Będę tak traktować jeńców, jak sam chciałbym być traktowany, gdybym trafił do niewoli

Maciej Sas
Maciej Sas
Gustav Simoleit uczestniczył w zlocie jeńców Stalagu Luft 3 w Dayton (USA) w 1965 roku. Na zdjęciu od lewej: Richard Schrupp – lotnik amerykański pochodzenia niemieckiego, tłumacz obozowy w sektorze południowym; Harry ‘Wings’ Day – uczestnik Wielkiej Ucieczki, Gustav Simoleit, Richard Klocko – pilot P-39 Aircobra, jeniec w sektorze południowym.
Gustav Simoleit uczestniczył w zlocie jeńców Stalagu Luft 3 w Dayton (USA) w 1965 roku. Na zdjęciu od lewej: Richard Schrupp – lotnik amerykański pochodzenia niemieckiego, tłumacz obozowy w sektorze południowym; Harry ‘Wings’ Day – uczestnik Wielkiej Ucieczki, Gustav Simoleit, Richard Klocko – pilot P-39 Aircobra, jeniec w sektorze południowym. Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu
Ból, niewysłowione cierpienia, niezwykłe okrucieństwo i wszechobecna śmierć. II wojna światowa to jeden z najdramatyczniejszych okresów w historii ludzkości. Na tym większe uznanie zasługują ludzie, którzy nawet wtedy potrafili okazać szacunek wrogowi. Jednym z takich niezwykłych przykładów są pułkownik Friedrich Lindeiner, komendant Stalagu Luft 3 w dolnośląskim wtedy Żaganiu, i alianccy lotnicy, którzy spędzili tam kilka lat.

Urodzony w 1880 roku w Glatz, czyli w dzisiejszym Kłodzku, pułkownik Lindeiner od samego początku był związany z wojskiem. Jego kariera wojskowa przebiegała bardzo szybko. Uczestniczył w działaniach I wojny światowej, w czasie których kilkukrotnie został ranny.
Po zakończeniu wojny przeprowadził się do Holandii i zajął się szeroko pojętym biznesem. Ze względu na znajomość kilku języków obcych podróżował – bywał w Stanach Zjednoczonych i w całej Europie Zachodniej. W 1938 roku został ponownie powołany do wojska – tym razem do Luftwaffe, czyli niemieckich sił powietrznych. W początkowej fazie II wojny światowej Lindeiner był jednym z najbliższych współpracowników Hermanna Göringa; został m.in. członkiem sztabu Luftwaffe. Odpowiadał za sytuację w Wielkiej Brytanii, zajmując się analizą poczynań RAF-u, czyli lotnictwa brytyjskiego i sporządzał związane z tym raporty.

Obóz jeniecki dla oficerów lotnictwa alianckiego
Niestety, raporty Lindeinera nie zawsze spełniały oczekiwania najwyższych władz. Pułkownik zaczął się stopniowo wycofywać z pracy w sztabie generalnym. Ostatecznie został przeniesiony do ambasady niemieckiej w Lizbonie, a potem (w 1942 roku) został komendantem Stalagu Luft 3 w dolnośląskim Żaganiu, nowo powstałym obozie dla lotników alianckich.
Zgodnie z Konwencją Genewską podpisaną przez Niemcy hitlerowskie na terenie III Rzeszy tuż przed wybuchem II wojny światowej powstawała sieć obozów jenieckich. To wymuszała właśnie Konwencja, która wyraźnie precyzowała, w jaki sposób należy traktować jeńców wojennych. Armia niemiecka, czyli Wehrmacht, zbudowała całą sieć stalagów i oflagów przeznaczonych dla żołnierzy wojsk lądowych. Dodatkowo Luftwaffe, czyli lotnictwo niemieckie, stworzyło swoją odrębną sieć obozów przeznaczonych wyłącznie dla zestrzelonych lotników. Jeden z nich powstał w 1942 roku w Żaganiu na Dolnym Śląsku, ówczesnym Sagan.
Był to obóz oficerski przeznaczony dla oficerów lotnictwa alianckiego, w którym w styczniu 1945 roku przebywało ponad 10 tysięcy lotników. Idea takich obozów była pomysłem Hermanna Göringa, który sam będąc pilotem w czasie I wojny światowej, chciał mieć lotników w swoich obozach. Stąd pomysł stworzenia obozów jenieckich wyłącznie dla pilotów, lotników alianckich zestrzelonych nad Europą.

Idea takich obozów była pomysłem Hermanna Göringa, który sam będąc pilotem w czasie I wojny światowej, chciał mieć lotników w swoich obozach. Stąd pomysł stworzenia obozów jenieckich wyłącznie dla pilotów, lotników alianckich zestrzelonych nad Europą.

Tak każe Konwencja Genewska!
Zgodnie z Konwencją Genewską w obozach jenieckich powinny być zaspokajane potrzeby intelektualne i duchowe jeńców wojennych, dlatego Czerwony Krzyż i YMCA (Stowarzyszenie Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej) dosyłały do obozów sprzęt sportowy, książki, przeróżnego rodzaju gry i zabawy, gramofony czy płyty.
Na miejscu kwitło życie kulturalne, funkcjonowały m.in. teatry obozowe. W każdym obozie istniało też boisko sportowe. Były przeprowadzane różnego rodzaju rozgrywki, więc życie jeńców rzeczywiście było – można powiedzieć – znośne jak na warunki wojenne.
Jeńcy cieszyli się tam sporą swobodą – obozy były w zasadzie zarządzane przez nich samych. Każdym sektorem dowodził tak zwany starszy obozowy, którym zwykle był jeniec w randze pułkownika. Poza tym każdy barak miał swojego dowódcę, a w nim każdy pokój – swojego. W obozie obowiązywała hierarchia stricte wojskowa.
Niemcy niespecjalnie ingerowali w życie wewnętrzne. W sytuacjach, w których pojawiało się podejrzenie, że są organizowane jakieś ucieczki, że są kopane tunele, baraki były kontrolowane, a pokoje – starannie sprawdzane. Natomiast generalnie sektorem zarządzali sami jeńcy.

Dać ludziom to, do czego mają prawo
Pod koniec 1944 roku w Stalagu Luft 3 więzionych było ponad 10 tysięcy lotników. Obóz podzielono na sektory. W sektorze północnym, zwanym brytyjskim, przebywało w tym czasie około 1500 lotników angielskich, kanadyjskich, nowozelandzkich, Polaków (było ich ponad 100), Czechów oraz innych narodowości. Było tam też prawie 7 tysięcy Amerykanów w pozostałych sektorach. W Żaganiu przebywali również lotnicy narodowości żydowskiej oraz ciemnoskórzy. W RAF-e latał jeden Chińczyk, który też trafił do obozu. Wszyscy ci żołnierze – bez względu na swoje pochodzenie, wyznanie, narodowość – byli traktowani jednakowo, bez żadnych różnic.
Obozem zarządzał pułkownik Friedrich Lindeiner, natomiast de facto głównym administratorem był jego zastępca – Gustav Simoleit, przedwojenny profesor pedagogiki, historii, geografii i etnologii w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Lęborku. To człowiek wykształcony, który mówił płynnie w kilku językach. Obydwaj panowie – i Lindeiner, i Simoleit – rzeczywiście stworzyli tutaj godziwe warunki życia, pomimo panującej na zewnątrz okrutnej wojny.
Jednym z niezbywalnych praw jeńców było to do otrzymywania korespondencji – do wysyłania listów do rodziny i odbierania tych z domu. Oczywiście cała korespondencja podlegała cenzurze. W pewnym momencie pojawił się jednak problem z jeńcami polskimi, bo po prostu nie było polskiego cenzora. Jak go rozwiązać? Na pomysł wpadł major Simoleit, zastępca komendanta, który znał język polski, więc zgłosił się na ochotnika do cenzurowania listów. Dzięki niemu Polacy zaczęli otrzymywać korespondencję z domu.
Podobny problem dotyczył lotników z ówczesnej Czechosłowacji. I tutaj również ukłony należą się Gustawowi Simoleitowi, który co prawda nie znał języka czeskiego, ale zaopatrzył się w podręcznik gramatyki czeskiej, słownik i zaczął cenzurować korespondencję dla lotników czechosłowackich.

Jednym z niezbywalnych praw jeńców było to do otrzymywania korespondencji – do wysyłania listów do rodziny i odbierania tych z domu. Oczywiście cała korespondencja podlegała cenzurze. W pewnym momencie pojawił się jednak problem z jeńcami polskimi, bo po prostu nie było polskiego cenzora. Jak go rozwiązać? Na pomysł wpadł major Simoleit, zastępca komendanta, który znał język polski, więc zgłosił się na ochotnika do cenzurowania listów. Dzięki niemu Polacy zaczęli otrzymywać korespondencję z domu.

Rosjanie i Żydzi traktowani po ludzku
Żagański obóz był wyjątkowy, bo pojawili się w nim nawet jeńcy radzieccy, którzy w czasie II wojny światowej byli bardzo źle traktowani w innych obozach jenieckich. Wszystko ze względu na to, że Stalin nie podpisał Konwencji Genewskiej. Uważał, że jeńcy wojenni to tchórze i zdrajcy. Pułkownik Lindeiner, dowódca Stalagu Luft 3 sprowadził do Żagania około 100 jeńców (lotników) radzieckich z likwidowanego Stalagu Luft 2 w Łodzi. Rosjanie zostali najpierw odkarmieni i wyleczeni, a następnie zakwaterowani w jednym z sektorów obozu. Komendant wykorzystywał ich jako robotników zajmujących się na terenie obozu niezbędnymi pracami gospodarczymi.
Profesor Gustav Simoleit, czyli major Gustav Simoleit, administrował bezpośrednio obozem. W zakresie jego obowiązków znajdowały się tak przykre wydarzenia, jak na przykład pogrzeby. W żagańskim obozie nie było ich wiele – na miejscowym cmentarzu odbyło się tylko 6 pochówków jenieckich. Wszystkie pogrzeby lotników odbywały się zgodnie z pełnym ceremoniałem wojskowym, a więc z asystą niemiecką, z salwą honorową, łącznie ze składaniem kwiatów przez delegacje niemieckie.
Do wyjątkowej sytuacji doszło w 1944 roku, kiedy w obozie postrzelony został jeden z jeńców pochodzenia żydowskiego. Pojawił się poważny problem: jak potraktować jego pogrzeb, tym bardziej, że dowództwo Luftwaffe generalnie zakazało już wtedy pochówków z honorami wojskowymi. Mimo tego Gustav Simoleit przeprowadził ten pogrzeb zgodnie z ceremoniałem wojskowym, bez jakichkolwiek zmian.

Ucieczka obowiązkiem
Ucieczka z obozu jenieckiego była traktowana jako obowiązek każdego żołnierza (szeregowego, podoficera czy oficera). Działo się tak tym bardziej że za próbę wydostania się z obozu nie groziła jakaś drastyczna kara. Ucieczka była traktowana jako naruszenie dyscypliny wojskowej i przewidywano za to 14 dni aresztu. Dlatego takich prób zdarzyło się wiele, choć większość była z góry skazana na niepowodzenie.
Mimo tego jeńcy uciekali. Dlaczego? Każda, nawet najmniejsza próba ucieczki z obozu była formą walki z wrogiem, miniaturową akcją dywersyjną, operacją wojskową. Najpopularniejszym sposobem wydostania się z obozu w przypadku Żagania był podkop – ze względu na piaszczysty grunt w tym regionie. W ramach słynnej Wielkiej Ucieczki, która miała miejsce w marcu 1944 roku w Żaganiu kopano aż trzy takie tunele. Wejścia do nich znajdowały się wewnątrz ceglanych fundamentów pod piecami, których repliki można zobaczyć w Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu.
W 1944 roku jeńcy wykopali 110-metrowy tunel na głębokości prawie 9 metrów, którego wejście znajdowało się pod takim właśnie piecem. Na wolność próbowano wydostać aż 200 lotników, przy czym z powodu różnych niepowodzeń w trakcie ucieczki, na wolność wydostało się jedynie 76, a tylko 3 faktycznie przedostało się przez Szwecję do Anglii. 50 uczestników Wielkiej Ucieczki na specjalny rozkaz Hitlera zostało rozstrzelanych przez Gestapo – głównie na terenie Dolnego Śląska. Natomiast 23 pojmanych uciekinierów odstawiono z powrotem do Żagania, bądź innych stalagów. Wszyscy oni szczęśliwie doczekali końca wojny.

Himmler czyha na Lindeinera
Jedną z ofiar Wielkiej Ucieczki był sam komendant obozu, pułkownik Friedrich Lindeiner, który dosłownie następnego dnia został zdjęty ze stanowiska. Władze obozowe w ogóle zostały odsunięte od sprawy, którą przejęło Gestapo. Najpierw przesłuchiwało cały personel obozowy. Komendant Lindeiner dostał zakaz opuszczania stalagu, następnie został przeniesiony do swojej rezydencji pod Żaganiem, gdzie przebywał w areszcie domowym. Ostatecznie został skazany na rok więzienia. Tak naprawdę chodziło o to, że władze nie tolerowały postawy Lindeinera, który dbał o los jeńców. Podobno sam Heinrich Himmler szukał jakiegoś haka na Lindeinera. I Wielka Ucieczka była właściwie takim wydarzeniem, które przesądziło o karierze pułkownika.

Tak naprawdę chodziło o to, że władze nie tolerowały postawy Lindeinera, który dbał o los jeńców. Podobno sam Heinrich Himmler szukał jakiegoś haka na Lindeinera. I Wielka Ucieczka była właściwie takim wydarzeniem, które przesądziło o karierze pułkownika.

Pułkownik nie dostał się ostatecznie do więzienia – dzięki znajomościom i koneksjom udało mu się stworzyć fałszywą historię choroby. Ostatecznie wylądował w szpitalu psychiatrycznym w Zgorzelcu, w którym spędził rok. Pod koniec stycznia 1945 roku został stamtąd wypisany. Wrócił do Żagania i został zastępcą komendanta obrony miasta. Po tym, jak komendant został zabity w trakcie walk, sam Lindeiner przejął jego obowiązki, został też ranny. Udało mu się wydostać z Żagania, przedostać w okolice Lipska, gdzie wylądował w szpitalu i tam doczekał nadejścia sił amerykańskich w kwietniu 1945 roku. Lindeiner sam został teraz jeńcem wojennym.

Dobro zawsze wraca
Jeniec Lindeiner spędził dwa lata w obozie jenieckim w Anglii. W 1947 roku wrócił do Niemiec w okolice Frankfurtu nad Menem. Po zakończeniu II wojny światowej wielu jeńców amerykańskich pozostawało ciągle w służbie w siłach powietrznych, a wielu z nich stacjonowało w Niemczech Zachodnich. Jeden z nich, generał Delmar Spivey, który był dowódcą jednego z sektorów amerykańskich Stalagu Luft 3, postanowił odnaleźć komendanta Friedricha Lindeinera po wojnie i zobaczyć, co się z nim dzieje. Udało mu się.
Najpierw panowie zaczęli ze sobą korespondować. Jak się okazało, pułkownik stracił wszystko: majątek, dom, żył w biedzie. Amerykanie zaczęli mu pomagać, wysyłając paczki żywnościowe i odzież. Później za jego pośrednictwem skontaktowali się też z majorem Gustawem Simoleitem, czyli zastępcą komendanta obozu i pomogli mu znaleźć pracę. Simoleit pracował na początku jako magazynier w magazynie YMCA w Bawarii, a potem właściwie stworzył system edukacyjny w tym niemieckim landzie.
Te kontakty były utrzymywane przez wiele lat. Zarówno zastępcę komendanta, jak i samego Lindeinera oraz niektórych wartowników ze Stalagu Luft 3 zapraszano na powojenne zloty byłych alianckich lotników organizowane w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Kanadzie. W ten sposób dawni jeńcy odwdzięczyli się komendantowi i jego ludziom za to, że w trakcie wojny traktowali ich po ludzku.

Amerykanie zaczęli mu pomagać, wysyłając paczki żywnościowe i odzież. Później za jego pośrednictwem skontaktowali się też z majorem Gustawem Simoleitem, czyli zastępcą komendanta obozu i pomogli mu znaleźć pracę. Simoleit pracował na początku jako magazynier w magazynie YMCA w Bawarii, a potem właściwie stworzył system edukacyjny w tym niemieckim landzie.
Te kontakty były utrzymywane przez wiele lat. Zarówno zastępcę komendanta, jak i samego Lindeinera oraz niektórych wartowników ze Stalagu Luft 3 zapraszano na powojenne zloty byłych alianckich lotników organizowane w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Kanadzie.

Bo tak było przez cała wojnę – Lindeiner szanował jeńców, ale też oni szanowali komendanta Stalagu. I traktowali go z poważaniem. To pokazuje, że nawet w tak okrutnych czasach można zachować ludzką twarz i szanować wroga swego.

Opowiedział Marek Łazarz, dyrektor Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu
Wysłuchał i opracował Maciej Sas

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

iPolitycznie - Ireneusz Zyska - skrót

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

i
i.
1 września, 23:46, Jeszcze będzie przepięknie:

W każdej sytuacji można i należy zachować się przyzwoicie.

Oczywiście, b. łatwo pisze się takie słowa, siedząc najedzonym bezpiecznie i wygodnie przed ekranem gamingowego komputera w ergonomicznym fotelu w ciepłym mieszkaniu z kubkiem zielonej herbaty w ręku. Niemniej, jak pokazuje opisana na łamach brukowca 'wrocławska' historia, na przekór wszystkiemu - można zachować się przyzwoicie.

To był straszny czas, IIWŚ. Głód, bieda, mord, pożoga, terror, masowe zbrodnie, upadek człowieczeństwa i wszelkich zasad oraz wartości, wokół nieustanne walki zbrojne. Wszystko co najgorsze i najpodlejsze wyszło z ludzi (prawie jak teraz z wielu Polaków). Jak możemy przeczytać - nie ze wszystkich. Byli tacy, co potrafili zachować się przyzwoicie, ryzykując nie tylko pracą i/lub karierą, ale życiem swoim i swoich bliskich.

Uczmy się od takich ludzi. Każdy z nas z pewnością znajdzie obszary w których warto naśladować komendanta Friedricha Lindeinera oraz Gustawa Simoleita. Dla mnie analogia jest oczywista. Dyrektorzy polskich szkół niszczonych przez brunatno-czarne zło w osobie fanatycznego ministra edukacji o średniowiecznej mentalności, nie powinni ulec jego presji, naciskom, próbom przekupstwa w zamian za choćby dalszą wygodną i bezpieczną karierę. Nie dać się zastraszyć. Nie dać się kupić. Zachować się przyzwoicie. Jak na mądrych i rozumnych Europejczyków przystało. Pomimo groźby zwolnienia z podniesionym czołem robić wszystko, żeby nasze dzieci i młodzież wyrosła na światłych, wykształconych w duchu wartości humanistycznych, tolerancyjnych i otwartych na świat i innych ludzi obywateli.

Władza PiS, tak jak każda władza, w tym ta totalna, totalitarna, zbrodnicza, przestępcza, fanatyczna - w końcu przeminie. Jak nie w najbliższy wyborach - to w kolejnych, lub jeszcze następnych. Czy dyrektorzy szkół będą wtedy mieli odwagę spojrzeć sobie w twarz? Jak wytłumaczą swoją uległość i karność wobec nienawistnej kościelno-partyjnej machiny przemocy i populizmu? Ja tylko wykonywałem rozkazy? [czytaj: bałem się utraty dyrektorskiego stołka i związanych z tym apanaży]. Świetnie znamy to tłumaczenie, i dobrze wiemy kto i gdzie go używał.

Czasy w Polsce są trudne, ale bez przesady! Nie ma wojny, nie grozi nam egzekucja, ani tortury (w każdym razie nie na taką skalę), wyroki nadal wydają wolne sądy (choć coraz mniej wolne), wciąż są wolne media (z oczywistych względów 'wrocławska' do nich nie należy), działają liczne organizacje pozarządowe, mamy w praktyce nieograniczony dostęp do wiedzy, możliwość wyjazdu za granicę, itd.

Dziś nie trzeba aż takiego heroizmu jakim opisani zostali bohaterowie publikacji. Wystarczy po prostu zachować się przyzwoicie.

DYREKTORKI I DYREKTORZY SZKÓŁ - ODWAGI!

Slawomirze Grzywa, czy to ty???

J
Jeszcze będzie przepięknie
W każdej sytuacji można i należy zachować się przyzwoicie.

Oczywiście, b. łatwo pisze się takie słowa, siedząc najedzonym bezpiecznie i wygodnie przed ekranem gamingowego komputera w ergonomicznym fotelu w ciepłym mieszkaniu z kubkiem zielonej herbaty w ręku. Niemniej, jak pokazuje opisana na łamach brukowca 'wrocławska' historia, na przekór wszystkiemu - można zachować się przyzwoicie.

To był straszny czas, IIWŚ. Głód, bieda, mord, pożoga, terror, masowe zbrodnie, upadek człowieczeństwa i wszelkich zasad oraz wartości, wokół nieustanne walki zbrojne. Wszystko co najgorsze i najpodlejsze wyszło z ludzi (prawie jak teraz z wielu Polaków). Jak możemy przeczytać - nie ze wszystkich. Byli tacy, co potrafili zachować się przyzwoicie, ryzykując nie tylko pracą i/lub karierą, ale życiem swoim i swoich bliskich.

Uczmy się od takich ludzi. Każdy z nas z pewnością znajdzie obszary w których warto naśladować komendanta Friedricha Lindeinera oraz Gustawa Simoleita. Dla mnie analogia jest oczywista. Dyrektorzy polskich szkół niszczonych przez brunatno-czarne zło w osobie fanatycznego ministra edukacji o średniowiecznej mentalności, nie powinni ulec jego presji, naciskom, próbom przekupstwa w zamian za choćby dalszą wygodną i bezpieczną karierę. Nie dać się zastraszyć. Nie dać się kupić. Zachować się przyzwoicie. Jak na mądrych i rozumnych Europejczyków przystało. Pomimo groźby zwolnienia z podniesionym czołem robić wszystko, żeby nasze dzieci i młodzież wyrosła na światłych, wykształconych w duchu wartości humanistycznych, tolerancyjnych i otwartych na świat i innych ludzi obywateli.

Władza PiS, tak jak każda władza, w tym ta totalna, totalitarna, zbrodnicza, przestępcza, fanatyczna - w końcu przeminie. Jak nie w najbliższy wyborach - to w kolejnych, lub jeszcze następnych. Czy dyrektorzy szkół będą wtedy mieli odwagę spojrzeć sobie w twarz? Jak wytłumaczą swoją uległość i karność wobec nienawistnej kościelno-partyjnej machiny przemocy i populizmu? Ja tylko wykonywałem rozkazy? [czytaj: bałem się utraty dyrektorskiego stołka i związanych z tym apanaży]. Świetnie znamy to tłumaczenie, i dobrze wiemy kto i gdzie go używał.

Czasy w Polsce są trudne, ale bez przesady! Nie ma wojny, nie grozi nam egzekucja, ani tortury (w każdym razie nie na taką skalę), wyroki nadal wydają wolne sądy (choć coraz mniej wolne), wciąż są wolne media (z oczywistych względów 'wrocławska' do nich nie należy), działają liczne organizacje pozarządowe, mamy w praktyce nieograniczony dostęp do wiedzy, możliwość wyjazdu za granicę, itd.

Dziś nie trzeba aż takiego heroizmu jakim opisani zostali bohaterowie publikacji. Wystarczy po prostu zachować się przyzwoicie.

DYREKTORKI I DYREKTORZY SZKÓŁ - ODWAGI!
Wróć na gazetawroclawska.pl Gazeta Wrocławska
Dodaj ogłoszenie