Będę tak traktować jeńców, jak sam chciałbym być traktowany, gdybym trafił do niewoli

Maciej Sas
Maciej Sas
Gustav Simoleit uczestniczył w zlocie jeńców Stalagu Luft 3 w Dayton (USA) w 1965 roku. Na zdjęciu od lewej: Richard Schrupp – lotnik amerykański pochodzenia niemieckiego, tłumacz obozowy w sektorze południowym; Harry ‘Wings’ Day – uczestnik Wielkiej Ucieczki, Gustav Simoleit, Richard Klocko – pilot P-39 Aircobra, jeniec w sektorze południowym.
Gustav Simoleit uczestniczył w zlocie jeńców Stalagu Luft 3 w Dayton (USA) w 1965 roku. Na zdjęciu od lewej: Richard Schrupp – lotnik amerykański pochodzenia niemieckiego, tłumacz obozowy w sektorze południowym; Harry ‘Wings’ Day – uczestnik Wielkiej Ucieczki, Gustav Simoleit, Richard Klocko – pilot P-39 Aircobra, jeniec w sektorze południowym. Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu
Ból, niewysłowione cierpienia, niezwykłe okrucieństwo i wszechobecna śmierć. II wojna światowa to jeden z najdramatyczniejszych okresów w historii ludzkości. Na tym większe uznanie zasługują ludzie, którzy nawet wtedy potrafili okazać szacunek wrogowi. Jednym z takich niezwykłych przykładów są pułkownik Friedrich Lindeiner, komendant Stalagu Luft 3 w dolnośląskim wtedy Żaganiu, i alianccy lotnicy, którzy spędzili tam kilka lat.

Urodzony w 1880 roku w Glatz, czyli w dzisiejszym Kłodzku, pułkownik Lindeiner od samego początku był związany z wojskiem. Jego kariera wojskowa przebiegała bardzo szybko. Uczestniczył w działaniach I wojny światowej, w czasie których kilkukrotnie został ranny.
Po zakończeniu wojny przeprowadził się do Holandii i zajął się szeroko pojętym biznesem. Ze względu na znajomość kilku języków obcych podróżował – bywał w Stanach Zjednoczonych i w całej Europie Zachodniej. W 1938 roku został ponownie powołany do wojska – tym razem do Luftwaffe, czyli niemieckich sił powietrznych. W początkowej fazie II wojny światowej Lindeiner był jednym z najbliższych współpracowników Hermanna Göringa; został m.in. członkiem sztabu Luftwaffe. Odpowiadał za sytuację w Wielkiej Brytanii, zajmując się analizą poczynań RAF-u, czyli lotnictwa brytyjskiego i sporządzał związane z tym raporty.

Obóz jeniecki dla oficerów lotnictwa alianckiego
Niestety, raporty Lindeinera nie zawsze spełniały oczekiwania najwyższych władz. Pułkownik zaczął się stopniowo wycofywać z pracy w sztabie generalnym. Ostatecznie został przeniesiony do ambasady niemieckiej w Lizbonie, a potem (w 1942 roku) został komendantem Stalagu Luft 3 w dolnośląskim Żaganiu, nowo powstałym obozie dla lotników alianckich.
Zgodnie z Konwencją Genewską podpisaną przez Niemcy hitlerowskie na terenie III Rzeszy tuż przed wybuchem II wojny światowej powstawała sieć obozów jenieckich. To wymuszała właśnie Konwencja, która wyraźnie precyzowała, w jaki sposób należy traktować jeńców wojennych. Armia niemiecka, czyli Wehrmacht, zbudowała całą sieć stalagów i oflagów przeznaczonych dla żołnierzy wojsk lądowych. Dodatkowo Luftwaffe, czyli lotnictwo niemieckie, stworzyło swoją odrębną sieć obozów przeznaczonych wyłącznie dla zestrzelonych lotników. Jeden z nich powstał w 1942 roku w Żaganiu na Dolnym Śląsku, ówczesnym Sagan.
Był to obóz oficerski przeznaczony dla oficerów lotnictwa alianckiego, w którym w styczniu 1945 roku przebywało ponad 10 tysięcy lotników. Idea takich obozów była pomysłem Hermanna Göringa, który sam będąc pilotem w czasie I wojny światowej, chciał mieć lotników w swoich obozach. Stąd pomysł stworzenia obozów jenieckich wyłącznie dla pilotów, lotników alianckich zestrzelonych nad Europą.

Idea takich obozów była pomysłem Hermanna Göringa, który sam będąc pilotem w czasie I wojny światowej, chciał mieć lotników w swoich obozach. Stąd pomysł stworzenia obozów jenieckich wyłącznie dla pilotów, lotników alianckich zestrzelonych nad Europą.

Tak każe Konwencja Genewska!
Zgodnie z Konwencją Genewską w obozach jenieckich powinny być zaspokajane potrzeby intelektualne i duchowe jeńców wojennych, dlatego Czerwony Krzyż i YMCA (Stowarzyszenie Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej) dosyłały do obozów sprzęt sportowy, książki, przeróżnego rodzaju gry i zabawy, gramofony czy płyty.
Na miejscu kwitło życie kulturalne, funkcjonowały m.in. teatry obozowe. W każdym obozie istniało też boisko sportowe. Były przeprowadzane różnego rodzaju rozgrywki, więc życie jeńców rzeczywiście było – można powiedzieć – znośne jak na warunki wojenne.
Jeńcy cieszyli się tam sporą swobodą – obozy były w zasadzie zarządzane przez nich samych. Każdym sektorem dowodził tak zwany starszy obozowy, którym zwykle był jeniec w randze pułkownika. Poza tym każdy barak miał swojego dowódcę, a w nim każdy pokój – swojego. W obozie obowiązywała hierarchia stricte wojskowa.
Niemcy niespecjalnie ingerowali w życie wewnętrzne. W sytuacjach, w których pojawiało się podejrzenie, że są organizowane jakieś ucieczki, że są kopane tunele, baraki były kontrolowane, a pokoje – starannie sprawdzane. Natomiast generalnie sektorem zarządzali sami jeńcy.

Dać ludziom to, do czego mają prawo
Pod koniec 1944 roku w Stalagu Luft 3 więzionych było ponad 10 tysięcy lotników. Obóz podzielono na sektory. W sektorze północnym, zwanym brytyjskim, przebywało w tym czasie około 1500 lotników angielskich, kanadyjskich, nowozelandzkich, Polaków (było ich ponad 100), Czechów oraz innych narodowości. Było tam też prawie 7 tysięcy Amerykanów w pozostałych sektorach. W Żaganiu przebywali również lotnicy narodowości żydowskiej oraz ciemnoskórzy. W RAF-e latał jeden Chińczyk, który też trafił do obozu. Wszyscy ci żołnierze – bez względu na swoje pochodzenie, wyznanie, narodowość – byli traktowani jednakowo, bez żadnych różnic.
Obozem zarządzał pułkownik Friedrich Lindeiner, natomiast de facto głównym administratorem był jego zastępca – Gustav Simoleit, przedwojenny profesor pedagogiki, historii, geografii i etnologii w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Lęborku. To człowiek wykształcony, który mówił płynnie w kilku językach. Obydwaj panowie – i Lindeiner, i Simoleit – rzeczywiście stworzyli tutaj godziwe warunki życia, pomimo panującej na zewnątrz okrutnej wojny.
Jednym z niezbywalnych praw jeńców było to do otrzymywania korespondencji – do wysyłania listów do rodziny i odbierania tych z domu. Oczywiście cała korespondencja podlegała cenzurze. W pewnym momencie pojawił się jednak problem z jeńcami polskimi, bo po prostu nie było polskiego cenzora. Jak go rozwiązać? Na pomysł wpadł major Simoleit, zastępca komendanta, który znał język polski, więc zgłosił się na ochotnika do cenzurowania listów. Dzięki niemu Polacy zaczęli otrzymywać korespondencję z domu.
Podobny problem dotyczył lotników z ówczesnej Czechosłowacji. I tutaj również ukłony należą się Gustawowi Simoleitowi, który co prawda nie znał języka czeskiego, ale zaopatrzył się w podręcznik gramatyki czeskiej, słownik i zaczął cenzurować korespondencję dla lotników czechosłowackich.

Jednym z niezbywalnych praw jeńców było to do otrzymywania korespondencji – do wysyłania listów do rodziny i odbierania tych z domu. Oczywiście cała korespondencja podlegała cenzurze. W pewnym momencie pojawił się jednak problem z j

Ćwiczenia WOT w pasie przygranicznym z Białorusią

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

i
i.
1 września, 23:46, Jeszcze będzie przepięknie:

W każdej sytuacji można i należy zachować się przyzwoicie.

Oczywiście, b. łatwo pisze się takie słowa, siedząc najedzonym bezpiecznie i wygodnie przed ekranem gamingowego komputera w ergonomicznym fotelu w ciepłym mieszkaniu z kubkiem zielonej herbaty w ręku. Niemniej, jak pokazuje opisana na łamach brukowca 'wrocławska' historia, na przekór wszystkiemu - można zachować się przyzwoicie.

To był straszny czas, IIWŚ. Głód, bieda, mord, pożoga, terror, masowe zbrodnie, upadek człowieczeństwa i wszelkich zasad oraz wartości, wokół nieustanne walki zbrojne. Wszystko co najgorsze i najpodlejsze wyszło z ludzi (prawie jak teraz z wielu Polaków). Jak możemy przeczytać - nie ze wszystkich. Byli tacy, co potrafili zachować się przyzwoicie, ryzykując nie tylko pracą i/lub karierą, ale życiem swoim i swoich bliskich.

Uczmy się od takich ludzi. Każdy z nas z pewnością znajdzie obszary w których warto naśladować komendanta Friedricha Lindeinera oraz Gustawa Simoleita. Dla mnie analogia jest oczywista. Dyrektorzy polskich szkół niszczonych przez brunatno-czarne zło w osobie fanatycznego ministra edukacji o średniowiecznej mentalności, nie powinni ulec jego presji, naciskom, próbom przekupstwa w zamian za choćby dalszą wygodną i bezpieczną karierę. Nie dać się zastraszyć. Nie dać się kupić. Zachować się przyzwoicie. Jak na mądrych i rozumnych Europejczyków przystało. Pomimo groźby zwolnienia z podniesionym czołem robić wszystko, żeby nasze dzieci i młodzież wyrosła na światłych, wykształconych w duchu wartości humanistycznych, tolerancyjnych i otwartych na świat i innych ludzi obywateli.

Władza PiS, tak jak każda władza, w tym ta totalna, totalitarna, zbrodnicza, przestępcza, fanatyczna - w końcu przeminie. Jak nie w najbliższy wyborach - to w kolejnych, lub jeszcze następnych. Czy dyrektorzy szkół będą wtedy mieli odwagę spojrzeć sobie w twarz? Jak wytłumaczą swoją uległość i karność wobec nienawistnej kościelno-partyjnej machiny przemocy i populizmu? Ja tylko wykonywałem rozkazy? [czytaj: bałem się utraty dyrektorskiego stołka i związanych z tym apanaży]. Świetnie znamy to tłumaczenie, i dobrze wiemy kto i gdzie go używał.

Czasy w Polsce są trudne, ale bez przesady! Nie ma wojny, nie grozi nam egzekucja, ani tortury (w każdym razie nie na taką skalę), wyroki nadal wydają wolne sądy (choć coraz mniej wolne), wciąż są wolne media (z oczywistych względów 'wrocławska' do nich nie należy), działają liczne organizacje pozarządowe, mamy w praktyce nieograniczony dostęp do wiedzy, możliwość wyjazdu za granicę, itd.

Dziś nie trzeba aż takiego heroizmu jakim opisani zostali bohaterowie publikacji. Wystarczy po prostu zachować się przyzwoicie.

DYREKTORKI I DYREKTORZY SZKÓŁ - ODWAGI!

Slawomirze Grzywa, czy to ty???

J
Jeszcze będzie przepięknie
W każdej sytuacji można i należy zachować się przyzwoicie.

Oczywiście, b. łatwo pisze się takie słowa, siedząc najedzonym bezpiecznie i wygodnie przed ekranem gamingowego komputera w ergonomicznym fotelu w ciepłym mieszkaniu z kubkiem zielonej herbaty w ręku. Niemniej, jak pokazuje opisana na łamach brukowca 'wrocławska' historia, na przekór wszystkiemu - można zachować się przyzwoicie.

To był straszny czas, IIWŚ. Głód, bieda, mord, pożoga, terror, masowe zbrodnie, upadek człowieczeństwa i wszelkich zasad oraz wartości, wokół nieustanne walki zbrojne. Wszystko co najgorsze i najpodlejsze wyszło z ludzi (prawie jak teraz z wielu Polaków). Jak możemy przeczytać - nie ze wszystkich. Byli tacy, co potrafili zachować się przyzwoicie, ryzykując nie tylko pracą i/lub karierą, ale życiem swoim i swoich bliskich.

Uczmy się od takich ludzi. Każdy z nas z pewnością znajdzie obszary w których warto naśladować komendanta Friedricha Lindeinera oraz Gustawa Simoleita. Dla mnie analogia jest oczywista. Dyrektorzy polskich szkół niszczonych przez brunatno-czarne zło w osobie fanatycznego ministra edukacji o średniowiecznej mentalności, nie powinni ulec jego presji, naciskom, próbom przekupstwa w zamian za choćby dalszą wygodną i bezpieczną karierę. Nie dać się zastraszyć. Nie dać się kupić. Zachować się przyzwoicie. Jak na mądrych i rozumnych Europejczyków przystało. Pomimo groźby zwolnienia z podniesionym czołem robić wszystko, żeby nasze dzieci i młodzież wyrosła na światłych, wykształconych w duchu wartości humanistycznych, tolerancyjnych i otwartych na świat i innych ludzi obywateli.

Władza PiS, tak jak każda władza, w tym ta totalna, totalitarna, zbrodnicza, przestępcza, fanatyczna - w końcu przeminie. Jak nie w najbliższy wyborach - to w kolejnych, lub jeszcze następnych. Czy dyrektorzy szkół będą wtedy mieli odwagę spojrzeć sobie w twarz? Jak wytłumaczą swoją uległość i karność wobec nienawistnej kościelno-partyjnej machiny przemocy i populizmu? Ja tylko wykonywałem rozkazy? [czytaj: bałem się utraty dyrektorskiego stołka i związanych z tym apanaży]. Świetnie znamy to tłumaczenie, i dobrze wiemy kto i gdzie go używał.

Czasy w Polsce są trudne, ale bez przesady! Nie ma wojny, nie grozi nam egzekucja, ani tortury (w każdym razie nie na taką skalę), wyroki nadal wydają wolne sądy (choć coraz mniej wolne), wciąż są wolne media (z oczywistych względów 'wrocławska' do nich nie należy), działają liczne organizacje pozarządowe, mamy w praktyce nieograniczony dostęp do wiedzy, możliwość wyjazdu za granicę, itd.

Dziś nie trzeba aż takiego heroizmu jakim opisani zostali bohaterowie publikacji. Wystarczy po prostu zachować się przyzwoicie.

DYREKTORKI I DYREKTORZY SZKÓŁ - ODWAGI!
Dodaj ogłoszenie