"Cztery zakręty" Piotra Olkowicza. Największy zakręt weekendu [FELIETON]

Piotr Olkowicz
Obrazek, do którego kibice żużla już dawno mogli się przyzwyczaić - rywalizacja Bartosza Zmarzlika z Maciejem Janowskim...
Obrazek, do którego kibice żużla już dawno mogli się przyzwyczaić - rywalizacja Bartosza Zmarzlika z Maciejem Janowskim... SłAwomir Kowalski / Polska Press
Udostępnij:
Miniony żużlowy weekend zapisze się w pamięci jako utwierdzający kibiców w przekonaniu, że w speedway’u nie ma rzeczy, które z całą pewnością możemy wykluczyć. Ani przewidzieć. Tym razem wydarzeniem niedzieli okazał się kolosalny błąd Krzysztofa Meyze, rozjemcy pojedynku leszczyńskiej Unii z toruńskimi „Aniołami”.

W prostej wydawałoby się do zinterpretowania sytuacji w biegu 13. zapadła decyzja, jaka kładzie się cieniem, na ostatniej dekadzie doskonałego żużlowego „gwizdania” arbitra. W ostatnich latach to właśnie Meyze był najbardziej przewidywalny, sędziując na stałym wysokim poziomie, będąc najczęściej wyznaczanym do prestiżowych meczów, w tym finałów PGE Ekstraligi oraz spotkań o podwyższonym ciężarze gatunkowym.

Tym bardziej trudno dociec, co dokładnie spowodowało, że w momencie, kiedy miejscowy Piotr Pawlicki wjechał na łuku przy parku maszyn ostro, prostym motocyklem pod Patryka Dudka z ekipy przyjezdnej i zaczął go wieść konsekwentnie w stronę płotu, sędzia wpędził się w niewłaściwy tok rozumowania. Dudek dzięki swym nietuzinkowym umiejętnościom technicznym uratował się wyhamowując w ekwilibrystyczny sposób na grubo nasypanej nawierzchni pod ogrodzeniem, by za moment przejeżdżając pod wieżyczką sędziowską dosadnie wyrazić swe niezadowolenie z zachowania rywala.

Bieg został przerwany i kiedy wydawało się, że wielokrotne oglądanie powtórek telewizyjnych może zakończyć się ukaraniem młodszego z braci Pawlickich żółtą kartką, zapłonęła biała lampa sygnalizująca wykluczenia. To oznaczało ni mniej, ni więcej, że Bogu ducha winny Dudek, w trakcie powtórki wyścigu będzie mógł Bogu podziękować, że nie jedzie aktualnie w karetce do miejscowego szpitala.

Sytuacja z gatunku najbardziej rozstrajających psychikę miała swój dalszy ciąg w biegu następnym. Rozżalony Dudek popełnił błąd prawie w tym samym miejscu, gdzie chwilę wcześniej uratował się przez kontuzją, blokując swego partnera Pawła Przedpełskiego, dał szansę, jaką wykorzystał atakujący „po krawężniku” Australijczyk Jaimon Lidsey. Drugie z rzędu podwójne zwycięstwo i wygrany cały mecz dla Unii, przez większość którego to goście utrzymywali dosyć skutecznie około czteropunktową przewagę.

Burza wywołana przez jeden błąd sędziowski, będzie zajmowała żużlową opinię publiczną przez najbliższe tygodnie, choć oby nie tak długo, jak weryfikacja świątecznego spotkania Unii Leszno ze Stalą Gorzów. Wtedy na decyzję, która powinna zapaść w ciągu 48 godzin czekaliśmy długie 24 dni! Tym razem szykuje się popis kreatywności jurydycznej. Otóż jednym z pomysłów na gorąco ze strony Apatora jest złożenie odwołania o uznanie meczu za zakończony po 12. biegu, czyli zwycięstwo torunian 37:35. Uzasadnienie? Wypaczenie sensu sportowej rywalizacji w związku z wydarzeniami od biegu 13. i dalej. Przejdzie? Chyba niekoniecznie, choć puszka Pandory została uchylona w związku ze wzmiankowanym przypadkiem świątecznym. Pamiętać jednak należy, że błąd arbitra tamtego spotkania Artura Kuśmierza, był błędem regulaminowym, tj. związanym z niewłaściwą interpretacją regulaminu. Dziś mamy do czynienia z błędem ludzkim, jakim jest niewłaściwa ocena zdarzeń na torze.

Gdyby Krzysztof Meyze miał ponieść konsekwencje polegające na zawieszeniu, PGE Ekstraliga zdaje się mieć klęskę nieurodzaju. Przed tym weekendem do prowadzenia meczów najwyższej klasy rozgrywkowej, ze względu na kompetencje i doświadczenie, dopuszczonych było (po zawieszeniu Kuśmierza) tylko czterech arbitrów!

Krzysztof Meyze doświadczył zaraz po meczu wielu symptomów związanych z leszczyńskimi emocjami. W poniedziałek odchorowywał. W swym macierzystym zakładzie pracy wziął dzień urlopu na żądanie. Internet wyłączył. Telefony odbiera tylko te na żużlowej drodze służbowej. Zapewne doszedł już do wniosku, że dziś podjąłby inną decyzję.

Sędziego Meyze zwyczajnie po ludzku trochę mi szkoda. Doceniałem i doceniam jego klasę i umiejętności właściwego interpretowania wydarzeń na żużlowych owalach. Tym razem coś zawiodło, coś go rozproszyło. Ale pamiętajmy, że nie myli się tylko ten, co nic nie robi.

Mieliśmy nawet kiedyś wspólny przypadek pewnego niedopatrzenia. Lipiec 2015, mecz Falubaz Zielona Góra – Sparta Wrocław. Podczas 11. biegu będący na gościnnych występach kibice piłkarscy tak się rozhulali w walkach o zawieszone na płotach flagi klubowe, że niektórzy z nich podczas wyścigu znaleźli się na torze. Na szczęście blisko bandy i na szczęście nikt nie ucierpiał. Świadkowie twierdzili, że po zjeździe do parku maszyn zwycięzca biegu Darcy Ward miał oczy wielkości pięciozłotówek. O podobnych odczuciach wspominali również inni uczestnicy tej gonitwy Piotr Protasiewicz i śp. Tomasz Jędrzejak. Dlaczego o tym wspominam? Komentowałem te zawody zasiadając na wieżyczce kilka metrów obok sędziego, ale… o intruzach na torze dowiedziałem się dopiero po zawodach. Podobnie, jak sędzia. W śledzeniu wydarzeń zmysły są bowiem tak skupione, że przy migających w oczach banerach reklamowych i śledzeniu czwórki zawodników pędzących ponad 100 km/h pewne rzeczy można po prostu przegapić. Powtórki telewizyjne patologicznych czynów również nie wychwyciły.

W środowisku pojawiają się opinie złośliwców, że takie kontrowersyjne wydarzenia, jak chociażby to z sędziowaniem w Lesznie są na rękę włodarzom Ekstraligi, bowiem swym sensacyjnym wydźwiękiem przykrywają słabości tegorocznego sezonu. Ligowa rywalizacja była przewidywalna już pół roku temu, a teraz przed półmetkiem jest rozstrzygnięta, jeśli chodzi o szcześciozespołowe play-offy. Czerwona latarnia Ostrovia Ostrów Wielkopolski będzie miała duży problem ze zdobyciem choćby jednego oczka, zaś GKM-owi Grudziądź animuszu wystarczyło na dwie pierwsze kolejki, zdobycie czterech punktów i spokojne czekanie na zakończenie sezonu. Zajęcie siódmego miejsce w lidze od kilku sezonów nie jest bowiem zagrożone barażami z drugą ekipą pierwszej dywizji.

Grudziądz pojechał katastrofalnie w wyjazdowym starciu z Włókniarzem Częstochowa. Ten pogrom uwidocznił jedynie, jak wiele znaczy dla ekipy „Gołębi” duński weteran Nicki Pedersen. W środę podczas meczu ligi duńskiej w Slangerup zaliczył takiego „dzwona” po którym każdy normalny człowiek marzyłby o przeniesieniu po dwóch dniach z oddziału intensywnej terapii na ortopedię. Tymczasem Nicki, nazywany przez kibiców pieszczotliwie Dzikiem po dwóch dniach rozpoczął w domu rehabilitację! Rehabilitację, która ma mu pozwolić na udział w najbliższym spotkaniu ligowym z Unią Leszno, uwaga – już 5. czerwca!

Wtedy będzie miał okazję zmierzyć się na owalu z jedną z rewelacji tego sezonu Januszem Kołodziejem. Dwa zdania o najjaśniejszych postaciach weekendu też się należą, żeby nie było tylko i wyłącznie pesymistycznie. „Janek” potrafi na „Smoczyku” w Lesznie pięknie się napędzać i był we wzmiankowanym meczu gwiazdą z innego wymiaru, tylko raz, gdy wynik był rozstrzygnięty, został przywieziony za plecami przez Brytyjczyka Roberta Lamberta.

Imponujące występy w niedzielnym hicie Sparta Wrocław – Stal Gorzów zaliczyli odpowiednio Maciej Janowski i Bartosz Zmarzlik. „Magic” ku uciesze miejscowej widowni ciągnął wynik, zaś Bartek poza trzymaniem miejscowych za gardło robił jeszcze show! Przegrane starty Zmarzlika – to jest to, na co wytrawny fan speedway’a po prostu czeka. Jego jazda na dystansie i wyprzedzanie rywali to był prawdziwy rarytas.

W pojedynkach Zmarzlik-Janowski było 2:1 dla naszego dwukrotnego mistrza świata, ale trzymające do końca w napięciu zawody wygrali jednak miejscowi. Choć przyjezdni przegrali to na własne życzenie. W biegu 5. miejscowe bożyszcze, Brytyjczyk Tai Woffinden podciął Patrika Hansena ze Stali. Poobcierany Duńczyk nie pojawił się w kolejnych biegach na torze, ale nie dlatego, iż specjalnie cierpiał. Nie miał po prostu na czym jechać, bowiem jego drugi motocykl nie nadawał się na taki tor, jak na Olimpijskim. Zastępujący Duńczyka Wiktor Jasiński tym razem furory nie zrobił i Stal wyjechała z Wrocławia na tarczy. Może następnym razem wrócą tu z większą ilością zapasowych motocykli.

Zaczęliśmy od przypadku sędziego Meyze, choć i kilku jego kolegów, zarówno na poziomie ekstraligowym, jak i niższych, nie ustrzegło się mniejszych lub większych wpadek. Wniosek jest prosty. Sędziowie żużlowi potrzebują spokoju, wsparcia, ale i nauki, a przede wszystkim pokory. Trzymajmy za nich kciuki. Chodzi o to, żeby w polskim żużlu miał kto sędziować.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Tata w klatce stawia córkę na nogi. To niesamowita historia.

Wideo

Materiał oryginalny: "Cztery zakręty" Piotra Olkowicza. Największy zakręt weekendu [FELIETON] - Sportowy24

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie