbliżający się koncert to swojego rodzaju duży debiut w naszym mieście?
Muszę powiedzieć, że Piano.pl to projekt, dzięki któremu mogę zagrać w dużych i pięknych salach, jaką m.in. jest NFM. Na ogół zdarzało mi się koncertować w salach bardziej kameralnych. NFM z mojego punktu widzenia jest potężną salą.

Dlaczego zdecydowała się Pani na wznowienie koncertów w ramach Piano.pl?
Planowaliśmy ten koncert już od dawna. Płyta jest na rynku mniej więcej od roku, a my zwykle koncertujemy w składzie nieco mniejszym. Dojeżdżamy do różnych miast, gdzie gra ze mną tylko trzech jazzowych pianistów, z trzech różnych pokoleń. Natomiast pomysł, żeby powtórzyć koncerty w pełnym składzie, z trzynastoma pianistami, jedną pianistką, saksofonistą, czteroma smyczkowcami i jedną wokalistką, to był pomysł szalony. Mogłoby się wydawać, że wielkim sukcesem było to, że udało się raz, rok temu. Wydawało się, że powtórka nie jest możliwa, a okazało się, że jednak jest! Wrócimy do Wrocławia w pełnym składzie. Tutaj ukłony w kierunku wszystkich osób zaangażowanych w organizację koncertu w NFM, bo to dzięki nim możemy zaprezentować ten projekt.

Cofnijmy się na chwilę w przeszłość. Czym się Pani kierowała rok temu, dobierając muzyków?
Głównie oparłam się na polskich pianistach jazzowych, bo to jest mój świat i to są moi koledzy. Właśnie od tego się zaczęło, chciałam pokazać, ilu wspaniałych pianistów mamy w Polsce. Natomiast kiedy zaczęłam zastanawiać się, kto miałby wystąpić, to nagle okazało się, że jest ich naprawdę wielu i muszę zdecydować się na konkretne nazwiska albo rzucić monetą…

Wybór był trudny?
Tak, bardzo trudny. Z jednej strony oparłam się na kolegach, których znam ze szkoły czy z warsztatów, a którzy już osiągnęli spory sukces. To Marcin Wasilewski, Michał Tokaj czy Krzysztof Herdzin. Z drugiej strony chciałam pokazać, że pianistyka jazzowa w Polsce cały czas ma się dobrze, że pałeczka w sztafecie jest przekazywana. Stąd obecność pianistów z młodszego pokolenia, czyli Piotra Orzechowskiego “Pianohooligana” i Dominika Wani. Chciałam też pokazać pokolenie starsze, które też jest mi bliskie, bo są to koledzy mojego taty bądź moi, z którymi gram już od lat, na przykład z Włodzimierzem Nahornym. Jestem przecież częścią jego zespołu. A jest też Andrzej Jagodziński, jest Bogdan Hołownia… Tu już zaczyna się robić mało miejsca, bo każdy pianista musi zagrać improwizację. Utwór nie trwa trzy, tylko sześć lub siedem minut. Dodatkowo chciałam wzbogacić ten koncert o pianistów spoza typowego jazzowego grania, stąd Lutosławski Piano Duo, z którymi znam się z zespołu Kwadrofonik. Jest Grzegorz Turnau, jest Tomasz Kałwak i przede wszystkim postać, bez której w ogólne nie wyobrażam sobie tego koncertu, czyli Leszek Możdżer. To absolutnie najbardziej rozpoznawany pianista jazzowy w Polsce. Nawet ludzie, którzy nie interesują się jazzem, też go kojarzą. I bardzo dobrze, bo jest to pianista z wielką charyzmą i otwartością na różne pomysły muzyczne. W tym momencie okazało się, że koncert trwa ponad dwie godziny.

Dla niektórych to i tak będzie za krótko.
Muszę przyznać, że koncert nie jest krótki, dlatego robimy przerwę pomiędzy częściami. Mimo tego że przez cały czas na scenie stoi ten sam fortepian, to pianiści się zmieniają, i ten fakt sprawia, że nagle orientujemy się, jak dużo wnosi każdy z nich, w jak zupełnie inny sposób każdy z nich dotyka fortepianu i jak inne dźwięki kreuje.

Dzięki temu każda piosenka jest inną historią, pomimo tego że cały koncert jest spójny. Wszystko się łączy, ale wciąż… Dla słuchacza nieustannie jest zaskakująco.
Dla mnie też. Gdy ktoś się mnie pyta, które piosenka jest moją ulubioną, to nie jestem w stanie odpowiedzieć, dlatego że każda z nich jest tak inna, że nie można ich ze sobą porównać. Jedne aranżacje są bardziej klasyczne, inne są bardziej nowatorskie, a ja lubię i jedne, i drugie. Tak samo trudno porównywać pianistów, bo wszyscy są bardzo dobrzy. Jeden jest bardziej rytmiczny, inny melancholijny, ktoś jest mistrzem grania cichego, inny ma wirtuozowskie forte, i każdy ma inną barwę dźwięku, więc są nie do porównania. Na szczęście nie jest to konkurs chopinowski i nie musimy przyznawać miejsc. Możemy cieszyć się różnorodnością.

Ja natomiast pokuszę się o wskazanie ulubionej piosenki z płyty – „Ostatni”.
Ukłony dla Bartka Wąsika, który ją zaaranżował. Edyta Bartosiewicz zgodziła się, żebym mogła śpiewać tę piosenkę. Ona jest bardzo charyzmatyczną wokalistką, można bać się śpiewać po Edycie. Jednak dzięki innej aranżacji zmienił się kontekst, więc mogłam śpiewać bez poczucia wewnętrznego porównywania się do Edyty. To było największym wyzwaniem.

Pianiści są z Panią osobiście powiązani. Z Lutosławski Piano Duo współpracowała Pani przy płycie z piosenkami dziecięcymi ze słowami Tuwima, z kolei Michał Tokaj ponoć namówił Panią na warsztaty wokalne w Puławach.
Tak, to Michał mnie namówił, tam poznałam też Marcina Wasilewskiego. Z Michałem Tokajem znamy się z liceum, z nim grałam swój pierwszy koncert. To on pokazał mi twórczość Grzegorza Turnaua. Jako pierwszy zwrócił moją uwagę na to, że to wartościowe piosenki, że ten facet pisze i śpiewa nieco inaczej niż wszyscy, dlatego piosenkę Grzegorza Turnaua zaaranżował właśnie Michał.

Obok wspomnianego Grzegorza Turnaua jest jeszcze Krzysztof Herdzin. To osoby, które często zapraszają Panią do swoich projektów. Teraz role się odwracają. Trudno było ich namówić do udziału we wspólnym projekcie?
Muszę zauważyć, że my się tak zapraszamy nawzajem od lat. Ale odpowiadając na pytanie: nie było trudno. Byli zaintrygowani pewną dziwnością tego pomysłu. Kiedy każdy wychodzi tylko na jedną piosenkę, to jednak stwarza się pewien rodzaj współzawodnictwa, który chyba jest z tyłu głowy. Myślę, że było to dla nich jednak miłe, że znajdują się w wybranym gronie. Poza tym nie mają częstych okazji, żeby spotkać się ze sobą, nie mówiąc już o spotkaniach na scenie. Wydaje mi się, że sprawia im to frajdę. Mogą podglądać swoją grę, pogadać sobie przed i po koncercie, a nawet w trakcie, kiedy długo czekają na swoją piosenkę. To właśnie tutaj odwracają się role. Na ogół na scenie zmieniają się wokaliści. Wiem co to znaczy: siedzieć, czekać, wyjść tylko na trzy minuty. Zanim się człowiek rozgrzeje, to już schodzi ze sceny, a najchętniej zaraz by na nią wrócił. Teraz to ja jestem cały czas na scenie, a zmieniają się pianiści.

We wspomnianych Puławach zaczęła się Pani przygoda z wokalem, ale jest Pani przecież dyplomowaną skrzypaczką. Skrzypce chyba wciąż w duszy Pani grają, bo bez kwartetu smyczkowego Piano.pl byłoby zgoła inne.
Absolutnie grają i nawet czasami zabieram je na koncerty, ale przy Atom String Quartet uznałam, że nie wypada brać skrzypiec do ręki. To wirtuozi z najwyższej półki. Wiem, że koncert Piano.pl byłby czymś zupełnie innym, gdyby nie Atomy, bo to jeden z nielicznych kwartetów smyczkowych na świecie, który gra jazz na tak wysokim poziomie.

Odważnie powiedziane, ale nie sposób się nie zgodzić.
Może trochę przesadziłam, może są inne zespoły, których po prostu nie znam, ale w Polsce nie ma drugiego takiego kwartetu. Granie z nimi to czysta przyjemność, są zgrani niemożebnie. Mają w sobie inicjatywę, coś, co napędza nas wszystkich i pomaga w graniu, więc są absolutnie równoważnym partnerem dla pianistów i dla mnie.

Wciąż ma Pani ulubione skrzypce pochodzące z XIX wieku, które towarzyszyły Pani od podstawówki?
Nie mam, nie mam… Musiałam je oddać. To były skrzypce wypożyczone ze Związku Polskich Artystów Lutników. Termin wypożyczenia tego instrumentu minął, więc musiałam się z nimi rozstać. Zrobiłam sobie z nimi zdjęcie, które zachowałam na pamiątkę. Mam już inne skrzypce, które na szczęście zdążyłam polubić. Jeszcze nie na tyle, żeby ćwiczyć na nich codziennie, ale od czasu do czasu zabieram je na koncerty.

A pianino, które przed laty kupiła Pani od sąsiadki?
Jest w sypialni, właśnie stoję obok niego. Można powiedzieć, że mam do niego podobny stosunek co do skrzypiec. Nie gram na nim codziennie, ale raz na jakiś czas do niego siądę. Na pewno przydaje się w tym domu.

Jak trafiło w Pani ręce?
Przypadkiem. Wiedziałam, że chcę mieć w domu prawdziwe pianino, a nie instrument elektroniczny. Kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami, przyzwyczaiłam się do tego instrumentu, zawsze był w domu. Rodzice się wyprowadzili, a pianino z czasem powędrowało do domu brata. I tak marząc o nowym, wychodziłam z klatki schodowej. Zaczepiła mnie sąsiadka, ponieważ zobaczyła, że niosę skrzypce. Uznała, że skoro mam skrzypce, to i pianino mi się przyda. Zapytała więc, czym mnie zaskoczyła, ale odpowiedziałam, że tak! I tak następnego dnia przenieśliśmy pianino z klatki do klatki. Mam wrażenie, że sąsiadka usłyszała wtedy moje myśli.

Mamy zatem pianino i skrzypce. Do kompletu brakuje gitary basowej, perkusji, i saksofonu, który pojawia się tylko w piosence z udziałem Pani taty. Tymczasem płycie najbliżej przecież do jazzu. Dlaczego na Piano.pl jest tak minimalistycznie?
Chciałam, żeby fortepian był na pierwszym planie.

Który w jazzie czasami ginie.
Tak, niekiedy tak jest. Na ogół fortepian, bas i perkusja to typowo jazzowy skład. Ale wiem, że jak jest cała sekcja rytmiczna, to można grać w sposób typowy, znany, wygodny, a ja chciałam uzyskać nieco inne brzmienie. Atom String Quartet zabezpiecza i linie basowe, i elementy perkusyjne, tylko w nieco inny sposób. Kwartet jest jazzowy, pianiści są jazzowi - grają improwizacje, zatem myślę, że tej płycie najbliżej jest właśnie do jazzu.

Tata musiał się pojawić?
Musiał.

Jaki miał wpływ na Pani ścieżkę muzyczną?
Wpływ miał ogromy. Przywoził bratu i mi muzykę, której wtedy w Polsce nie było. To były lata osiemdziesiąte, my byliśmy w podstawówce i już wtedy słuchaliśmy muzyki, której kompletnie nie rozumieli nasi rówieśnicy. Ten rodzaj oderwania od rówieśników towarzyszył mi długo. W liceum było podobnie, a nawet na studiach. Czułam, że moi koledzy tańczą na dyskotekach do piosenek, które u mnie nie generują chęci do tańca. Czułam, że mam nieco inny bagaż, bo już od najmłodszych lat słuchałam muzyki nieco bardziej jazzowej. Słuchałam, jak tata gra, towarzyszyłam mu na koncertach, obserwowałam muzyczny świat od podszewki, podpatrywałam, jak powstają płyty… To dar, który mogę wykorzystać i z tego się cieszę. Na szczęście odziedziczyłam trochę talentu i mogę wykonywać ten sam zawód. Dzięki temu, że urodziłam się w muzycznej rodzinie, jestem lepiej przygotowana do swojej roli.

Czyje były płyty, które przywoził ze Stanów tata?
Al Jarreau, David Sanborn, George Benson, Quincy Jones. Potem na moją prośbę przywoził piękne, stare płyty Michaela Jacksona, jak „Off the Wall”. Ja dla odmiany pokazywałam tacie muzykę bardziej popową, co nawet mu się podobało.

Często opowiada Pani o wieloletnim mieszkaniu pod jednym dachem z rodzicami i z bratem. To rodzina jest dla Pani największą wartością?
Na pewno jestem bardzo związana z moją rodziną, to fakt.

Odwiedza Pani rodzinę w Kłodzku?
Do Kłodzka przyjeżdżam rzadziej. Rodzina ze strony mamy jest rodziną wędrującą. Do Kłodzka przeniosła się z Gdyni, a jeszcze wcześniej mieszkała w Gnieźnie. Częściowo wyprowadziła się już z Kłodzka do Jeleniej Góry.

Co jeszcze kocha Dorota Miśkiewicz?
Oprócz fortepianu i muzyki?

Tak, oprócz tego.
Rodzinę, najbliższych. Bardzo lubię przyrodę, zawsze odpoczywam na jej łonie. Przebywanie z ludźmi, choć od czasu do czasu uwielbiam też zażyć samotności. Wtedy ładuję akumulatory, nie rozmawiam z nikim, słucham śpiewu ptaków i ciszy. To chyba mnie dobrze charakteryzuje.

Przyroda też jest inspiracją? Na koncercie usłyszymy „Pragnę być jeziorem”, pojawi się również „Sprzedaj mnie wiatrowi”.
Jest dla mnie bardzo inspirująca. „Pragnę być jeziorem” to jedyna na płycie piosenka mojego autorstwa. Faktycznie lubię wychodzić od tematu przyrody i rozwijać go w jakieś inne strony. Tak powstała piosenka „Świerk”, o drzewach, z którymi dorastałam… ale to z innej płyty, natomiast jeżeli chodzi o Piano.pl, to są na niej piosenki nie mojego autorstwa. Wybrałam znane lub mniej znane piosenki, starsze, młodsze, z różnych czasów. Oparłam się na już istniejącej twórczości.

Są Pani bliskie? Dlatego je Pani wybrała?
Kompletowałam je od jakiegoś czasu. Spisywałam tytuły piosenek, które mnie wzruszają, które chciałabym zagrać. Jak się później okazało, w większości są to ballady. To co nas wzrusza, to właśnie ballady. Potem chciałam narzucić sobie jakiś klucz. Żeby nie były tylko stare, żeby wziąć trochę nowszych… Z tym że bardzo współczesnych piosenek nie ma. Te najnowsze pochodzą z repertuaru Edyty Bartosiewicz, Stanisława Sojki, Grzegorza Turnaua. Z kolej najstarsza jest „Rebeka”, która powstała jeszcze przed wojną, ale najbardziej znana jest z wykonania Ewy Demarczyk. Chciałam pokazać piosenki, które w jakiś sposób mnie dotyczą, wzruszają, w związku z tym przyznaję, że są raczej melancholijne, ale nie przygnębiające.

Taka właśnie jest na co dzień Dorota Miśkiewicz? Nostalgiczna, pełna przemyśleń, melancholijna?
Ja jestem różna. Chyba jak każdy człowiek mam chwile wesołości i chwile smutku. Płyty, które nagrywałam do tej pory były lżejsze, raczej wesołe. Tym razem nie bałam się smutniejszej nuty i posłużyłam się piosenkami, które są cichsze. W przypadku ballad wszystko odbywa się w nieco innej dynamice. Jest to dla mnie komfortowe, ponieważ mogę operować niuansami. Gdyby grał bas i perkusja, to niuansów byłoby mniej, bo trzeba by śpiewać tak, żeby się przebić przez głośny wolumen, który stałby za mną. A tak mogę operować wdechami i wydechami, dynamiką i westchnieniem. To wszystko słychać, to dociera, bo jest wystarczająco cicho.

A inspiracje wokalne? Ewa Bem?
Tak, była moją inspiracją na długo przed tym, jak zaczęłam z nią pracować. Swego czasu była jedną z nielicznych wokalistek, które jazz śpiewały bardzo stylowo, i do tego po polsku. Język polski brzmiał dobrze, pasował do idiomu jazzowego. Znałam jej mnóstwo wykonań. Na Piano.pl jest kilka utworów, które śpiewała Ewa Bem: „Sprzedaj mnie wiatrowi”, „Spokojne życie”, „Gram o wszystko”. Zawsze lubiłam jej słuchać, byłam i do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem jej niezwykłej charyzmy scenicznej i zupełnie unikalnego głosu.

Poruszyła Pani ciekawy wątek. Młodzi wokaliści często uciekają od polskiego, wybierając angielski. Dlaczego?
Język jest o tyle łatwiejszy do śpiewania, o ile więcej zawiera samogłosek. Poza tym może być tak, że wszyscy mają nadzieję na zrobienie kariery zagranicą, stąd wybierają język angielski. Za angielskim można się też trochę schować. Jako że jest to język obcy, to treści nie docierają aż tak bardzo. Myślę tutaj o emocjach, o treściach, które wyrażamy, a nawet i o brakach technicznych. Może się wydawać, że bardziej wypada być niechlujnym w angielskim niż w polskim. Kiedy śpiewając po angielsku pomylimy się, to być może nie wszyscy zauważą, a jak śpiewamy po polsku, to już wszyscy. Angielski może się więc wydawać bezpieczniejszy.

Uczyła się Pani, jak poprawnie śpiewać po polsku?
Na lekcje nauki wymowy języka polskiego zapisałam się już jako dorosła i śpiewająca osoba . Recytowałam, pisałam fonetycznie. Zakochałam się w tej nauce. Uważam, że w szkole fonetyka i nauka wymowy powinna być obowiązkowa dla każdego. Poza tym sposób wypowiadania się świadczy o nas. Mam wrażenie, że tej nauki jest za mało nawet w świecie wokalnym. W pewnym momencie bardzo staranna dykcja i dokładność w śpiewaniu przestała być dla mnie przeszkodą, a zaczęła być inspiracją. Kocham język polski z tym całym jego szeleszczeniem. Jest dźwiękonaśladowczy, co według mnie jest bardzo muzyczne i rytmiczne. Śpiewanie po polsku po prostu bardzo mi się spodobało. A do tego nie mam idealnego akcentu angielskiego. Nie ma co się oszukiwać - język polski jest moim językiem, więc trzeba było nauczyć się śpiewać po polsku. Zatem się nauczyłam i teraz bardzo to lubię.

Piano.pl to najbardziej ambitny projekt w całej Pani karierze? Najtrudniejszy w realizacji?
Tak. Na pewno jest to też projekt najgłębszy. Czuję, że jest bardzo wartościowy, co mówię nie chwaląc siebie, lecz wszystkich wykonawców, którzy to sprawili - pianistów i ich przepiękne aranżacie do piosenek, które im powierzyłam. I oczywiście same piosenki.

Koncert Piano.pl w niedzielę, 17 grudnia, o godz. 19. w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu.

Rozmawiał Błażej Organisty

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gość

Szczur zasrany przyciągnął długi

B
Bartek

Tam już go i tak jest więcej niż we Wrocławiu

O
Otwieracz do sloików

Można zamknąć ten smog do słoików i niech słoiki wywiozą go sobie na wieś.

s
smog smog smog

Owszem, bardzo podobnie śmierdzi i dusi.

s
smog smog smog

Owszem, bardzo podobnie śmierdzi i dusi.

Dodaj ogłoszenie