Czas to pieniądz. Nikt nie potrafi go liczyć tak jak polska służba zdrowia

Agata Grzelińska
Agata Grzelińska
Agata Grzelińska Tomasz Hołod
Udostępnij:
O tym, że poczucie czasu jest sprawą względną, wie każdy. Przecież co roku zaskakuje nas zbyt szybki i powiedzmy to jasno: brutalny koniec urlopu. Nieludzko szybko mijają minuty, gdy spieszymy się na tramwaj, pociąg, samolot albo ważne spotkanie biznesowe. Co jakiś czas dla odmiany doświadczamy też tego, jak strasznie godziny potrafią się wlec w piątek od południa albo podczas wizyty niechcianego gościa. Tyle o emocjonalnym pojmowaniu czasu. Subiektywne, podszyte emocjami odczucie to jedno, a obiektywne wyliczenia i organizacja pracy to drugie. Lekcja - ciekawa czy nudna - trwa zawsze 45 minut. Na podróż pociągiem Pendolino z Wrocławia Głównego do Warszawy Centralnej potrzebujemy niecałych 4 godzin. Są więc - jak widać - czynności, zjawiska, zadania bądź przedsięwzięcia, które da się realnie wyliczyć i zaplanować. I to jest właśnie słowo, magiczne słowo, o którym dziś myślę: „realnie”.

O dziwnym i po prostu nierealnym pojmowaniu czasu przez polski system służby zdrowia słyszymy ostatnio nader często. Niedawno też miałam okazję przekonać się o tym osobliwym zjawisku na własnej skórze. Na szczęście tym razem nie chodziło o ratujące życie złote minuty ani o ponadludzki wysiłek, czytaj: siódmy dzień dyżuru z rzędu, który przyszło pełnić mojej pani doktor. Tym razem chodziło tylko, i aż, o organizację pracy, co jak się domyślam, ma związek z pieniędzmi. Tymi z NFZ, bo wizyta nie była prywatna. Otóż niech sobie Państwo wyobrażą taki oto obrazek: jedna z większych wrocławskich przychodni, z tych fajniejszych, co to i nie czeka się za długo, o ile nie idzie się do endokrynologa. W tej przychodni poradnia alergologiczna, oblegana, bo - jak wiadomo - alergie wszelkiej maści to dziś plaga. No i godziny wizyt, na które rejestrowani są pacjenci. Mam być o godzinie 15. Pierwsza wizyta, czyli wywiad lekarski, może jakieś testy czy inne badanie. Będzie dobrze, jak uda się wyjść z przychodni po godzinie czy dwóch. Przezornie jestem jakieś 20 minut przed czasem. Jest już też kilku pacjentów, ktoś na 15.35, ktoś na 16. Wcześnie? „Trochę, ale taki dojazd spoza Wrocławia” - tłumaczy miła, starsza pani. Tak sobie gawędzimy do chwili, gdy nadchodzi uśmiechnięty pan, który pyta: „Kto z państwa na 15? Bo ja na 15.05.”

Odpowiadam, że ja i myślę: „Pięć minut?! Aż pięć minut?! Jezu! Pięć minut?! Co można powiedzieć lekarzowi, którego widzi się pierwszy raz w pięć minut?! Gorzej, co może mi w pięć minut powiedzieć lekarz, który widzi mnie pierwszy raz?!” Rozterka: czekać i wejść na te pięć minut, czy odpuścić sobie od razu? No, ale nic, czekam, nagle widzę na drzwiach gabinetu zdanie, które nieco mnie uspokaja. Otóż napisano, że godziny podane w rejestracji są umowne, bo wizyta może trwać od 10 minut do godziny. Może jednak zaczekać? Widząc chyba moją skonfundowaną minę, pan z uśmiechem wyjaśnia, że na 5 minut to idzie na przykład on. Jest w trakcie odczulania i potrzebuje tylko, by pani doktor podała dawkę szczepionki. Dodaje, że pierwsza wizyta trwa dłużej. Wybija 15, wchodzę, pani doktor wypytuje rzetelnie, słucha, nie liczy czasu, zleca testy, jakieś badania i każe z nimi wrócić. Gdy wracam do niej przed godz. 18, widzę, że w kolejce wciąż czeka pani zarejestrowana na 15.45.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie