Bożena Karkut: Złotych medali na szyjach sobie jeszcze nie wieszamy (ROZMOWA)

Dawid Foltyniewicz
MKS Zagłębie Lubin
Triumfatorką Plebiscytu Gazety Wrocławskiej na Najlepszego Trenera 2020 Roku na Dolnym Śląsku została Bożena Karkut, która w sezonie 2019/2020 doprowadziła piłkarki ręczne Zagłębia Lubin do wicemistrzostwa Polski oraz triumfu w krajowych pucharze. – Często jest tak, że młody zawodnik jeszcze dobrze nie rozwinął się w Polsce, a już słyszy z każdej strony głosy, że powinien jak najszybciej wyjechać do zagranicznego klubu. To tylko mąci w głowach młodym ludziom – stwierdziła w rozmowie z nami.

Została Pani wybrana najlepszym trenerem w bardzo dziwnym roku – naznaczonym w głównej mierze pandemią. Jak wpłynęła ona na pracę z zespołem Zagłębia?
To był bardzo trudny czas dla głowy. Praktycznie chyba nikt na świecie nie był w stanie przewidzieć, co nas czeka. Pamiętam, że w marcu pojechaliśmy na półfinałowy mecz Pucharu Polski z Ruchem. W Chorzowie ludzie podchodzili do tego, że to chyba jakaś plotka i nie ma czym się przejmować. Stamtąd wyruszyliśmy na spotkanie do Lublina. Byliśmy w świetnej formie, wyglądało to podobnie, jak teraz. Miałyśmy wtedy passę 12 zwycięstw i jechaliśmy na Lubelszczyznę, chcąc zdobyć teren. Oficjalnych komunikatów nie było, jednak nieoficjalną drogą dowiedzieliśmy się, że lokalny wojewoda zabronił rozgrywania jakichkolwiek zawodów sportowych. Po noclegu w Lublinie wróciliśmy do domu i od tego momentu zostaliśmy od siebie oddzieleni. Po tym, jak zawieszono rozgrywki, pozostał w nas duży niedosyt i zastanawialiśmy się, jak skończyłby się tamten sezon, gdyby dograno go do końca. Pozostało czekać na decyzję czy finał Pucharu Polski się w ogóle odbędzie. Doczekaliśmy się tego we wrześniu, więc dość nietypowo zaczęliśmy nowy sezon. Medale przyszły do nas... w kopertach. To nieco odebrało w pełni sportową atmosferę. Pomimo pandemii nie zmienia się jednak to, że Lubin od dwóch dekad stoi piłką ręczną.

Nie zmienia się także to, że wciąż znajduje się Pani w ścisłej czołówce naszego plebiscytu – tym razem na samym szczycie. Satysfakcję po tego typu wyróżnieniach można jakkolwiek porównać do sukcesów osiąganych na parkiecie?
Myślę, że wszelkie plebiscyty powinno traktować się nieco z przymrużeniem oka. Jestem trenerem drużyny na poziomie krajowym, a medalu mistrzostw Polski nijak nie można porównać do krążka mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich. Bez względu na to, czy jest to poziom krajowy lub międzynarodowy, sportowcy i trenerzy wykonują równie potężną pracę. Osoby, które prowadzą klub, kadrę czy drużynę dzieci łączy jedno – poświęcenie i pasja do sportu. Oczywiście im wyższy poziom, tym większa odpowiedzialność. Na poziomie ekstraklasy czy reprezentacji oczekuje się konkretnego wyniku i często to właśnie trenerom najtrudniej to znieść. Ten plebiscyt bardzo mnie więc cieszy. Bycie docenionym jest miłe, ale każdy, który znalazł się w dziesiątce – oraz osoby, które nie zostały w niej uwzględnione – mają swoje marzenia i są pasjonatami. Ja zwykłam mówić, że ten, kto jest związany ze sportem, ma fajne życie, choć nie jest ono pozbawione stresu, zobowiązań czy publicznej krytyki. Plebiscyty to moment, gdy się o tym zapomina. W dobie pandemii nie spotkaliśmy się niestety osobiście, ale wszelkie gale uważam za świetne okazje do porozmawiania ze sportowcami, trenerami, działaczami czy sponsorami. Przede wszystkim cieszy mnie najbardziej nagroda dla drużyny roku. To przyjemne dla zawodniczek, mojej asystentki, trenerki bramkarek, masażysty, a przede wszystkim prezesa Witolda Kuleszy, który dba o to, aby nie zabrakło nam przysłowiowego mleka i miodu.

Prowadzone przez Panią Zagłębie wyraźnie przewodzi w PGNiG Superlidze Kobiet, mając sześć punktów przewagi nad KPR-em Gminy Kobierzyce i aż trzynaście nad MKS-em Perłą Lublin. Obecny zespół „Miedziowych” jest najsilniejszy od lat?
Nasze pierwsze miejsce bez wątpienia nie jest wymęczone. Głównych rywali do mistrzostwa pokonaliśmy zdecydowanie. To, co zrobiliśmy w tym sezonie z drużyną z Lublina, trzeba chyba zapisać w historii. Najprawdopodobniej nigdy jej się nie zdarzyło przegrać dwukrotnie z jednym rywalem różnicą dwunastu bramek. A przegrać u siebie i do 21. minuty nie zapisać na swoim koncie ani jednego trafienia... Nawet na poziomie juniorskim nie przypominam sobie, abym była świadkiem takiej sytuacji. Tymczasem przed sezonem mówiono w mediach, że do Lublina przychodzi najlepszy trener świata, a z samego klubu dało się słyszeć: „chcemy do Europy”. Zawsze zgrzytam zębami, gdy słyszę coś takiego. Aby grać w pucharach, najpierw trzeba być najlepszym w Polsce. Zdawałam sobie sprawę, że po drugiej stronie znajduje się Kim Rasmussen, a to on, a nie ja, wygrał kiedyś konkurs na trenera reprezentacji. Spotykałam się więc z pytaniami, czy mam mu coś do udowodnienia. Dlaczego miałabym mieć jednak do niego jakiekolwiek pretensje? On sam się nie nominował, a także chce mieć pracę i się rozwijać. Wiedziałam, że jeśli przegramy, media będą chętnie mówiły, kto z naszej dwójki jest lepszy, a kto gorszy. Kiedy wygraliśmy, wszyscy nabrali jednak wody w usta. Co do naszego zespołu, od dwóch-trzech lat budujemy drużynę opartą na mieszance rutyny z młodością. Trafiła nam się co prawda taka perełka jak Patrícia Matieli, ale chcemy budować skład oparty na uzdolnionych polskich zawodniczkach. Dysponuję bardzo mądrym zespołem – zawodniczki wiedzą, czego chcą, poza boiskiem dbają o siebie, o sposób żywienia. Ponadto szczerze cieszą się z każdej nagrody MVP swoich koleżanek z zespołu. Jestem świadoma, że jesteśmy dopiero w połowie drogi i na pewno nie wieszam nam na szyi złotych medali. Mamy jednak marzenia i umiejętności, aby na fotelu lidera znajdować się także na koniec sezonu.

Mimo wszystko można odnieść wrażenie, że woli Pani, aby o ewentualnym mistrzostwie mówić ciszej. W tym roku mija dziesięć lat od momentu, gdy Zagłębie cieszyło się z tytułu...
Trafił mi się bardzo rocznicowy rok. Dziesięć lat od mistrzostwa, dwadzieścia lat pracy w roli trenera Zagłębia, a w czerwcu przekroczę próg 60. roku życia. Lubię stawiać przed sobą i przed moimi zawodniczkami cele krótkoterminowe, z drugiej natomiast strony mierzę w najwyższe cele – bez asekuracji i mówienia „być może”. Bez celu nie wyzwala się z siebie tego, co najlepsze. Moja obecna drużyna to grupa dziewczyn, które wiedzą, czego chcą. Jeśli przegramy, są świadome, co poszło nie tak i co można poprawić. Cieszy mnie to, że są w stanie stawiać dobro zespołu wyżej niż swoje indywidualne aspiracje. A pamiętam z poprzednich lat, że po porażce niektóre zawodniczki uciekały od odpowiedzialności, szukając wymówek, np. że taktyka była nieodpowiednia.

Trudno się nie zgodzić, że w Lubinie zostawiła Pani kawał swojego życia. Obejmując zespół Zagłębia w 2000 roku, brała Pani pod uwagę, że może być to przygoda na przeszło dwie dekady?
Po pierwsze, w tamtych latach kobieta-trener to była abstrakcja. O ile się nie mylę, byłam wówczas jedyną kobietą w Polsce pełniącą tę funkcję w grach zespołowych. Po drugie, jeśli zarząd któregokolwiek klubu ulega presji mediów czy kibiców, może w krótkim czasie podjąć decyzję o zwolnieniu szkoleniowca. Chciałabym więc złożyć ukłon w kierunku poprzednich zarządów Zagłębia i obecnego prezesa Witolda Kuleszy. Nie brakowało im cierpliwości i potrafili dostrzec inne rzeczy, które decydowały o wynikach. Trener może przygotować drużynę pod względem fizycznym, psychicznym czy taktycznym, ale nie wejdzie za zawodnika na parkiet.

Pani codzienna praca to także trenowanie młodzieży w Szkole Mistrzostwa Sportowego MKS Zagłębie Lubin. Dostęp do uzdolnionej młodzieży wyróżnia wasz klub na tle innych w PGNiG Superlidze?
Nie zgodziłabym się, że ten dostęp jest tak łatwy, choć SMS uznaję za swoje „dziecko”. Długo zabiegałam o to u władz miasta i starostwa. Kiedy nasz SMS powstawał, na Dolnym Śląsku nie było ciągłości szkolenia po zakończeniu szkoły podstawowej. Wiele dzieci z małych ośrodków kończyło przygodę ze sportem, ponieważ szkoły średnie nie dostosowują planów zajęć do treningów. Moim celem było uratowanie takiej młodzieży, aby przede wszystkim zdała ona matura, ale nauczyła się także inaczej żyć. Mówię moim podopiecznym: „nie zawsze będziecie sięgać po mistrzostwa, ale ważne, abyście byli dobrymi ludźmi”. Z każdą grupą spotykam się raz w tygodniu, a trenerzy młodzieży pracują z nimi na co dzień. Chcę, aby nasi uczniowie nauczyli się dyscypliny, życia w ruchu, współpracy z innymi, umiejętności radzenia sobie z porażką. Jako klub dostępu do najlepszych nie mamy. Kiedy ktoś się wybija, jest przechwytywany przez SMS należący do Związku Piłki Ręcznej w Polsce. Moją wizją było stworzenie takich SMS w każdym województwie. Dzieci nie musiałyby dojeżdżać daleko ze swoich miejscowości i regularnie by ze sobą rywalizowały. Wtedy na pewno udałoby się wyłonić kilka utalentowanych perełek. Nasz SMS zapewnia także pracę wielu ludziom: trenerom, osobom, które są odpowiedzialne za przygotowanie hali, sprzętu, jedzenia.

Kiedy rozmawialiśmy trzy lata temu, wyznała Pani, że namawia swoje zawodniczki do studiowania, za przykład podając Kaję Załęczną. Ten trend utrzymuje się w Zagłębiu?
Tak, wspieram w tym zawodniczki, a prezes Kulesza robi to od strony finansowej. Zwykł mawiać: „dodam jeszcze nieco grosza na kredkowe”. To w głównej mierze tyczy się zawodniczek krótko po maturze. Należy mieć świadomość, że piłka ręczna prędzej czy później się kończy, a potem jest życie i trzeba sobie w nim poradzić. Kiedy jest się dobrym sportowcem, można wpaść w błędne myślenie, że wszystko otrzyma się na tacy, a wszelkie sprawunki załatwi ktoś inny. W Zagłębiu dbamy także o wartości rodzinne. Np. kiedy przychodzą święta Bożego Narodzenia, organizujemy Wigilię, śpiewamy wspólnie kolędy.

Swego czasu wspomniała Pani, że kluczem do promocji żeńskiego szczypiorniaka jest obecność w telewizji. W ostatnich latach damska piłka ręczna otrzymywała w niej tyle miejsca, na ile zasługuje?
Myślę, że wciąż jest go za mało. W 2020 roku rozgrywałyśmy tak wiele dobrych meczów, że aż można było żałować, że nie były one transmitowane. Cieszy jednak fakt, że można nas oglądać nie tylko w telewizji, ale także na portalu zobacz.tv. Wciąż pozostaje internet i gazety. Życzyłabym sobie, aby piłka ręczna otrzymywała więcej miejsca niż małe wzmianki. Jestem tradycjonalistką i lubię przejrzeć papierowe wydania czy czytać książki. Niepokoi mnie jednak to, co dzieje się w internecie, ale to chyba ogólnoświatowa tendencja. Pojawia się w nim wiele mało ważnych informacji – sporo plotek, złośliwości. Dla przykładu – nie mogłam znaleźć wyniku meczu MKS-u Perły Lublin w Pucharze Europy, w przeciwieństwie do tego, że jakiś zawodnik podpisze lub nie podpisze kontraktu. Mimo wszystko potwierdzam, że media są ogromną siłą, w końcu każdy sponsor chciałby, aby jego logo było wyeksponowane przed jak największą widownią.

Od 2019 roku PGNiG Superliga Kobiet jest w pełni zawodowymi rozgrywkami. Zawężenie stawki do ośmiu drużyn wpłynęło Pani zdaniem na podniesienie poziomu sportowego?
Myślę, że tak i ostatecznie dobrze się stało, że w lidze pozostało osiem zespołów, skoro inne nie spełniały wyznaczonych przez władze rozgrywek wymogów. Mam na myśli profesjonalne przygotowanie zawodów, ale także finansowe zabezpieczenie zawodników. Życzyłabym oczywiście całej dyscyplinie, aby większa liczba klubów była w stanie spełnić wszelkie wymagania – obecnie gramy z każdą ekipą cztery razy w sezonie. Superliga w nowej odsłonie to według mnie potrzebny projekt. Cała oprawa medialna sprawia, że zawodniczki mogą poczuć, że biorą udział w czymś ważnym. Wychodzę z założenia, że ludzie żyjący sportem podświadomie właśnie czegoś takiego pragną. Sam poziom sportowy nie jest natomiast uzależniony od tego, czy ta liga jest zawodowa, czy nie. Wpływ na to ma wiele kwestii, dużą rolę odgrywają w tym wszystkim także i media. Często jest tak, że młody zawodnik jeszcze dobrze nie rozwinął się w Polsce, a już słyszy z każdej strony głosy, że powinien jak najszybciej wyjechać do zagranicznego klubu. To tylko mąci w głowach młodym ludziom. Często bierze mnie śmiech, gdy słucham relacji telewizyjnych. Podczas tej samej transmisji da się słyszeć narzekania na poziom polskiej ligi, by kilkanaście minut później dowiedzieć się, że dana zawodniczka popisała się zagraniem niczym pani profesor. Sama jako zawodniczka grałam poza Polską i wiem, jak to funkcjonuje. Zagraniczne kluby nie kupują zawodników po to, aby u nich się rozwijali. Oczekują natomiast, że otrzymają gotowy produkt, z którego będą mogli od samego początku korzystać. Wyjazd na Zachód w odpowiednim czasie może dać jednak sporo doświadczenia, poznania na własnej skórze, że gwiazdorzy piłki ręcznej to ludzie tacy sami jak my. Dzięki temu zawodnika raczej nie dopadnie trema, gdy z utytułowanym rywalem spotka się podczas meczów reprezentacji.

Boniek z kolejnym wyzwaniem

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie