25-letni Paweł Cwynar w nocy z 16 na 17 lutego wracał od rodziców. Szedł jak zawsze tą samą drogą, od strony Szybowcowej, mijając podwórko. W pobliżu bramy Drzewieckiego 9 podbiegł do niego pies, najprawdopodobniej amstaff. Pan Paweł nie spodziewał się, że zwierzę będzie agresywne, wychowywał się z psami. Amstaff zaatakował, a mężczyzna leczy się do dzisiaj. Sprawę prowadzi policja.

Nikt, kto jest miłośnikiem zwierząt, nie zakłada od razu, że jakikolwiek pies stanowi zagrożenie. Dlatego także pan Paweł nie przypuszczał, że pies zaatakuje - mimo że amstaffy zaliczane są raczej do ras wymagających stanowczego właściciela, choć nie znajdują się na liście ras niebezpiecznych. Chociaż pomysł, by amstaffy trafiły na tę listę, poddawano pod rozwagę już w 2009 roku.

- Wracałem od rodziców, którzy mieszkają na Latawcowej.

Było około północy, na najbliższym przystanku autobusów nocnych (Bajana/Szybowcowa) zobaczyłem, że mam 15 minut do autobusu, więc postanowiłem, że pójdę na następny przystanek, aż do Kwiskiej. Po prostu nie chciało mi się czekać. Niedaleko bramy Drzewieckiego 9, w pobliżu placu zabaw szła młoda, około 30-letnia kobieta z dwoma psami typu amstaff. Jeden był puszczony wolno, bez smyczy - opowiada Paweł Cwynar. - Podbiegł do mnie i ugryzł w łydkę. Powiedziałem: "niech pani zabierze tego psa". Ale właścicielka stała spokojnie, żadnej reakcji, choćby próby odciągnięcia tego psa. Amstaff ugryzł mnie w drugą łydkę, znów zwróciłem uwagę, ale dopiero kiedy ugryzł w lewy nadgarstek (wierzchnią część dłoni) i zawołałem o pomoc, to wzięła psa.

Paweł poprosił kobietę o podanie imienia i nazwiska. Chciał wezwać policję. W odpowiedzi usłyszał: "Spier..., bo spuszczę na ciebie oba psy". Psy, które miała kobieta, to najprawdopodobniej amstaffy. Pan Paweł pamięta, że oba sięgały mu do kolana (sam ma 184 cm wzrostu), miały charakterystyczne fafle i płaską kufę. Z późniejszych rozmów z sąsiadami dowiedział się, że na osiedlu rzeczywiście mieszka para, która ma dwa amstaffy.

Leczenie trwa kilka tygodni

Mężczyzna wrócił do domu rodziców, jego ojciec zawiadomił policję. Gdy policjanci przyjechali na miejsce zdarzenia, zadzwoniono także po pogotowie. Kolejne godziny pan Paweł spędził na SOR-ze.

- Lekarz oczyścił ranę, zszył i podał szczepionkę przeciw tężcowi. Ponadto przepisał mi antybiotyk. Tylko ręka wymagała szycia, na nogach były zadrapania i siniaki. Zostałem wypuszczony do domu - relacjonuje. - W środę (20 lutego) byłem w poradni u chirurga. Rana wyglądała dobrze, została lekka opuchlizna. Ale już w czwartek wieczorem opuchlizna znacząco się zwiększyła i zaczął mi dokuczać silny ból.

Pan Paweł trafił na oddział zakaźny na Koszarowej. Teraz musi przyjmować szczepionkę przeciw wściekliźnie (szczepionkę przyjmuje się w pięciu dawkach). Lekarka zmieniła wtedy również antybiotyk na mocniejszy. Ale nie pomogło. Była kolejna wizyta na SOR-ze, wdało się zakażenie, naciekła ropa. Rękę trzeba było włożyć w gips. W ten poniedziałek pan Paweł znów był u chirurga. Leczenie trwa już prawie trzy tygodnie. Rana stopniowo zaczyna się goić.

Jak reagować?

Co zrobić w sytuacji, gdy zaatakuje nas pies, a właściciel sytuację całkowicie ignoruje i zamiast przeprosić i pomóc zaczyna nam grozić?

- Przede wszystkim nie należy robić z siebie bohatera i próbować taką osobę zatrzymać, bo o ile ktoś wykonałby taką groźbę albo w dalszym ciągu nie próbował przytrzymać zwierzęcia, to może się to skończyć tragicznie. Najlepiej zaraz po oddaleniu się zadzwonić na 112. Wtedy przyjedzie najbliższy patrol, udzieli pomocy, a funkcjonariusze rozpoczną poszukiwania właściciela po skonsultowaniu, dokąd mógł się oddalić. Mamy też inne narzędzia, które mogą nam pomóc ustalić tożsamość osoby. Jest również dzielnicowy, który orientuje się w sytuacji na osiedlu i zna mieszkańców. W przypadku braku możliwości szybkiego oddalenia się można przyjąć pozycję drzewo lub pozycję żółw, czyli kucnąć i chronić rękami szyję, bo kluczowe znaczenie odgrywają tętnice szyjne - mówi Dariusz Rajski z Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu. - W tym przypadku na pewno sytuacja podpada pod art. 77. Kodeksu Wykroczeń. Chodzi o niezachowanie zwykłych lub nakazanych środków ostrożności przy trzymaniu zwierzęcia. Takiej osobie grozi kara ograniczenia wolności, grzywny do 1000 złotych albo kara nagany. Sprawa może trafić również na drogę cywilno-prawną. Zresztą dochodzi tu stosowanie gróźb.

W sytuacji pana Pawła, kiedy rana utrzymuje się dłużej niż tydzień, sprawa podpada już nie tylko pod wykroczenie, a może zostać zakwalifikowana jako przestępstwo.

Zapytaliśmy weterynarza i behawiorystkę, co zrobić w takiej sytuacji.

- W takiej sytuacji należy jak najmniej się ruszać i wydawać jak najmniej dźwięków. Zareagować powinien właściciel - mówi dr Julia Miller z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. - Nie jest to problem rasy, lecz nieodpowiedniego postępowania właściciela, jeżeli wie, że pies może zachować się agresywnie. Amstaffy nie mają jakichś zatrważających statystyk dotyczących pogryzień człowieka. Częściej wykazują skłonności do agresji wobec innych psów. Problemem może być to, że mają zamknięty łańcuch łowiecki, czyli chwytają i trzymają albo trzymają i szarpią. Dlatego jeżeli ujawnia się u nich agresja, to może być to niebezpieczne.

Sprawa jest jednak dalej w rękach policji, prowadzą ją funkcjonariusze z komisariatu na ul. Połbina. Policja próbuje teraz ustalić tożsamość kobiety tak, by psy nie stanowiły już zagrożenia dla innych mieszkańców osiedla Kosmonautów. Osoby, które mogą mieć informację o właścicielce amstaffów, proszone są o kontakt z policją.

Zobacz też:
Psy konały przywiązane sznurem do snopowiązałki