50 lat bronili Polski we Lwowie

Redakcja
Anna i Tomasz Durysowie z synem Leszkiem na Wałach Hetmańskich, w tle stoi jeszcze pomnik Jana III Sobieskiego. Rok 1948
Anna i Tomasz Durysowie z synem Leszkiem na Wałach Hetmańskich, w tle stoi jeszcze pomnik Jana III Sobieskiego. Rok 1948 Archiwum autorki
Wrocławska dziennikarka Anna Fastnacht-Stupnicka opisała dramatyczne losy polskich rodzin, które po wojnie zostały na Wschodzie i walczyły o nasze kościoły, szkoły, dobra kultury i zachowanie naszej polskiej, narodowej tożsamości w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jako pierwsi publikujemy fragmenty reportażowej książki "Zostali we Lwowie".

W moim rodzinnym, wrocławskim domu od dziecka słyszałam rozmowy dorosłych o Lwowie. Wspominali studenckie lata - wtedy najczęściej wybuchali śmiechem; albo lata okupacji - wtedy dyskutowali z powagą; albo zsyłki - wtedy ściszali głos. Czasem opowiadał ojciec o swoim stryju Edwardzie Fastnachcie i kuzynce Janinie, w domu nazywanej Naną. Przy stryju Edwardzie zawsze padało zdanie: został we Lwowie na straży kultury polskiej. Ależ to działało na wyobraźnię! Romantyczny heroizm, narodowa misja. (...)

Zobaczmy najpierw przed-wojenny Lwów oczyma dziecka. Momenty zarejestrowane emocjami są jak fotograficzne ujęcia, kadry archiwalnego filmu. Janusz Tysson miał skończonych siedem lat, gdy wybuchła wojna, łatwo więc odnajduje w pamięci "czar swoich wspomnień", jak to określa, z lat wcześniejszych. Oto parada 11 listopada 1938 roku. Oglądał ją z balkonu domu przy ulicy Łyczakowskiej, gdzie mieszkali znajomi rodziców.

Janusz Tysson: Dwadzieścia tankietek polskich (to nie były takie wielkie tanki, jakie mieli Niemcy czy Rosjanie) zjeżdżało z Łyczakowa i wjeżdżało na ulicę Hoffmana, potem pojechały na ulicę Piekarską. Jedna się rozpędziła, zarzuciło ją i uderzyła o kraj chodnika, aż iskry poszły. To doskonale pamiętam. Także przedstawienia w Teatrze Wielkim: "Kwiat paproci", jasełka Rydla. I otwarcie Targów Wschodnich w 1938. Były akrobacje, jeden z harcerzy złamał rękę na placu wystaw. Pamiętam, jak wyrywałem się, żeby zobaczyć tramwaj, a motorowy powiedział: "Co, on będzie kiedyś dyrektorem tramwai?". (...)

W maju albo w czerwcu 1939 roku myśmy poszli na Wzgórza Wuleckie, gdzie było zbieranie pieniędzy na Fundusz Obrony Narodowej. Stały tam armaty przeciwlotnicze, z osiem samolotów nadleciało ze strony cytadeli, biało-czerwone szachownice widziałem. W tym roku skończyłem pierwszą klasę w prywatnej szkole pani Makowieckiej przy ulicy 29 Listopada pod numerem szóstym. Pamiętam koleżanki i kolegów: córkę Hausvatera (po wojnie kierownika Polskiego Teatru Ludowego) i Romcię, którą potem Sowieci wywieźli na Sybir, Żydka, którego Sznycel nazywali, bo zawsze ze sznyclami przychodził, Anię, moją pierwszą sympatię, którą odprowadzałem pod parasolem na ulicę Strzały. Jej ojciec był muzykiem. Ciekawe, czy ona żyje... (...)

Piętnastego sierpnia odbyła się wielka parada, grała orkiestra wojskowa. Nie przypuszczałem, że to będzie ostatnia parada polska, którą ja widzę. Zbieraliśmy się już wracać do Lwowa, ale ojciec przetele-grafował, żeby nie przyjeżdżać, bo jest mobilizacja. Bał się, że jak zajedziemy na dworzec, może być bombardowanie. Potem przyszedł sąsiad i mówi, że mobilizację odwołano, bo Niemcy przyczyny znajdują, żeby napaść na Polskę, która się mobilizuje przeciw nim. Pierwszego września widzieliśmy samolot niemiecki. Wysoko leciał, obserwował wiadukty. Zarządzono zaciemnienie. Wszyscy mieliśmy maski przeciwgazowe, które gdzieś tu jeszcze są w domu.

Dla zachowania chronologii wydarzeń przenieśmy się teraz do innej dzielnicy Lwowa, gdzie mieszka Jadwiga Jamróz w do-mu kupionym po pierwszej wojnie światowej przez jej dziadka Mariana Wieleżyńskiego. (...) W kuchni, otoczona stosami książek, gazet, z maszyną do pisania przy fotelu, ogrzewająca się gazową kuchenką, bo dzień chłodny, jesienny, siedzi Jadwiga Jamróz i z pogodnym uśmiechem, dobrym, przyjaznym spojrzeniem, zaprasza, by spocząć.
Jadwiga Jamróz: Od pierwszego września spadały bomby na Lwów. Wojna zaczęła się na granicy polskiej gdzieś o piątej rano, a bomby tutaj leciały między jedenastą a dwunastą. Pamiętam dobrze, byłam wtedy w pokoju na górze, w tym domu. Naraz usłyszałam huk. Przeraziłam się. Nikt mi nie mówił, że wojna się zaczęła. Zbiegłam po schodach na dół i zobaczyłam, jak matka i służące noszą w wiaderkach piasek na strych. Matka bała się, że będą bomby zapalające, więc na strychu zrobiły stos piasku. Wulkan taki. To w ogóle nie było potrzebne, bo nie było bomb zapalających. Chciałam dostać się na górę, ale matka krzyknęła, żebym siedziała na dole i się nie ruszała. Służące płakały, matka nie płakała. Potem przyjechali do nas krewni z zachodu i nie tylko krewni, uciekający przed Niemcami.

Sędzia Ferdynand Angielski po przejściu na emeryturę kupił w 1936 roku niewielki domek z ogrodem na przedmieściu Lwowa. Z żoną i dwojgiem małych dzieci, Krystyną i Czesławem, mieli żyć spokojnie, z dala od miejskiego gwaru. Córka mieszka tutaj do dzisiaj.

Krystyna Angielska: Nasz dom znajduje się w pobliżu lotniska, a z drugiej strony są tory kolejowe na dworzec główny. We wrześniu, podczas nocnego bombardowania, całe niebo było rozjaśnione rakietami, które Niemcy zrzucali na spadochronach. "Patrz, mamo, jak pięknie" - mówiłam. Miałam pięć lat. A tato: "Szybko do piwnicy!". Ojciec nie bał się bombardowania. Podczas gdy mama ze mną i moim bratem Czesławem, rok młodszym ode mnie, chowała się w piwnicy, ojciec siedział na kanapie i przy świecy czytał książkę.

Wierzył, że jeśli komuś przeznaczone jest zginąć, nie pomoże ukrywanie się. Gdy zbombardowano pobliską piekarnię "Merkury", ludzie zaczęli wynosić stamtąd workami mąkę. Sąsiedzi zawołali ojca i on też przyniósł do domu worek mąki. Robiono to podczas nalotów. Po odwołaniu alarmu pojawiała się straż, która strzelała do ludzi. Gdy z ruin zakładów Sprechera wykradano wódkę i spirytus, ojciec już nie poszedł. Któregoś wrześniowego dnia, myśląc że skończyło się bombardowanie, wyszedł do ogrodu i wtedy odłamek zranił go w czoło. Rannego zabrano do szpitala. Matka została w domu z dwojgiem małych dzieci.

I tak z poszczególnych wspomnień można dalej układać kalendarium ówczesnych wydarzeń.
Janusz Horbań: Moi rodzice pobierali się we wrześniu 1939 roku w kościele Marii Magdaleny, podczas bombardowania dworca kolejowego. Pierwsza bomba spadła, gdy ksiądz do nich mówił.
Marian Baranowski: Dziadek przepadł w 1939 roku, jak Niemcy bombardowali Lwów. Nie wiadomo jak, gdzie, co. Czy on gdzieś pod bombę popadł? Nikt nie wie. Szukali go, nie znaleźli. Są księgi zaginionych podczas wojny, ale jego tam nie ma. Ślad zaginął.
Stefan Adamski: Jak wybuchła wojna, tato akurat skończył szkołę oficerską we Lwowie i wprost stąd poszli na obronę Warszawy. Taki szczegół z tego wymarszu tato opowiadał: jak wychodził ze Lwowa, ulicami szli naturalnie, wyskoczyła siostra zakonna i powiesiła mu szkaplerz na szyi. Całą okupację, więzienia, zsyłki - tato z tym szkaplerzem przeszedł. Z tym szkaplerzem został pochowany w 1999 roku na Cmentarzu Łyczakowskim.

W Warszawie był na Woli, w obronie odcinka strasznie ciężkiego. Byli odcięci od reszty. Stacjonowali koło jakiegoś kościółka i zaraz obok był sklep. Jedno jedyne, co tam było do jedzenia i picia, to kisiel w proszku i czerwone wino. Ojciec do końca życia niczego, co miało krochmal, nie ruszył. (...)
W tym czasie, gdy broniła się Warszawa, na wschodnich terenach Polski rozegrał się niespodziewany dramat.

Janusz Tysson: Mama otrzymała od ojca wiadomość, że Urząd Probierczy (przy ul. Grottgera we Lwowie), gdzie pracował, ewakuuje się do Stanisławowa i żebyśmy pojechali do Nadwórny, tam ojciec po nas przyjedzie. Nadwórna jest w połowie drogi między Delatynem a Stanisławowem. Ojciec wkrótce przyjechał i, pamiętam, zaraz przyszedł jakiś pan z opaską, chyba zielono-żółtą (to była obrona przeciwlotnicza), sprawdzić, kto przyjechał w nocy do nas. Potem pojechaliśmy pociągiem do Stanisławowa, ale ojciec wziął bilet do Chryplina, dlatego że most już był bombardowany przez Niemców i ojciec uznał, że bezpieczniej będzie furmanką przejechać ten odcinek.

Wysiadamy i słychać na dworcu alarm. Ojciec zarządza: idziemy do rowu, kładziemy się. Nadlatują samoloty i ze zdziwieniem widzimy czerwone gwiazdy. Przeleciały i na horyzoncie druga eskadra. Ojciec pobiegł na stację dowiedzieć się, co to znowu, powrócił i mówi, że dzisiaj przed paroma godzinami Sowieci przekroczyli granicę. Znowu alarm, uciekamy do zagajnika. Powiedziano nam, że jak usuną się polskie wojska, będziemy w wielkim niebezpieczeństwie. Wracamy więc do Delatyna.

Szosą ze Stanisławowa do Kołomyi jechało nasze wojsko: z lewej strony furmanki i wszystko, co z końmi związane, środkiem kolumny zmotoryzowane, auta wojskowe, autobusy. Ojciec stanął na drodze, żeby zatrzymać jakieś auto. Zatrzymało się jedno, mały, pocztowy pick-up. Wiózł gumy. Mama ze mną w szoferce, ojciec położył się na tych gumach. Szofer miał flaszeczkę, z której popijał, od czasu do czasu wyciągał pistolet i się nim bawił. Mówił, że jak ktoś będzie chciał go zatrzymać, będzie strzelać. Mama przerażona. Straszna jazda. Cała kolumna zaopatrzeniowa jechała w stronę Rumunii. Po drodze widzieliśmy ludzi zgromadzonych, płakali, żegnali się. Leżały przy drodze mundury porzucone, maski gazowe.

Nad nami znowu pojawiły się samoloty rosyjskie, obserwując ruchy na drodze. Wysiedliśmy w Delatynie. Temu szoferowi rodzice dali pieniądze, mama go ucałowała, bo on nam właściwie życie uratował, daliśmy swój adres. Niestety, nigdy się nie odezwał. Rodzice postanowili nie jechać na Węgry. We Lwowie mieliśmy dom, była siostra ojca.
W Delatynie zobaczyliśmy Rosjan w południe. Nędzne mundury, straszny widok. Polskie wojsko przedstawiało się bardzo elegancko, masę aut miało, a tutaj głównie furmanki i kawaleria. Przyszli do nas sąsiedzi i powiedzieli, że od razu miejscowi Żydzi założyli opaski czerwone i zaczęli tworzyć milicję. A naiwni różni urzędnicy państwowi, jak na przykład poczta, wyszli do pracy w mundurach. Rosjanie kazali im się tego wyzbywać. Polacy wszyscy przerażeni. Rusini też. Był tam taki ośrodek ukraiński i od razu Rosjanie ich stamtąd wyrzucili, ośrodek zamknęli. My znowu zamieszkaliśmy u kolejarza, od którego wynajmowaliśmy dom w sierpniu. Był zrozpaczony. Rosjanie jemu powiedzieli, że jest wielkim kapitalistą, bo ma trzydzieści uli.

17 września Armia Czerwona przekroczyła rzekę Zbrucz i weszła na terytorium Polski. Po pięciu dniach była już we Lwowie. Na wkraczających czerwonoarmistów patrzono z przerażeniem i zaciekawieniem zarazem. Od czapek z czubami szybko zyskali miano czubaryków. Starsi lwowianie do dziś używają tego określenia.

Jadwiga Zappé: Obszarpani, brudni, zawszeni. Umundurowania żadnego, na sznurku przywiązany starego typu karabin, granat, kołdra na plecach. Nie szli w szyku wojskowym. Jak się coś nie podobało, to i granat rzucali. Wołali: ou! ooo! Wszyscy wylecieliśmy do bram, żeby ich zobaczyć.

Bogusława Czerna: Nieraz mówią, że do Lwowa Rosjanie weszli 17 września. Oni do Lwowa weszli 22 września. Pamiętam dobrze, bo w tym dniu były moje urodziny, skończyłam 17 lat. To były najsmutniejsze urodziny w moim życiu... Wtedy w kinach była taka moda, że przed ostatnim seansem odbywała się rewia.

W tych rewiach występowało dużo artystów, śpiewaków, którzy uciekli z Warszawy. W jednym z kin śpiewali piosenkę, która zaczynała się jakoś tak: on prosi żonę o truskawki, a ona powiada: coś ty, zwariował, przecież już jesień, i on śpiewa: "A mnie jest szkoda lata i cudnych, złotych wspomnień. Niech mówią głupi o mnie, a mnie jest żal. To tak jak gdyby ktoś najdroższy nagle odszedł i zabrał radość, szczęście, a zostawił łzy. Dlatego żal mi lata, ludzi żal i nieba, po którym płyną smutne, jesienne mgły". Połowa kina płakała. Dla Rosjan to było niezrozumiałe.

- Zaparzę pani herbatę. Może ibuprom? - przerywa, słysząc mój tłumiony od dłuższej chwili kaszel. Od kilku dni biegam po Lwowie, w tramwajach tłoczno i duszno, na przystankach czeka się długo, a jesienny wiatr zawija chłodem. Przeziębiłam się.

Bogusława Czerna, pielęgniarka z kilkudziesięcioletnim stażem, radzi, jak się kurować. Poznałyśmy się dzień wcześniej na otwarciu Uniwersytetu Trzeciego Wieku w polskiej szkole. Zwróciłam uwagę na wyjątkową urodę starszej pani, zanim zostałyśmy sobie przedstawione. Teraz patrzę, jak się krząta po małym, schludnym mieszkanku, vis-a-vis kościoła św. Elżbiety. Dostała je wiele lat po wojnie, gdy po zsyłce i licznych perypetiach wróciła do Lwowa.
Opowiada:
Lato było piękne w 1939 roku, nikt nie myślał, że coś takiego nastąpi. Może mężczyźni, politycy, wojskowi zdawali sobie sprawę, ale nie siedemnastoletnia dziewczyna. Ja myślałam wtedy, żeby na tańce pójść.

- Czy lubiła Pani tańczyć?
Strasznie. Do nas przychodzili na tańce. Ojciec zawsze mówił, że lepiej w domu, niż mają córki gdzieś chodzić. Mieliśmy bardzo dużo płyt. Radio się pojawiło w naszym domu w 1930 roku. Pamiętam, taka była spirala, antena przez cały pokój przeciągnięta do okna. I słuchawki. Myśmy z Milą, moją siostrą, kłóciły się o nie. Potem robiłyśmy tak: odwracałyśmy słuchawki, ona na jedno i ja na jedno ucho słuchałyśmy.

Radio było bardzo ciekawe: "Wesoła lwowska fala", Tońko i Szczepcio, i radca Strońć, i dwóch jewrejów z takim typowym żydowskim językiem. A tego Szczepcia, Kazimierza Wajdę, myśmy znali, on pracował razem z moim ojcem w magistracie. Spotykaliśmy się w Hrebenowie: to wieś niedaleko stąd, około czterech godzin jazdy pociągiem. Tam była willa Kalina - dom wypoczynkowy urzędników miasta Lwowa. Kaziu też tam przyjeżdżał, zawsze tak śpiewał pięknie, chodziliśmy nad rzekę kąpać się. Później odszedł z magistratu i pracował w radiu, spikerem był. Pamiętam, jak we wrześniu 1939 roku spikerka włączyła mikrofon i powiedziała: "To już ostatnie nasze wystąpienie". Zapłakała. I wyłączyła się. Na tym się skończyło polskie radio. (...)

Gdy pierwszy raz miałam jechać tramwajem, spytałam znajomych, gdzie można kupić bilet.
- U konduktorki - odpowiedzieli z figlarnym uśmiechem, dodając dość tajemniczo: Od razu ją pani zobaczy.

No i widzę. Przepycha się przez tłum pasażerów w moją stronę kobieta w fartuszku kuchennym w zielone groszki. Nosiło się u nas takie w latach siedemdziesiątych, zakładane przez głowę, wiązane lub zszyte po bokach, z falbankami lub ozdobną lamówką, z kieszonkami na podołku. Dla lwowskich konduktorek to uniform służbowy. W groszki, paski, kwiatki - deseń i kolor dowolny, byle się tylko wyróżniały w tłumie.

Wyglądają w nich zabawnie, choć i swojsko, domowo zarazem. Od razu widać, kto tu jest gospodynią. Przypominają mi się w tym momencie opowieści o lwowskich konduktorach tramwajowych w powojennym Wrocławiu, gdzie obok kadry wyższych uczelni stanowili oni największą grupę zawodową, a na pewno najbardziej widoczną i słyszalną. Dowcipni, gadatliwi i łatwo nawiązujący kontakt, od razu nadali Wrocławiowi lwowski ton i akcent, co sprawiło, że zaczęto postrzegać to miasto jako pełne lwowian. Stąd znany żarcik: "A pan skąd? Z Wroclawia, nie slychać?".

Takie przekonanie utrzymuje się zresztą do dzisiaj, choć badania socjologiczne przeprowadzone przez Irenę Turnau już w 1960 roku wykazały, że wśród powojennych osadników najwięcej przybyszów było z centralnej Polski i z woj. poznańskiego, natomiast ekspatrianci ze wschodnich województw stanowili tylko 23%, w tym niespełna 10% pochodziło z woj. lwowskiego.

Kim są powojenni polscy lwowiacy
Niebawem rozpocznie się organizowana przez władze Wrocławia i Lwowa (pod patronatem naszej gazety) zbiórka pieniędzy na budowę pomnika profesorów lwowskich. Pomnik zamordowanych przez hitlerowców naukowców stanie we Lwowie na Wzgórzach Wuleckich - w miejscu, gdzie doszło do zbrodni.
Z takich inicjatyw dumni są też nasi rodacy, którzy pozostali we Lwowie po II wojnie światowej. Tekst Anny Fastnacht -Stupnickiej jest fragmentem pierwszego rozdziału jej reportażowej książki ("Zostali we Lwowie", wydawnictwo Sator Media 2010) - opowieści o losach ponad dwudziestu polskich rodzin, które przez 50 lat reżimu komunistycznego (1939-1989) walczyły o zachowanie polskości. Dzięki nim we Lwowie dziś nie tylko "kamienie mówią po polsku", ale także nadal wielu jego mieszkańców.

Koronawirus fake news. Oto największe absurdy.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Z
Zygmunt z Hrubieszowa

Mieszkam tuż przy granicy,w prostej linii ok.100 km od Lwowa.Byłem kilkakrotnie w tym cudnym mieście.Moja nastoletnia córka jest miastem urzeczona i zawsze pyta kiedy znów pojedziemy do Lwowa.Mam tam wielu znajomych,lecz niestety z kazdym rokiem ubywa tych,którym ważna jest polskośc tego miasta.Dlatego też wielka chwała tym co tam zostali i jeszcze dbają o polskie mogiły i cmentarze!

j
jjk

Nie jestem z Kresów, ale od kiedy pierwszy raz byłem we Lwowie (początek lat 90-tych) to miasto mnie zauroczyło. Byłem tam już cztery razy i każdy wyjazd, to nowa przygoda. Włóczęgi po starych podwórkach, wspinanie się na kościelne wieże, wieczory pełne opowieści mieszkańców Lwowa (Polaków, Ukraińców, Rosjan, Kazachów, Ormian). A spotkałem tam naprawdę wspaniałych ludzi. To miasto wielu narodów, choć oczywiście nam bliskie w "polski sposób", o którym pisze pani Fastnacht Stupnicka. A jest to książka ciekawa, ważna, odkrywająca kilka tajemnic. Szkoda tylko, że nie pokazuje w mocniejszy sposób tego lwowskiego narodowego tygla...

J
Jerzy

W pełnej rozciągłości przychylam się do opinii Pani Oli. Jestem od niej trochę starszy, chociaż tak jak pani Ola z Lwowem nie łączą mnie rodzinne korzenie (pochodzimy z Wielkopolski i z okolic Grodziska moi dziadkowie przyjechali do Wrocławia), ale pewne sentymentalne na pewno. Byłem w tym mieście trzy razy, spotkałem się tam z Polakami, Ukraińcami. Zawsze przyjmowano mnie ciepło, nawet przyjaźnie. Wszyscy znają tam historię tego cudownego miasta, skomplikowane losy mieszkańców. Dobrze, by poznali je również wrocławianie. Książka Pani Fastnacht Stopnickiej jest do tego świetnym przyczynkiem. Tym wartościowszym, że pozycję tę czyta się wyjątkowo "przyjaźnie". Może warto, by Państwa gazeta spróbowała jeszcze szerzej pokazać kilka wątków i postaci, którym autorka poświęca uwagę. Szkoda tylko, że na tę książkę trzeba "polować" w księgarniach. Mi udało się na nią trafić dopiero w trzeciej księgarni jaką odwiedziłem (przy ulicy Wita Stwosza). Przy okazji pozdrowienia dla pana Andrzeja Górnego za jego krzyżówki.

O
Ola

Przeczytałam tę książkę jeszcze w grudniu, bo dostałam jako świąteczny prezent. Gorąco polecam. I chociaż korzenie mojej rodziny, to nie Lwów, ani nawet Kresy, to książka Anny Fastnacht jest opowieścią, którą czytałam z niekłamanymi emocjami. Znakomicie, że ktoś jeszcze wydaje takie książki, no i że są osoby, które takie rzeczy piszą. Moje wielkie uznanie.
Ola Żarnecka
PS. No i uznanie dla Państwa gazety, że promujecie takie lektury. To dzisiaj nie jest codziennością. Zresztą i czytanie (jak obserwuję moich znajomych, a mam trzydzieści lat) jest teraz "średnio na topie". jestem jednak przekonana, że to przejściowe. Ciepło pozdrawiam. OŻ

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3