18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

18-letni Szczepan Mazur, najlepszy polski dżokej: Ja jestem mózgiem, a koń ciałem

Wojciech Koerber
W jeździeckim światku mówią o nim wszyscy, więc Wy też powinniście go poznać. Szczepan Mazur, od 17 sierpnia dżokej, to zwycięzca tegorocznej jubileuszowej 100. Wielkiej Warszawskiej. I najmłodszy triumfator tej prestiżowej gonitwy w historii. 18-latek! Nasz człowiek z Księginic pod Wrocławiem, urodzony w Brzegu Dolnym.

Wiecie, kto pierwszy powiedział, że szczęście sprzyja lepszym? My też nie wiemy. Musiał to jednak być łebski ktoś. Bo to nieco oklepane dziś powiedzenie zawiera w sobie najświętszą z prawd. I Mazur też miał furę szczęścia z tą Wielką Warszawską. Że w niej wystąpi, dowiedział się niespełna trzy godziny przed startem.

- To był normalny dzień wyścigowy na Służewcu, więc w kilku gonitwach brałem udział. I w Wielkiej Warszawskiej też miałem powalczyć, tyle że na innym koniu, Frenchie Lebec. Bo w wyścigach konnych różni jeźdźcy jeżdżą na różnych koniach, a zapisy są wcześniej, już tydzień przed wyścigami – grzecznie nam, laikom, wykłada Szczepan. Musicie wiedzieć, że Frenchie Lebec, ta klacz, dotarła do mety na ósmym miejscu. Tyle że koniec koniec nie pod Mazurem.

- Do Warszawy z powodu kontuzji nie doleciał dżokej z Irlandii, dlatego właśnie ja dosiadłem Patronusa. Chciał tego właściciel konia. To Ukraniec Konstantin Zgara, do którego należy też Frenchie Lebec. Taki dar od losu, bo przecież Patronus od trenera Andrzeja Walickiego był jednym z faworytów – mówi Mazur. Rzecz działa się 29 września.

A wiecie dlaczego były właściciel piłkarskiej Legii Warszawa Janusz Romanowski rzucił w końcu ten futbol w diabły i zajął się końmi? - Bo jak piłkarz wygrał, to chciał ode mnie premię. A jak koń mi wygra, to premię dostaję ja – wyłożył całkiem sensownie. Dziś Romanowski ma więc tych koni całe stado. Jak jeden nie wygra, to inny. Właściciel Patronusa dostał za Wielką Warszawską 150 tys. zł. Trenerowi skapnęło 10 procent, dżokejowi – 5.

- No tak. 7,5 tys. zł. To moja największa wygrana. Ciężko powiedzieć, ile zarobiłem w sumie, w ciągu trzech sezonów, ale w tym sezonie nagrałem milion – tłumaczy Mazur. Znaczy to tyle, że milion złotych zarobili do spółki właściciele koni, na których zwyciężał. Minus wspomniane procenty.

Zwracamy w tym miejscu uwagę, że 18-letni chłopak (data urodzin – 5.05.1995) ściga się już trzeci sezon. Nie od razu jest się jednak dżokejem. Na początku wołają Cię – uczeń. Gdy wygrasz dziesięć wyścigów, stajesz się starszym uczniem. Gdy wygrasz ich 25, jesteś praktykantem dżokejskim. Po 50. triumfie zyskujesz status kandydata dżokejskiego, a po 100. upragnionego dżokeja.

Dżokej Mazur, choć pochodzi z Dolnego Śląska, od kilku miesięcy mieszka pod Warszawą, gdzie doskonali umiejętności u trenera Adama Wyrzyka. W wolnych chwilach zagląda do liceum ogólnokształcącego w Otwocku. Trzy razy w tygodniu, w systemie wieczorowym, by nauka treningom nie przeszkadzała.

- To jeden z lepszych trenerów w Polsce, akurat jest trzeci w klasyfikacji. Rodzice zostali w Księginicach, mają tam pensjonat z końmi, niedawno otworzyli. A zaczynałem u trenera Mioduszewskiego w Chwalimierzu k. Środy Śląskiej – zaznacza Mazur.

Zrobiła na nas wrażenie ta liczba stu zwycięstw. No bo jak można wygrać setkę gonitw w niespełna trzy sezony, skoro tych wyścigowych dni jest raptem kilkanaście w jednym mieście. A tych wyścigowych miast – ledwie trzy (Warszawa, Wrocław, Sopot). - Można, można. Niekiedy jeździłem we wszystkich dziewięciu wyścigach jednego dnia. Ci troszkę lepsi jeżdżą po prostu troszkę więcej. Chcą tego i właściciel, i trener – zaskakuje nas Mazur, 167 cm wzrostu, 54 kg. Taki Małysz na koniu. - Pewnie, że wolałbym już nie rosnąć, ale proces wciąż trwa. Będzie trzeba więcej zbijać. Trzymam dietę, unikam dań tłustych i kalorycznych, no i biegam – wyjaśnia. Jak skoczkowie. No ale czy – mimo wszystko - można wytrzymać fizycznie dziewięć wyczerpujących gonitw jednego dnia?

- My tej dawki nie odczuwamy. Cały czas jest adrenalina, co pół godziny wyścig. Jedzie się na takim..., hmm, na bezdechu takim. I tego zmęczenia się nie odczuwa. Dopiero jak człowiek usiądzie po wszystkim – zaznacza dżokej. W jednym z wywiadów wspominał o decyzjach, które trzeba w czasie wyścigu podejmować. Pytamy więc, o jakich decyzjach mówił, bo na chłopski rozum to trzeba tylko wybrać moment, w którym tego konia pogonić. Wcześniej lub nieco później. No ale z czegoś ten fenomen Mazura musi wynikać. Ile więc zależy od niego, a ile od konia?

- To jest 50 na 50. Dżokej jest mózgiem, a koń ciałem. No i mózg mówi, co ciało ma robić. Trzeba jak najlepiej wykorzystać jego możliwości. A nie zawsze daje się tym ciałem odpowiednio kierować – tłumaczy zawodnik. To nawet podobnie jak w życiu, nie zawsze mózg kieruje ciałem...

Skoro wygrał Derby i Wielką Warszawską, to znaczy, że właśnie Mazur jest najlepszym dżokejem w Polsce? - Akurat teraz jestem na pierwszym miejscu w championacie, z przewagą 11 zwycięstw – skromnie wyjaśnia, de facto odpowiadając na pytanie twierdząco. Zatem co dalej?

- Żeby jechać za granicę, trzeba mieć do kogo. Do jakiegoś dobrego trenera, by móc wygrywać wyścigi. Ja wciąż muszę pracować. Ale celem jest ściganie się z najlepszymi, niekoniecznie zwyciężanie. Chciałbym zdać maturę i już nic nie robić. To znaczy poświęcić się wyścigom – zaznacza.

Polski piłkarz marzy o Primera Division lub Premiership. A polski dżokej? - Ciężko powiedzieć. Najbardziej prestiżowe wyścigi są w USA i Japonii. Również we Francji i w Dubaju. Tyle że w Dubaju przez krótki czas, zimą tylko. Kiedy indziej za gorąco – mówi Mazur, członek Polskiego Klubu Wyścigów Konnych (roczna opłata – 100 zł).
Zastanawiamy się również, czy pierwszego dżokeja w kraju można jakoś umiejscowić na świecie. W które miejsce rankingu go wsadzić. W którą dziesiątkę. - Może dam taki przykład. We Francji najlepsi dżokeje mają 170 wygranych w sezonie. Ja miałem teraz 73, czyli sto mniej. No ale my ścigamy się tylko w soboty i niedziele. Oni też w środę, czwartek, niemal przez cały tydzień – obrazowo stawia sprawę Szczepan. Raz obalił się po zwycięstwie tuż za celownikiem. Pękło puślisko i spadł z konia przy pełnej prędkości. Ale generalnie to dziecko szczęścia.

* Szczepan Mazur jest jednym z kandydatów w 61. Plebiscycie Gazety Wrocławskiej i Radia Wrocław na Najlepszego Sportowca Dolnego Śląska w 2013 roku. SZCZEGÓŁY TU

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

h
haiku

gratuluje. Sama pochodzę z rodziny o ułańskich tradycjach wojskowych, zatem u nas zawsze bardzo kochano konie. Wykupiłam kilka lat temu 2 konie z rzeźni. Mieszkają teraz na wsi u dziadka, który jest przeszczęśliwy, bo ma się kim opiekować. Konie też są zadowolone, strasznie łakome na chleb i ...arbuzy. Mają taką emeryturę, jaką każdy ciężko pracujący koń mieć powinien:) nie są tylko zbyt bystre, bo dziadek kiedyś opowiadał, że jak grają w trójkę w pokera, to się jeszcze nigdy nie zorientowały, że dziadek blefuje:)

Dodaj ogłoszenie