Chuligani demolują Wrocław. Na usuwanie szkód idą miliony

Jerzy Wójcik
W 2008 r. usunięto za 150 tys. zł graffiti z 1700 obiektów
W 2008 r. usunięto za 150 tys. zł graffiti z 1700 obiektów Tomasz Hołod
Udostępnij:
Milion złotych rocznie wydajemy przez wandali. Za te pieniądze można odnowić dwie kamienice.

Ponad 100 tys. zł miesięcznie wydają dwie miejskie spółki, odpowiedzialne za usuwanie szkód we Wrocławiu. Zarząd Dróg i Utrzymania Miasta oraz Zarząd Zieleni Miejskiej muszą naprawiać wiaty przystanków, ławki, urządzenia na placach zabaw, sadzić od nowa drzewka. Jednak najpopularniejszym celem ataków wciąż pozostaje pomnik Fredry w Rynku.

Już drugi raz w tym roku za-atakowali go wandale. Dwa dni temu 23-letni wrocławianin próbował ukraść pióro hrabiego. Nie udało mu się i natychmiast trafił w ręce straży miejskiej. Podobnie jak kompletnie pijany 32-letni mieszkaniec Wyszkowa, który niespełna dwa tygodnie temu również postanowił okraść Fredrę z pióra.

Amatorów na narzędzie pracy hrabiego jest więcej.
- Mam w zapasie pięć piór dla hrabiego - tłumaczy Piotr Wanat, konserwator zabytków z Wrocławia, który zawarł umowę ze ZDiUM-em na opiekę nad pomnikiem. - Trzeba być przygotowanym, bo rocznie dostarczam ich nawet 12. I wyjaśnia, że młodzież najczęściej rzuca się w ramiona hrabiego pod wpływem alkoholu, a zbieracze złomu węszą wielki interes, myśląc, że pióro jest zrobione z brązu.
- To z brązu od dawna znajduje się w muzeum - śmieje się Wanat. - Moja kopia, choć wiernie oddaje kształt, wykonana jest z plastiku - dodaje.

Ostatnio nieco więcej spokoju od Fredry ma szermierz stojący przed gmachem głównym Uniwersytetu Wrocławskiego. Być może dlatego, że dla studentów to okres egzaminów. Jednak strach pomyśleć, co się stanie, gdy zaczną świętować ich wyniki.

Ale nawet gdy studenci się uczą, w mieście nie brakuje ludzi, którzy bezmyślnie niszczą, co popadnie.
- Rocznie wydajemy około 500 tys. zł na naprawy, których nie musielibyśmy wykonywać, gdyby nie ludzka bezmyślność - przyznaje ze smutkiem Mieczysław Popławski, dyrektor Zarządu Zieleni Miejskiej. - Jeżdżenie na rolkach po pomnikach, łamanie całych szpalerów drzewek czy rozbijanie kloszy latarni dla zabawy to, niestety, wrocławska codzienność - dodaje Popławski.

Taką wyliczankę prezentują też pracownicy ZDiUM-u. Naprawa wiat przystankowych i tabliczek z rozkładami jazdy za ponad 200 tys. zł, blisko dwa tys. miejsc, z których usuwano różne bohomazy za ponad 150 tys. zł, czy ponad 300 wybitych szyb, których wymiana kosztowała blisko 200 tys. zł, to bilans 2008 roku, w którym wydano blisko 600 tys. zł na naprawę zniszczeń wyrządzonych przez wandali.
Początek tego roku pokazuje, że nie jest lepiej. Tylko do połowy lutego wydano ponad 50 tys. zł na prace, których wcale nie trzeba było wykonywać.
- Jesteśmy w kontakcie ze strażą miejską, ale nie możemy wymagać, by mundurowi cały czas stali w najbardziej zagrożonych wandalizmem miejscach - rozkłada ręce Krzysztof Kubicki ze ZDiUM-u. Przypomina też, że koszt remontów rozkłada się na wszystkich mieszkańców.

Dyrektor Popławski twierdzi, że rozum wandalowi wraca, gdy staje on przed sądem.
- Wtedy przychodzą rodzice i deklarują, że wszystko naprawią - wyjaśnia Popławski. Dodaje, że niestety takich przypadków jest góra 10 rocznie. Bo mimo starań policji i straży miejskiej sprawców wielu zniszczeń nie udaje się złapać.

- Niszczenie różnych urządzeń użyteczności publicznej to jeden z najpoważniejszych problemów - przyznaje Sławomir Chełchowski, rzecznik straży miejskiej. - Nie ma dnia, żeby strażnicy nie łapali kogoś na gorącym uczynku - dodaje.

W zeszłym roku straż miejska interweniowała ponad 4 tys. razy. W połowie przypadków wystawiono mandaty - od 100 do 500 zł. Blisko 2 tys. spraw trafiło do sądów. Co robić z wandalami?
- Karać, i to surowo - twierdzi prof. Jan Maciejewski z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. - Ale magistrat powinien wziąć się także za uczniów podstawówek i gimnazjów - dodaje profesor.

Jego zdaniem, mogłyby pomóc lekcje z wychowania obywatelskiego. Naukowiec twierdzi, że jeśli młodym ludziom przetłumaczy się, że miejskie nie znaczy niczyje, jest większa szansa, że uszanują to, gdy dorosną.
A dzięki temu moglibyśmy mieć więcej pieniędzy na przykład na remonty. Za milion złotych można wyremontować dwie kamienice, zbudować od podstaw 5-6 placów zabaw czy załatać ponad dwa tysiące dziur w drogach po zimie.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kytutr
Niewychowanych wychowywać, niereformowalnych łapać i karać. Prosta recepta, prawda? Szkoda tylko, że trudna w realizacji - przyłapanie kogoś na gorącym uczynku jest sprawą niełatwą, nie tylko w naszym kraju. Trudniejsza jednak jest zmiana świadomości, że nie ma czegoś takiego jak dobro niczyje.
Dodaj ogłoszenie