Andrzej Waligórski pisał spod palca, ale kładł dowcipy

Robert Migdał
Miał wielkie poczucie humoru i potężny talent. Takim go znamy wszyscy. A jaki był prywatnie? O Andrzeju Waligórskim, poecie, satyryku Studia 202 i Kabaretu Elita, opowiadają jego przyjaciele - Jerzy Skoczylas i Stanisław Szelc. Rozmawia Robert Migdał

Andrzej Waligórski nie był...
JS: Zdecydowanie nie był celebrytą. Nie bywał, nie udzielał się na salonach.
SS: Był wyjątkowym domatorem. Nie lubił wyjeżdżać z domu, a kiedy już wyjeżdżał, to bardzo rzadko. Lubił swój dom na ulicy Jaworowej we Wrocławiu - był to dom otwarty, ale stanowił dla Andrzeja pewną enklawę. Stąd może Andrzej nie był otoczony wianuszkiem przyjaciół, kolegów, poza bardzo ścisłym gronem. Dla nas było wielkim zaszczytem, że byliśmy w gronie tej niewielkiej grupy osób, która była z nim blisko.

Wiadomo, że przy takich okazjach człowiek licytuje się na przymiotniki: jaki to "był wspaniały, dobry i kochany".

JS: Ale o Andrzeju trzeba powiedzieć, że był dobrym człowiekiem, trzymającym się twardych zasad i poglądów. Łatwo go było jednak zranić. Był bardzo wrażliwy - jak każdy poeta, bo ja go postrzegam głównie jako poetę. Bardzo przeżywał, kiedy mu ktoś zrobił świństwo. I długo takie świństwo pamiętał. Nie wybaczał, choć nie okazywał tego na zewnątrz, ale zadra w nim pozostawała.
SS: Był człowiekiem bardzo ciepłym. I bardzo mądrym.
JS: Kiedy zabrakło Andrzeja, to mi przede wszystkim brakowało jego dobrej rady. Można było przyjść do niego z prośbą o radę, z każdym problemem, z każdą sprawą, nawet taką najbardziej wrażliwą. I zawsze byłem pewien, że znajdę odpowiedź.

Z prywatnymi rozterkami też do niego można było przyjść?
JS: Zawsze. Z każdym problemem - domowym, miłosnym. Porada była zawsze wyważona, mądra i trzeba było się z nią liczyć. Andrzej był zdecydowanym autorytetem. I był człowiekiem ogromnej wiedzy - taką chodzącą encyklopedią. To były czasy, kiedy nie można było sobie "wyguglać" wszystkiego w internecie, a u Andrzeja można było sobie wszystko "wyguglać" w jego głowie. Erudyta. To było bardzo praktyczne. Siedząc z nim w redakcji, można go było o wszystko zapytać.

Dużo był starszy od Was?
SS: Wtedy tak, a teraz to my jesteśmy prawie w jego wieku.
JS: On był z 1927 roku, umarł, mając 67 lat. Dzieliło nas 15, 20 lat.
SS: Przez tę różnicę wieku, doświadczenie, biła od niego taka arystokratyczna szlachetność, w dobrym tego słowa znaczeniu. Cechowała go niesłychana skromność. Kiedyś na forum wyskoczyła sprawa piosenek Andrzeja Waligórskiego, które zaczęto nazywać "piosenkami Chyły", bo teksty piosenek Andrzeja śpiewał właśnie Tadeusz Chyła. Andrzej nigdzie i nigdy nie prostował, że teksty były jego. Że Chyła był tylko dodatkiem, oczywiście bardzo fajnym, ale tylko dodatkiem. Bo prawda jest taka, że gdyby nie teksty Andrzeja, Chyły by nie było. Skromność niesłychana Andrzeja, szlachetność wielka. Nigdy nie zapomnę, kiedy moje dzieci były jeszcze małe, a zwłaszcza córka, która teraz jest dorosłą, starzejącą się kobietą w wieku 30 lat, ile razy przychodziła do radia, zawsze brała go za rękę i prowadziła do kiosku i on natychmiast jej coś kupował. Mało tego. Jurek, pamiętasz, Andrzej był kasą zapomogowo-pożyczkową dla całego radia...
JS: Tak, tak. Pamiętam.
SS: Ludzie do niego przychodzili i mówili: "Andrzej, możesz pożyczyć stówę?". "Ależ oczywiście" - odpowiadał Andrzej i... najczęściej później zapominał, że komuś pieniądze pożyczył.

Miał poczucie humoru?
SS: Niesamowite, ale kładł dowcipy. Wszystkie dowcipy, które mu się opowiadało, to ich nie pamiętał. Natomiast poczucie humoru miał niebywałe. Kiedyś pamiętam, jak Andrzej przyszedł do redakcji, wesoły. Pytam go: - A co ty taki radosny jesteś?
- Dziadkiem zostałem - odparł.
- A co się wam urodziło?
- Nie wiem, jeszcze żeśmy nie odwijali.

Kiedyś, siedząc naprzeciw Ewy Szumańskiej, a wtedy stosy papieru zalegały na biurkach, to z nudów napisałem na maszynie: "W związku z tym, że od strony koleżanki Ewy Szumańskiej w moim kierunku się kurzy, to bardzo proszę o szkodliwe. Może być nawet w mleku". Skierowałem pismo do kierownika redakcji Studia 202 i położyłem to na biurku Andrzeja. Po dwóch godzinach na moim biurku leżała epistoła: "Stanisław Szelc, redaktor Studia 202. W związku z tym, iż pan sugeruje, że od strony pani Ewy Szumańskiej, owszem wiekowej damy, coś się kurzy, to pan jesteś chamem, proszę pana. Podpisane: Andrzej Waligórski".

Ewa Szumańska, Andrzej Waligórski... Wielkie nazwiska. Był stres zanim przekroczyliście próg radia?
JS: Dla mnie było ogromnym stresem usiąść biurko w biurko z kimś takim, jak Waligórski, Ewa Szumańska czy Jurek Dębski. Dlatego nie wierzyłem, że sobie poradzę. Nigdy my nowo przyjęci nie mieliśmy żadnego szkolenia, dostawaliśmy cenne porady koleżeńskie, prowadzone bardzo cienką kreską, bardzo, bardzo delikatnie. Andrzej dawał nam cenne sugestie, z których korzystam do dziś. Ale nigdy to nie była pozycja uczeń - nauczyciel, podwładny - szef. Ale my go zawsze traktowaliśmy jak mistrza. Nigdy nie przyszedł, nie popodkreślał, nie mówił: a to wyrzuć, a to popraw...
SS: Nawet kiedy my czuliśmy, że napisaliśmy "knota", to on tego nie dawał odczuć. Miał nieprawdopodobny zmysł obserwacyjny. Andrzej dokładnie wiedział, kto jest bałaganiarz, a kto jest w porządku. I dlatego już za życia, w pewnym sensie namaszczał Jurka, na naszego szefa...
JS: Już tam szefa...
SS: Odwal się!
JS: Ja po prostu byłem skrupulatny.
SS: Taaa, skrupulatny. Krakus jeden. Jakbyś go zapytał, co będzie w środę, 17 kwietnia przyszłego roku, to on wie.
JS: Będzie padać.
SS: Będzie padać?
JS: Ale od 16 dopiero.
SS: No widzisz, a nie mówiłem...

A pamiętacie swoje pierwsze spotkanie z Andrzejem Waligórskim?
SS: Andrzej wypatrzył mnie w Teatrze Kalambur, kiedy na okoliczność czegoś napisałem jakąś bzdurę, jego zdaniem dowcipną. I zapytał, czy bym nie przyszedł do radia. Jednak ja byłem wtedy zakochany w "Kalamburze" i powiedziałem mu, że nie. Jednak z czasem zmieniłem zdanie i kiedy w 1980 roku udało mi się wejść do Studia 202, byłem bardzo zachwycony.
JS: Pierwszy raz Andrzeja zobaczyłem, jako żywego człowieka z krwi i kości, w akademiku T3 we Wrocławiu. Byłem wtedy na drugim roku studiów. Słuchaliśmy oczywiście wcześniej Studia 202 i kiedy Andrzej przyszedł na spotkanie autorskie, to był tłum, sala cała nabita. Andrzej przyszedł z plikiem tekstów, papierów pod pachą. Wyjmował jeden tekst po drugim i co jeden to był lepszy. Wtedy mi szczęka opadła: ludzie żywiołowo reagowali, brawo bili. Byłem zdumiony i pełen podziwu dla niego.

A jaki był, kiedy pracował? Musiał w spokoju siedzieć nad kartką i nikt mu nie mógł wtedy przeszkadzać?
SS: Pisanie przychodziło mu z wielką łatwością. Andrzej, jak to się mówi w naszej branży, pisał spod palca. Przykład: kiedyś naczelnym redaktorem radia został, mniejsza o nazwisko, były cenzor. Andrzej usiadł przy maszynie i napisał: "Bardzo dobrze, niech i cenzor, wie, co znaczy trzymać jęzor" i przykleił tę kartkę na drzwi naczelnego redaktora. Łatwość pisania u niego wynikała z jego ogromnej wiedzy.
JS: W redakcji pisał niewiele, to były krótkie teksty, które trzeba było oddać szybko, na już. Miał talent do rymu, i to niebanalnego. Andrzej miał takie dni, kiedy mówił, że "ma pisanie" - to było tak ze dwa razy w tygodniu, pisał wtedy większe rzeczy: np. "Rycerzy" po kilka odcinków. Wtedy się nie golił, dzień miał wyłączony - żadnych spotkań, wizyt...
SS: Ooo, to ja nawet o tym nie wiedziałem.
JS: Siedział wtedy w domu, nie przychodził do radia. Miał w domu, na górze taki swój pokój. Tam nie można było nikomu wchodzić, a broń Boże sprzątać. To był taki nieład artystyczny: pełno papierów, kartek, sterty tekstów, a pokoik był malutki. To było jego królestwo. Tam powstała większość jego utworów.

Trudno było go wyprowadzić z równowagi?
SS: Nie byłem świadkiem takiej sytuacji. Nigdy nie podniósł na nas głosu, choć w takiej klatce z małpami, w jakiej przyszło mu pracować, to niejeden by nie wytrzymał.
JS: Pamiętam jego ogromny stres związany ze stanem wojennym. Kiedy to się biliśmy z myślami: przemówić w radiu czy nie. Z jednej strony - że będzie to ku pokrzepieniu serc, że nasz program da ludziom chwilę wytchnienia, a z drugiej strony - że gdy wystąpimy, to zostaniemy oskarżeni o kolaborację z reżimem komunistycznym. Wtedy było widać na jego twarzy emocje. Nigdy nie był jednak furiatem, który trzaskał drzwiami, czy używał słów uważanych powszechnie za obraźliwe czy nieprzyzwoite.

Nie klął?
JS: Nie. Chyba że trzeba było użyć przekleństwa, jako słowa dosadnego w tekście literackim. A język dosadny, konkretny w swojej twórczości lubił. Wtedy zawsze się Mikołajem Rejem podpierał: "że rubaszność jest mile widziana".
SS: Andrzej, spokojny człowiek, był bardzo konsekwentny w tym, co robił. W Sopocie, dla Polsatu nagrywaliśmy występ. A Andrzej napisał wtedy swój słynny tekst "Pana Tadeusza", w którym roiło się od różnych rzeczy na tematy męsko-damskie. I na scenę przyleciał, gdy to usłyszał, jakiś piąty goniec, i powiedział: "W tej formie tego nie można czytać". Na co Andrzej odparł: "No to ja w ogóle nie wystąpię". Po czym, kiedy wszedł na scenę, w relacji TV na żywo, powiedział wszystko po swojemu, tak jak zaplanował wcześniej. Ze słowami niecenzuralnymi włącznie.

A propos spraw damsko-męskich. Był wielkim miłośnikiem kobiet...
SS: Z wzajemnością. I dżentelmeńskim sznytem.
JS: Był miłośnikiem, w dobrym tego słowa znaczeniu, bo był całe życie żonaty, z jedną żoną - Lesią Waligórską,
SS: Fantastyczna kobitka.
JS: Stanowili bardzo dobre, rozumiejące się nawzajem małżeństwo. Ale żadna kobieta atrakcyjna nie mogła przejść obok niego niezauważona: zawsze musiał dać odczuć gestem lub wzrokiem, że zauważa ją, że przechodzi.
SS: A propos kobiet. Lesia miała prawo jazdy, Andrzej - nigdy. Jego auta nie interesowały. No, może na obrazku. Kiedyś siedzę u niego w domu, zadzwonił telefon i musiał na chwilę wyjść. Po pół godzinie wraca - blady jak ściana.
Pytam: "Jak było?" "Świetnie - odpowiada Andrzej. - Lesia prowadziła doskonale. Ani razu się nie zatrzymała. Nawet na czerwonym świetle".

Miał ogromną sympatię i szacunek do żony.
SS: Kiedyś pamiętam, po jakimś wyjeździe tygodniowym Andrzej w pokoju składa chleb. Pytam: "Co ty robisz?’
Odpowiedział: "Kanapki robię".
- Po co? - Bo ilekroć wracam do domu, to Lesia szuka mi w torbie, czy mam kanapki.

Nie okazywał złości na zewnątrz, ale pewnie wiele rzeczy go denerwowało.
SS: Oj tak, ale Andrzej umiał to ubrać w bardzo piękne teksty. Było kiedyś takie spięcie między Andrzejem a pewnym panem, który był sekretarzem od partii i spowodował, że syn Andrzeja nie mógł się dostać na anglistykę we Wrocławiu. Musiał więc studiować w Poznaniu. A wtedy w telewizji leciał serial "Czarne chmury" i był Elektor Brandenburski w tym filmie. I Andrzej, złośliwie i przewrotnie, napisał o nim "Elektryk z Branibor-skiej" - bo facet był inżynier elektronik i mieszkał na Braniborskiej. Umiał subtelnie dać pstryczka.
JS: Nie lubił prostactwa. Aczkolwiek bardzo lubił ludzką poczciwość. Na przykład wszyscy bohaterowie jego wierszy, i nieważne, czy jest to rycerz, czy urzędnik, czy nawet sierżant milicji obywatelskiej, są poczciwi. Nie lubił prostactwa.
SS: I głupoty.
JS: Jest taka anegdota, autentyczna. Andrzej postanowił wykopać sobie basenik w ogródku, koło swojego domu. A w radiu pracował taki pan Miecio, pan od wszystkiego - przynieś, wynieś, pozamiataj. I Andrzej umówił się z panem Mieciem, że za jakąś tam gratyfikację - flaszkę albo i dwie - pan Miecio będzie mu kopał basenik. Podczas kopania pan Miecio mówi: - Panie Andrzeju, tyle lat pracujemy w tej samej firmie, wie pan, no ten tego, może byśmy sobie brudzia wypili, przeszli na "ty".
Na co Andrzej: - Ależ oczywiście... Buzi, buzi. Miecio jestem, Andrzej jestem. I Andrzej nam opowiada: Po wszystkim poszedłem na bok, wziąłem książkę, czytam sobie, i nagle słyszę: "Andrzeeeeej, kurwa choć no tu, przynieś mi wody". Jak kolega, to kolega...
SS: A, żeby było śmieszniej, to w tym miejscu, w którym ten pan Miecio kopał basen, to odkrył... basen poniemiecki. W radiu było wielu poczciwców. Kiedyś taki dowódca komórki wojskowej w radiu napisał książkę.

Komórki wojskowej?
JS: No tak, musieli prowadzić księgę wybuchów atomowych. Siedzieli, co godzinę patrzyli przez okno i pisali w księdze: "Godzina 11, wybuchu atomowego nie stwierdzono". Przybijał pieczątkę, podpisywał się. I tak do następnej godziny...
SS: Jak z filmów Stanisława Barei.
JS: I jeden z nich napisał książkę... I przyniósł ją Andrzejowi mówiąc: "Chciałem, jako autor, autorowi, napisać dedykację". I napisał: "Andrzejowi Waligórskiemu, pułkownik jakiś tam". Podpisał się, popatrzył i rzekł: "Mogą nie uwierzyć". I przybił pieczątkę.

Poza radiem jakie miał pasje?
JS: Bardzo ładnie rysował. Miał przygodę z architekturą. I z ASP - bo on kilka kierunków zwiedził.
SS: Był szermierzem.
JS: I molem książkowym - czytał wszystko i wszędzie. Zawsze, kiedy jechaliśmy w trasę, to pamiętam go, jak siedział i kiwał się nad książką. Pewnie stąd ta wiedza. No i razem ze Stasiem Maksymowiczem, pilotem, startowali wielokrotnie i byli zwycięzcami rajdu dziennikarzy i pilotów. To była taka doroczna impreza organizowana przez Aeroklub Wrocławski i Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, gdzie startowały załogi połączone: z pilota i z dziennikarza. Andrzej uwielbiał latać, był wielkim miłośnikiem lotnictwa. Nie miał żadnych obaw przed wzbijaniem się w przestworza, choć Stasiu Maksy-mowicz był za sterami wariat.
SS: To dowód wielkiej odwagi Andrzeja, bo latać ze Stasiem, to jak pływać w zatoce pełnej rekinów.
Zwierzęta uwielbiał.
SS: Bardzo. Po jego mieszkaniu chodził gołąb, którego Andrzej nazwał "Adolf", bo miał koło dzioba wąsik. A chodził dlatego, że Andrzej go tak utuczył, że ptak nie mógł latać. U niego w domu zawsze były jakieś pokraczne stwory, które jego zdaniem były psami. Naszym zdaniem - nie. Takie kundle, przybłędy. Kiedyś do niego przychodzimy, a tu lamperia, na wysokość dorosłego mężczyzny, nie istnieje. Pytamy: "Co się stało"?
- Pies zeżarł - rzucił tylko.

JS: Nie przywiązywał uwagi do wystroju wnętrza. Do stroju też nie.
SS: Lubił zieleń.
JS: Wtedy miał kurtki, spodnie, swetry, szaliki - wszystko zielone.
SS: Nie wiem, jak tam było z bielizną.
JS: Też, bo widziałem, jak się przebierał w garderobie. Zielona.
SS: Widziałeś go w bieliźnie?
JS: Wielokrotnie! Ale oprócz okresu zielonego, miał też czas niebieski. Kiedy chodził na dżinsowo. Przez kilka lat chodził ubrany w dżins od stóp do głów.

Praca pracą. A rodzina? Miał jednego syna.
JS: Tak, Marka. Doczekał się też dwójki wnuków.
SS: Ale nie był zbyt wylewny w opowiadaniu o dziecku, o wnukach, choć czuło się, że bardzo dbał o Marka. Kochał go. Z wnuków był bardzo dumny. Więcej o nich opowiadał.
JS: "Dziadostwo" bardzo przeżywał. I bardzo się cieszył z wnuków.
Był uczuciowy?
JS: Raz jedyny widziałem Andrzeja, który płakał. Wszedłem do redakcji, on siedział sam. Jego żona miała podejrzenie o bardzo poważną chorobę. I Andrzej odebrał przed chwilą telefon z informacją o wynikach badań Lesi. Okazało się, że wszystko jest dobrze. I on ze wzruszenia płakał...

Andrzej Waligórski miał 67 lat, kiedy zmarł.
JS: Zdziwiło to nas, bo był w doskonałej kondycji fizycznej. Nic nie zwiastowało jego problemów. No, może poza dziedzicznością, bo w podobnych okolicznościach zmarł jego tata, też nagle i też na zawał.
SS: A Andrzej nigdy się na nic nie skarżył.
JS: Podciągał się na drążku kilkadziesiąt razy, wykonywał pompki - czym nas wpędzał w kompleksy. Na przykład nagle, za kulisami, kładł się robił pompki i mówił: "A wy co staruszkowie tak stoicie?" Był wysportowany. My byliśmy przy nim bez szans.
SS: Przez niego ja swój drążek do podciągania wyrzuciłem z domu.
JS: Mało tego. Andrzej prowadził bardzo higieniczny tryb życia. Nie pił.

Ale palił. Dużo palił.
JS: Jednego papierosa, co godzinę.

Pamiętacie ten feralny dzień?
SS: Andrzeja bolał żołądek. Lesia chciała wezwać karetkę, a on wiedział: "Nigdy w życiu". Bo on był macho. I poszedł pieszo do szpitala kolejowego na aleję Wiśniową - niby niedaleko od ulicy Jaworowej. Kiedy leżał na stole i oni go tam ratowali, to on mówi: "Mój ojciec umarł na zawał. Ale jak umierał, to opowiedział taki dowcip. Zaraz go panom opowiem..." I umarł.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Miklus
Chciałbym przeczytać jakąś facecję Mistrza Andrzeja o tym, jak gazetowi stratedzy podwieszają kluczyk finansowy pod artykulikiem Roberta Migdała o jego twórczości.
b
bo
stanowił klape bezpoieczeństwa, więc był potrzebny
d
długo_pis
piszac z humorem o konowalach u socjalistycznego koryta zachowywal i wdziek i stolek we wrocławskim polskim radiu.... rzadka to nawet w dzisiejszych czasach umiejetnosc
Dodaj ogłoszenie